Legia "utopiła" ogromną kasę. Aż trudno w to uwierzyć. Fatalny ruch

Legia "utopiła" ogromną kasę. Aż trudno w to uwierzyć. Fatalny ruch
Wojciech Dobrzynski / pressfocus
Jan - Piekutowski
Jan PiekutowskiDzisiaj · 06:50
Mileta Rajović nie zagrał źle z Koroną. Był dość aktywny, szukał swojego miejsca w polu karnym. Ale cóż z tego, skoro napastnika Legii znowu zawiodła skuteczność? Cóż z tego, skoro na gola w Ekstraklasie czeka od... września?
Rajovicia sprowadzono z myślą o seryjnym zdobywaniu bramek. Duńczyk kosztował przecież trzy miliony euro, co na krótko zapewniło mu tytuł najdroższego zawodnika w Ekstraklasie. Liczono, że rosły snajper nawiąże do swoich najlepszych występów w karierze, chociaż na dobrą sprawę trudno wskazać moment, który najbardziej przekonał włodarzy Legii. Rajović grał w siedmiu klubach w dorosłej piłce i tylko w jednym strzelał częściej niż raz na dwa spotkania. Taki bilans - 30 bramek w 58 meczach - miał w Naestved BK. W drugiej i trzeciej lidze duńskiej.
Dalsza część tekstu pod wideo
W pozostałych klubach bilans wyglądał gorzej. Jeśli z dorobku wyłączyć pucharowe trafienia z rywalami grającymi na poziomie niższym niż Broendby i Watford, Rajović strzelił kolejno 10 i 11 goli. Nie zachwycał przy tym skutecznością, o czym eksperci z Danii i Anglii głośno mówili przy okazji transferu na Łazienkowską.
- Wydawało się, że Rajović będzie lepszy wiosną, kiedy już przyzwyczai się do zespołu, ale tak się nie stało. (...) Im częściej go oglądaliśmy, tym mniej podobał nam się jako piłkarz. Znakomicie odnajduje się w polu karnym, ma świetny instynkt i potrafi wykończyć akcje, a do tego jest silny fizycznie, co przydaje się przy dośrodkowaniach. Niestety, wszystko inne jest problemem. Nie wygrywa tak dużo główek, jak można by spodziewać się po jego wzroście. Nie wnosi wiele do budowania akcji, nie współpracuje z kolegami. Ma też niedostatki techniczne, a jego brak dynamiki stanowi problem - tłumaczył dziennikarz Toke Theilade w rozmowie z portalem Watford Observer, o czym pisaliśmy TUTAJ.
W Legii Rajović zmaga się z podobnymi problemami. Patrząc na spotkanie z Koroną, niewiele wskazuje na poprawę, co jest tożsame z problemami Duńczyka w Broendby. Marek Papszun jeszcze robi dobrą minę do kiepskiej gry, ale dotychczasowe występy 26-latka nie pozwalają zakwalifikować go do jakościowych nabytków Warszawiaków. I to wbrew pozytywnej recenzji, jaką za letnie okienko wystawił Dariusz Mioduski.
Doszło nawet do tego, że gdy Pablo Rodriguez zmarnował kapitalną okazję w meczu z Piastem Gliwice, został okrzyknięty... "poznańskim Rajoviciem". Nazwisko Duńczyka to w polskich realiach nie marka, ale mem.

Nie masz skuteczności, nie masz napastnika

Rajović to nie typ piłkarza biorącego duży udział w rozegraniu piłki. Nie cofa się w głąb boiska, nie szuka przestrzeni dla kolegów z zespołu. W tym sezonie ligowym stworzył jedną sytuację i notuje średnio 9,72 celnego podania na spotkanie. To wynik z trzeciej dziesiątki, jeśli chodzi o zawodników ofensywnych.
Z tego ograniczenia Duńczyka każdy jednak zdawał sobie sprawę i głupio byłoby od Rajovicia wymagać czegoś, co w zasadzie nigdy nie należało ani do jego największych zalet, ani zadań na boisku. W Legii, niezależnie od tego, kto akurat odpowiada za wyniki "Wojskowych", w Duńczyku widzi się target mana. Napastnika czujnego w polu karnym rywala, gotowego do zadania kończącego ciosu o każdej porze dnia i nocy.
I właśnie z tym jest największy kłopot.
O ile bowiem najdroższy nabytek Legii wygrywa więcej pojedynków główkowych niż zakładano - lepszych jest jedynie siedmiu napastników - o tyle znalezienie drogi do bramki stanowi gigantyczny problem. W Ekstraklasie Rajović nie strzelił gola od wrześniowego spotkania z Pogonią, kiedy wykorzystał rzut karny. Na trafienie z akcji czeka od meczu dwie kolejki wcześniej, czyli starcia z Radomiakiem. Warto przy tym pamiętać, że z Radomianami koszmarnie zachował się Filip Majchrowicz, dzięki czemu Duńczyk po prostu musiał strzelić.
Ogółem 26-latek zdobył trzy bramki na polskich boiskach, co jest wynikiem zawstydzającym. Więcej na liczniku mają Lukas Klemenz, Krzysztof Kubica, Konstantnos Sotiriou, Adam Radwański, Dawid Błanik czy Jan Grzesik. Oczywiście żaden nie występuje jako "dziewiątka".
A przecież Rajović nie może narzekać na brak serwisu lub sytuacji stworzonych w inny sposób. Piłka go szuka. Jasne, "Wojskowym" często brakuje jakości przy dośrodkowaniach, wobec czego ustawiony w polu karnym napastnik bywa bezradny, ale górne podanie to przecież nie jedyny sposób na dostarczenie piłki napastnikowi.
Aktualne dane wskazują, że Duńczyk miał dziesięć dogodnych sytuacji z gry na zdobycie bramki (xG przynajmniej 0,2). Wykorzystał jedną, tę z Radomiakiem po klopsie Majchrowicza. Poza tym jego trzy uderzenia nie były celne, a sześć kolejnych obroniono. Mowa tutaj między innymi o starciach z Motorem czy Piastem. W pierwszym przypadku Rajović przegrał pojedynek z Ivanem Brkiciem, w drugim został dogoniony przez rywala i kropnął bardzo wysoko nad poprzeczką.

Kosztowne pomyłki

- Łatwo nie jest. Widać było, że Mileta się stara i dobrze grał, bo to był jego dobry mecz. Ale "jedenastki" nie wykorzystał, co mnie boli najbardziej. Nie chodzi tylko o wynik, chociaż on jest najważniejszy. Z perspektywy pracy, którą Mileta wykonał w okresie przygotowawczym - szkoda mi go, po prostu, po ludzku. Ciśnienie jest duże. Ale taki to zawód, trzeba to dźwigać. Na pewno będę mu pomagał, żeby się odblokował - mówił Papszun po starciu z Koroną, w którym Duńczyk miał przynajmniej dwie dogodne sytuacje na strzelenie gola.
W najbliższym czasie Rajović nie zniknie z podstawowego składu "Wojskowych". Szkoleniowiec Legii nie ma dużego pola manewru. Jedyną alternatywą Antonio Colak, ale on daje zespołowi mniej niż Duńczyk. O ile bowiem były zawodnik Watfordu dochodzi do sytuacji, tak były gracz Parmy konsekwentnie wygląda po prostu kiepsko.
Nic więc dziwnego, że tak dużą uwagę poświęca się szybszemu powrotowi Jeana-Pierre'a Nsame. Kameruńczyk wyleczył kontuzję dwa miesiące wcześniej niż zakładano. Oczywiście nikt nie zakłada, że będzie w stanie nagle dźwignąć ofensywę Legii, ale na jego ponowne występy przy Łazienkowskiej czekają z utęsknieniem. W obecnej sytuacji to rzecz normalna. Ciągłe granie Colakiem i Rajoviciem bywa bardzo kosztowne.
Pudła Duńczyka realnie zabierają punkty Warszawiakom. Gdyby Rajović wykorzystał przynajmniej część okazji, stołeczni nie byliby teraz zakopani w strefie spadkowej.
  • Motor Lublin (1:1) - trzy zmarnowane okazje,
  • Jagiellonia (0:0) - jedna zmarnowana okazja,
  • Piast (0:1) - dwie zmarnowane okazje,
  • Zagłębie (1:3) - jedna zmarnowana okazja,
  • Korona (1:2) - dwie zmarnowane okazje.
Przyjmijmy, że do swojego dorobku Rajović dokłada bramki z Motorem, Piastem oraz Koroną. Legia ma wówczas przynajmniej pięć punktów więcej. Jest dziesiąta w tabeli Ekstraklasy i traci sześć "oczek" do czwartej Cracovii. Sezon wciąż wygląda kiepsko, ale nie katastrofalnie.

Latem znów będzie gorąco

Legia nie może wejść w nowy sezon z tercetem napastników: Rajović, Nsame, Colak. Konieczne będą zakupy, konieczne będą też odejścia. Pierwszy w kolejce do zakończenia współpracy wydaje się Chorwat, ale pozostała dwójka też nastręcza myśli. Wracający po kontuzji Nsame stanowi zagadkę, a jego umowa obowiązuje tylko do 30 czerwca. Rajović natomiast nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań, a po wejściach z ławki wygląda jeszcze gorzej niż gdy zaczyna w pierwszym składzie.
Sytuacja z Duńczykiem jest o tyle problematyczna, że on naprawdę ma sytuacje do tego, aby strzelać znacznie częściej. Ogółem zdobył dla Legii siedem bramek, ale nie potrafił złapać serii dłuższej niż dwa mecze. Teoria keczupu nie znajduje w jego przypadku zastosowania, cały czas coś staje na przeszkodzie. Niestety dla Legii najczęściej jest to sam 26-latek.
Jeśli sprawy nie będą wyglądały lepiej do lata, nie można wykluczyć totalnej rewolucji w ofensywie Legii. Takie podejście nie służy osiągnięciu upragnionej stabilizacji, lecz Warszawiacy muszą płacić frycowe za powtarzalność błędów. W ostatnich trzech sezonach klub przeznaczył blisko pięć milionów euro na kwoty odstępnego za Colaka, Nsame, Rajovicia, Marca Guala, Ilię Szkurina i Migouela Alfarelę. Trzech z nich już nie ma przy Łazienkowskiej. Przyszłość trzech kolejnych jest zaś więcej niż niepewna.

Przeczytaj również