Były trener Legii działa cuda. Kopciuszek sensacją mocnej ligi. "Kibicuje im cały naród"
Kurdowie to obecnie największy naród bez własnego państwa na świecie. Choć nie mają też własnej reprezentacji uznawanej przez FIFA, futbol stanowi dla nich ważny element tożsamościowy. A najlepszym tego przykładem jest Amedspor, rewelacja obecnego sezonu ligi tureckiej.
Szacuje się, że obecnie na świecie żyje od około 35 do 50 milionów Kurdów, z czego około połowa z nich na terenie Turcji. Choć w historii kilkukrotnie obiecywano lub dawano im nadzieje na własne państwo, to ostatecznie kolejne mocarstwa porzucały swoje deklaracje z uwagi na niezwykle skomplikowaną geopolitykę Bliskiego Wschodu. Nie bez powodu dla wielu przedstawicieli tej społeczności wciąż bardzo aktualne jest przysłowie głoszące, że “jedynymi przyjaciółmi Kurdów są góry”. Powoli do tego wąskiego grona może jednak dołączyć także piłka nożna. Bo to właśnie dzięki niej i Amedsporowi ostatnio o Kurdach znów zrobiło się głośniej.
Żyletki, represje i sto lat walki
O niepodległość walczą od ponad 100 lat. Jedną z najpoważniejszych obietnic dotyczących przyszłości Kurdów stanowił podpisany przez państwa zachodnie i Imperium Osmańskie traktat z Sevres z 1920 roku, który przewidywał możliwość uzyskania przez nich autonomii, a w określonych okolicznościach również niepodległości. Porozumienie nigdy nie weszło jednak w życie, a podpisany trzy lata później traktat z Lozanny nie przewidywał już takiej ścieżki. Po II wojnie wsparcie w dążeniach niepodległościowych oferowali im zarówno Sowieci, jak i Amerykanie. Zawsze kończyło się tylko na obietnicach, w związku z czym Kurdowie wzięli sprawy we własne ręce. W latach 70. powstała Partia Pracujących Kurdystanu (PPK), uznana przez Turcję i część Zachodu za organizację terrorystyczną. Stworzono też legalne partie prokurdyjskie, które znalazły się w tureckim parlamencie. Obok partyzantki i kłótni politycznych sięgnięto po bardziej pokojowe rozwiązania, w tym sport.
- Konflikt turecko-kurdyjski do dziś pochłonął dziesiątki tysięcy ofiar. Przy czym Kurdowie wciąż stanowią największą mniejszość na terenie Turcji. Amedspor, czyli klub wywodzący się z miasta Diyarbakir zamieszkiwanego w głównej mierze przez Kurdów, stanowi ważną część kurdyjskiej tożsamości. Kurdowie nazywają bowiem to miasto Amed i przez wiele lat walczyli o to, aby zmienić nazwę swojego zespołu na Amedspor. Udało się im to dopiero w 2014 roku, bo wcześniej nie chciał się na to zgodzić turecki związek. Zresztą klub często popadał w konflikt z tamtejszymi władzami piłkarskimi. Otrzymywał liczne kary, w tym nie tylko te finansowe - kibice swego czasu dostali nawet czteroletni zakaz wyjazdowy. Na meczach też często bywało gorąco - opowiada nam Bartłomiej Banasiewicz z Polskiego Instytutu Dyplomacji Sportowej.
Nie bez winy pozostają tu obie strony konfliktu. W 2019 roku piłkarz Amedsporu, Mansur Calar, wniósł na boisko żyletkę i podczas przywitania ranił nią piłkarzy podczas meczu z Sakaryasporem. Cztery lata później fani Bursasporu wywiesili natomiast transparenty nawiązujące do białych Renault Toros - samochodów, których w latach 90. turecka tajna policja JITEM miała używać do tajemniczych porwań na kurdyjskich terenach. Kiedy piłkarze z Bursy przylecieli po kilku miesiącach na mecz wyjazdowy z Amedsporem, byli eskortowani na stadion z lotniska przy pomocy samochodów kuloodpornych. Wreszcie kurdyjski klub musiał mierzyć się z wieloma sankcjami ze strony TFF, czyli tureckiej federacji.
- Amedspor - z uwagi na to że wywodzi się z regionu o tak mocno zarysowanej kurdyjskiej tożsamości - regularnie stawał się narzędziem do otwartej walki. Obok sytuacji z Calarem przecież to właśnie w tym klubie wylądował Deniz Naki, piłkarz znany z występów dla St. Pauli czy Paderbornu, który miał nawoływać do zbrojnego wystąpienia przeciw tureckiemu wojsku i został później nawet aresztowany za stworzenie zorganizowanej grupy przestępczej. Z drugiej strony Amedspor spotykają regularne ataki ze strony tureckich klubów i instytucji. TFF zabroniło mu używania kurdyjskich napisów na koszulce, a w większości miast w Turcji kibice “witają” ten zespół nacjonalistycznym symbolem “wilczka”, który w tym przypadku można traktować jako anty kurdyjski - mówi Filip Cieśliński, obserwator tureckiego futbolu.
Starzy znajomi z Ekstraklasy
Aż dziw bierze, że w tych burzliwych okolicznościach i przy mocnych ograniczeniach udało się w południowo-wschodniej Turcji stworzyć tak mocny zespół. Bo chociaż Amedspor mógł pozostać jedynie geopolityczną ciekawostką, to oprócz budowania kurdyjskiej tożsamości, w ostatnich latach zarysował też swoją obecność pod względem czysto sportowym. Po wielu sezonach w niższych ligach najpierw w 2024 roku awansował na zaplecze Super Lig, a w minionych rozgrywkach uzyskał historyczną promocję do tureckiej elity. I w niej nie zamierza być tylko przelotem. Na wrześniowo-październikową przerwę reprezentacyjną schodził jako sensacyjny lider tabeli (obecnie jest trzeci). Duża w tym zasługa doskonale znanego w Polsce Besnika Hasiego, który przejął przed tym sezonem.
- Po Amedsporze można było się więc spodziewać solidnego startu. Było też pewne, że będzie mocny na własnym stadionie, który jest niezwykle ciężki do zdobycia. Już sama jego konstrukcja sprawia, że piłkarze gości mogą się tam czuć, jakby byli gotowani w garnku. Miejsce w czubie ligowej tabeli jest jednak sporym zaskoczeniem. W klubie bardzo szybko zaaklimatyzował się Hasi, budując siłę Amedsporu na wysokim pressingu, szybkich odbiorach i błyskawicznych atakach po każdym przejęciu. Świetna “dziesiątka” w postaci Dia Saby oraz skuteczni napastnicy - Gift Orban i Mbaye Diagne zapewnili beniaminkowi nieoczekiwane zdobycze punktowe z Trabzonsporem, Basaksehirem i Besiktasem. Nieźle prezentują się też Samuel Ballet czy znany z boisk Ekstraklasy Ermal Krasniqi - tłumaczy Cieśliński.
Amedspor gra odważny i mądry taktycznie futbol. Nie jest to zespół zbudowany na wielkich pieniądzach, a jego finansowanie w dużej mierze opiera się na wsparciu ze strony lokalnej społeczności. Szacuje się, że w poprzednim sezonie aż 70 procent budżetu pochodziło z tytułu darowizn od kibiców i lokalnych przedsiębiorców. Z uwagi na to, że Klub stanowi dla Kurdów symbol, jest przez nich traktowany jako dobro - nomen-omen - narodowe. Kierunek tego projektu został wytyczony już kilka sezonów temu, poniekąd w odpowiedzi na problemy innych drużyn z regionu, takich jak Hatayspor czy ekipy z Adany, które mocno ucierpiały wskutek trzęsień ziemi. Przy czym nie jest to żaden sztuczny czy nowy twór.
- Turecka piłka powinna mieć w najwyższej lidze przede wszystkim kluby z największym i najbardziej zaangażowanym zapleczem kibicowskim. Fenerbahce czy inne wielkie zespoły ze Stambułu mają miliony fanów, wspaniałe stadiony i bogatą kulturę. Problem w tym, że obok nich występują również kluby, które mają zaledwie kilkuset kibiców. Zajmują miejsca, które mogłyby przypaść bardziej tradycyjnym drużynom, cieszącym się znacznie większym wsparciem. Oczywiście niektóre z tych zasłużonych klubów same odpowiadają za swoje problemy. Dla rozwoju tutejszego futbolu niezwykle ważne jest, aby w elicie grały zespoły rzeczywiście reprezentujące duże społeczności. I pod tym względem obecność Amedsporu jest jak najbardziej pozytywna - mówi Kaan Bayazit, dziennikarz zajmujący się tureckim futbolem.
Sukces całego narodu
A skoro Amedspor reprezentuje nie tylko lokalną społeczność, ale w rzeczywistości cały naród, daje mu to niezwykle mocny mandat kibicowski. Przy czym sam sport nie jest dla fanów tej ekipy najważniejszym aspektem jej funkcjonowania. Tu chodzi o coś więcej - o zaznaczenie owej kurdyjskiej tożsamości. I oczywiście, biorąc pod uwagę napięte stosunki turecko-kurdyjskie, obecność Amedsporu w Super Lig nadal będzie niektórym wadzić. Ale futbol może mieć też pozytywny wpływ na poprawę tych relacji.
- Na razie wolałbym się wstrzymać z oceną potencjału Amedsporu. Wolę zobaczyć, jak klub będzie funkcjonował w ciągu kilku najbliższych sezonów. Jestem jednak zdania, że jego obecność w Super Lig może być korzystnym zjawiskiem. Życzyłbym sobie, aby piłka stanowiła swego rodzaju most, który zbliży do siebie ludzi. Nie powinno mieć znaczenia, czy ktoś jest Kurdem, chrześcijaninem, żydem, muzułmaninem czy ateistą. Każdy powinien być traktowany w ten sam sposób. Powinno liczyć się to, jakim ktoś jest człowiekiem, a nie jego pochodzenie etniczne czy religia. Niestety, w Turcji wciąż zbyt często ocenia się ludzi przez pryzmat ich tożsamości. Dlatego chciałbym, żeby futbol pomagał przełamywać te podziały, zamiast je pogłębiać - podkreśla Bayazit.
Nie ulega wątpliwości, że aby tak było, Amedspor musiałby zagościć w Super Lig na nieco dłużej. Biorąc pod uwagę ostatnie sezony oraz dotychczasową postawę drużyny Hasiego już w elicie, są na to realne szanse. Mimo że klub nie ma bogatego inwestora, potężnych państwowych sponsorów ani też gwiazd pokroju Romelu Lukaku, Leroya Sane czy Leandro Trossarda, Kurdowie mają pomysł na swój zespół. I liczą, że dzięki dobrej postawie na boisku, mogą wywalczyć coś więcej niż tylko sportowy splendor.
- Amedspor raczej nie stanie się poważną siłą tureckiej piłki, bo możliwości innych są po prostu znacznie większe. Już samo pozostanie w lidze na kilka sezonów będzie sporym sukcesem. Jego obecność na najwyższym poziomie tureckiego futbolu nie wpłynie też raczej radykalnie na zmianę w kwestii polityki tureckiej wobec Kurdów. Niemniej, na pewno dzięki piłce ich społeczność jest bardziej widoczna - nie tylko w Turcji, ale także poza jej granicami. Turcy, obserwując klub i jego kibiców, powoli zaczynają rozumieć, że wśród Kurdów można odnaleźć nie tylko terrorystów, ale też wielu normalnych ludzi. Nie mają własnej reprezentacji narodowej, więc ten wielokulturowy klub reprezentuje ich całą społeczność. Sukcesy Amedsporu będą sukcesami wszystkich Kurdów, którzy nadal walczą o jak najwięcej praw - podsumowuje Banasiewicz.