Była gwiazda Ekstraklasy wraca do Polski. "Kapitalny start w słynnym klubie. Potem zgasł"

Była gwiazda Ekstraklasy wraca do Polski. "Kapitalny start w słynnym klubie. Potem zgasł"
IMAGO / pressfocus
Piotrek - Przyborowski
Piotrek PrzyborowskiDzisiaj · 13:00
W pierwszej i do połowy drugiej dekady XXI wieku nie schodzili z ligowego podium. Anderlecht był wtedy dla belgijskiego futbolu symbolem solidności. Teraz po dawnej dominacji zostały już tylko wspomnienia. “Fiołkom” w powrocie na szczyt ma pomóc piłkarz znany z Ekstraklasy. Dziś zmierzy się z dobrze znaną mu Jagiellonią Białystok.
Był okres, kiedy w Polsce losy Anderlechtu śledziliśmy z zapartym tchem. Jego barwy i to ze sporymi sukcesami reprezentowali przecież nasi kadrowicze - Michał Żewłakow, Marcin Wasilewski czy Łukasz Teodorczyk. Każdy z nich poznał smak mistrzostwa Belgii. Kiedy w 2017 roku - z “Teo” jako królem strzelców w składzie - RSCA świętowało swój ostatni dotąd tytuł, nikt nie spodziewał się, że na kolejne nie tyle mistrzostwo, co w ogóle jakiekolwiek trofeum, trzeba będzie poczekać przynajmniej osiem lat. Dziś klub z Constant Vanden Stock Stadium z nostalgią spogląda na tamte czasy. Nie jest już bowiem najlepszy nawet w swoim mieście.
Dalsza część tekstu pod wideo

“Świętują” dekadę

Dla Anderlechtu ośmioletnia posucha to sytuacja bezprecedensowa. O tym, jak duży jest to kryzys, niech najlepiej świadczy fakt, że od 1946 roku, kiedy “Fiołki” po raz pierwszy zostały najlepszym zespołem Belgii, nigdy nie czekały na kolejny tytuł równie długo co teraz. Podczas trwających w sumie 47 lat rządów rodziny Vanden Stock brukselski klub stał się najbardziej utytułowanym w kraju. Constant Vanden Stock, legendarny prezes RSCA, jest zresztą do dziś uważany za architekta “złotej ery” w jego historii. Kadencja jego syna Rogera na tym stanowisku już tak dobrze oceniana nie jest, ale trofeów wciąż nie brakowało. Tyle że jego era zakończyła się finansowym i organizacyjnym kryzysem, z długiem wynoszącym około 100 milionów euro. A jego skutki odczuwalne są tak naprawdę do dziś.
- Anderlecht w tym sezonie może “świętować” dekadę bez trofeum. To bardzo bolesne dla klubu, który przecież w przeszłości zdobywał mistrzostwo praktycznie co drugi sezon. Dziś nie znajduje się już w centrum belgijskiego futbolu. Obecnie układ sił przesunął się w stronę Club Brugge, a w ostatnich latach również Union Saint-Gilloise. Szczególnie przypadek tych drugich jest bolesny dla kibiców “Fiołków”, jako że to klub z sąsiedztwa - opisuje w rozmowie z nami aktualną sytuację Anderlechtu Kjell Doms, dziennikarz Het Laatste Nieuws.
Po erze Vanden Stocków klub przejął Marc Coucke. Trzeba było nieco zacisnąć pasa, a w dodatku na arenie krajowej pojawili się dwaj mocni potentaci. Wspomniane już Club Brugge i Union Saint-Gilloise można aktualnie taktować jako wizytówkę belgijskiej piłki klubowej. Pierwsi w ostatnich latach regularnie meldują się w Lidze Mistrzów, a w tej edycji rozprawili się w niej już z Interem (i to w Mediolanie) oraz z Lens. Drudzy dali się natomiast poznać światu jako klub stawiający na skauting oparty na zaawansowanej analizie danych. Podczas gdy oba te kluby zaczęły pomnażać swój kapitał, Anderlecht wciąż tkwił w miejscu. W dodatku odrodził się też Royal Antwerp, a jak zwykle do głosu próbowały dojść Genk i Gent.
- Za upadek Anderlechtu na przestrzeni ostatniej dekady odpowiada przede wszystkim złe zarządzanie. Marc Coucke, odnoszący sukcesy belgijski przedsiębiorca, przejął klub w 2018 roku i chociaż wydał już ponad 100 milionów euro, nie osiągnął żadnych spektakularnych wyników. RSCA przepłacał za słabych zawodników, brakowało też ciągłości i stabilizacji w doborze trenerów i kadry zarządzającej. Teraz rozpoczęliśmy kolejną już nową erę, Vitor Bruno został nowym trenerem, a Antoine Sibierski dyrektorem technicznym. Wszyscy mają nadzieję, że tym razem klub rzeczywiście obrał właściwy kierunek i zacznie wracać na szczyt - dodaje nasz rozmówca.

Piłkarz z klubowym DNA

I pierwsze tygodnie pod wodzą Bruno rzeczywiście mogły tchnąć nadzieję w serca kibiców “Fiołków”. Choć po trzech pierwszych meczach ligowych dorobek Anderlechtu wynosił zaledwie trzy oczka, zespół szedł jak burza w eliminacjach Ligi Europy. Rozprawił się z Hammabry, PAOK-iem, a w decydującej fazie nie dał żadnych szans Kajratowi Ałmaty, wygrywając dwumecz aż 6:0. Sytuacja w Jupiler Pro League się ustabilizowała i nawet porażka na inaugurację fazy ligowej Ligi Europy z Lyonem nie popsuła za bardzo nastrojów wśród fanów. Miesiąc miodowy skończył się po przerwie reprezentacyjnej, kiedy RSCA najpierw przegrał w Lidze Europy z Dinamem Zagrzeb, a następnie odpadł z Pucharu Belgii z drugoligowym Beerschotem. To dlatego mecz z Jagiellonią Białystok jawi się dla Portugalczyka jako niezwykle ważny egzamin.
- Anderlecht potrafi grać atrakcyjnie w ofensywie i stosować wysoki pressing, ale dotąd w tym sezonie nie pokazywał tego wystarczająco często. Niemiecki skrzydłowy Marten Winkler miewał bardzo dobre momenty. Podobnie napastnicy Mihajlo Cvetković, Tawfik Bentayeb i Danyło Sikan, którzy są reprezentantami swoich krajów. Największym obecnie problemem Anderlechtu jest jednak brak pewności siebie. Odpadnięcie z drugoligowcem z krajowego pucharu na pewno nie pomogło mentalnie. Jeśli Jagiellonia od początku wywrze presję na rywalach i ruszy do pressingu, może sprawić Anderlechtowi sporo kłopotów. Szczególnie że zespół Bruno już teraz ma spore wątpliwości co do własnej dyspozycji - mówi Doms.
W szatni Anderlechtu jest piłkarz, który zna smak gry przeciwko Białostoczanom. To Lukas Ambros, który latem trafił do Belgii z Górnika Zabrze. Czech przez dwa lata spędzone na Górnym Śląsku wyrobił sobie opinię solidnego pomocnika o sporym potencjale. Chyba sam nie spodziewał się jednak tak dobrego wejścia do nowej ekipy. To on był jednym z głównych bohaterów udanej kampanii w Europie. Strzelił ważnego gola w rewanżu z PAOK-iem, ale jego popisem był pierwszy mecz z Kajratem, w którym zdobył bramkę i zanotował dwie asysty. W Belgii mówią, że to piłkarz, który ma w sobie anderlechtowe DNA. Sęk w tym, że ostatnio jego forma zaczęła spadać.
- Ambros miał kapitalne wejście do Anderlechtu. Zbiegło to się zresztą z dobrą postawą całego zespołu, który na początku tego sezonu spisywał się bardzo dobrze, zwłaszcza w europejskich pucharach. Czech błyszczał techniką, przeglądem pola i dokładał do tego gole oraz asysty. Kiedy jednak klub wzmocnili kolejni piłkarze, a inni wrócili po rekonwalescencji, trener przesunął go ze środka na prawe skrzydło. Na tej pozycji Ambros zupełnie zgasł. Obecnie często jest piłkarzem, który jako pierwszy jest zmieniany, a czasem pełni nawet rolę rezerwowego - tłumaczy nam Mariusz Moński, obserwator belgijskiej piłki.

Niewygodny wyjazd

Dla 22-latka spotkanie z “Jagą” będzie więc szansą na pokazanie tym, którzy mogli zacząć w niego wątpić, że był to tylko chwilowy dołek. Bruno nadal liczy na Czecha, szczególnie że ostatnio za wielu jasnych punktów w zespole raczej odnaleźć nie mógł. Wydaje się, jakby po zagwarantowaniu sobie gry w Lidze Europy cały zespół nieco spuścił z tonu. I fani Jagiellonii z pewnością liczą na to, że ten stan rzeczy nie zmieni się w czwartkowy wieczór. Zwłaszcza że “Fiołki” czekają w najbliższym czasie jeszcze większe wyzwania.
- W tym sezonie głównym celem Anderlechtu był awans do fazy ligowej europejskich pucharów. I to się udało, w dodatku w bardzo dobrym stylu, po pokonaniu w eliminacjach Hammarby, PAOK-u oraz Kajratu. Teraz sytuacja wygląda jednak nieco inaczej. Anderlechtu nie ma już w Pucharze Belgii, a w niedzielę czeka go spotkanie z Gent, które jest aktualnym liderem. W takich okolicznościach wyjazd do Polski jest dla niego mocno niewygodny. W Lidze Europy przegrał już z Lyonem oraz Dinamem Zagrzeb. Jeśli chce zachować realne szanse na wyjście do kolejnej rundy, musi zacząć punktować. Mimo to priorytetem pozostają rozgrywki ligowe. LE jest istotnym, ale nie nadrzędnym elementem sezonu - podsumowuje.
Po trzech kolejkach Ligi Mistrzów, dwóch Ligi Europy i jednej Ligi Konferencji, Anderlecht pozostaje jedynym belgijskim zespołem, który w obecnym sezonie nie zdobył jeszcze choćby punktu w fazie ligowej europejskich pucharów. I choćby to powinno stanowić pewną motywację dla Brukselczyków podczas czwartowego meczu w Białymstoku. Z drugiej zaś strony Jagiellonia zmierzy się z zespołem, który zanotował ostatnio mentalne i sportowe tąpnięcie.
- Kibice i klub mieli naprawdę spore oczekiwania przed tym sezonem, ale chyba będą musieli poczekać na jakiekolwiek trofeum jeszcze kolejny rok. Odpadnięcie z Pucharu Belgii to jedno. W lidze strata do liderującego Gent wynosi bowiem już sześć punktów. Z kolei, co pewnie ważniejsze, RSCA do Club Brugge traci pięć oczek. W niedzielę Anderlecht udaje się do lidera z Gandawy i jego strata może jeszcze wzrosnąć. Natomiast w LE po tych dwóch minimalnych porażkach też nie są w dobrej sytuacji. Dlatego mecz z Jagiellonią, choć jest w cieniu niedzielnej rywalizacji z Gent, wciąż jest dla nich ważny - podsumowuje Moński.

Dyskusja

Przeczytaj również