Dlaczego Urban powołuje tego piłkarza? "Trudno odnaleźć sens. Selekcjoner się uparł"
Nie będę kadry równał z ziemią, tym bardziej, że jeszcze chwilę temu chwaliłem za potyczkę z Holandią. Mam jednak nadzieję, że Jan Urban i spółka wrócą z Malty realnie nauczeni tego, że bylejakość nie przejdzie już na żadnym poziomie. I że po zmianach z Maltą nie będę już słuchał o tym, że na zawodników z młodzieżówki jest za wcześnie. Chociaż w to drugie wierzę dość słabo.
Trudno zupełnie normalnie przejść do porządku dziennego i tradycyjnych rozmów o reprezentacji Polski w świetle spotkania, w którym biało-czerwoni zostali zdominowani przez Maltę. Gospodarze zasłużyli przynajmniej na remis, finalnie skończyli na tarczy. Nie ma jednak powodów do tego, aby nieść triumfalną pieść o poczynaniach drużyny Jana Urbana. Ten zespół wygrał, bo miał furę szczęścia i nieco wyższą jakość indywidualną. Nieco, bo chociaż różnica klas powinna znacznie działać na korzyść Polski, to wielu naszych kadrowiczów zagrało zawstydzająco źle w zestawieniu z rywalami.
Ten mecz musi stanowić lekcję dla Jakuba Kiwiora. Bo chociaż jest on w pełni zasłużenie chwalony za swoje poczynania w FC Porto, a i z Holandią zagrał dobrze, to obecnie próżno szukać w nim lidera naszej obrony. Jest piłkarzem zbyt rozedrganym, nierównym. Z Maltą popełniał elementarne błędy - sprokurował rzut karny, dawał się ograć "na raz", źle odczytywał tor lotu piłki. Do zwieńczenia tego fatalnego występu brakowało jedynie "swojaka". Na dobrą sprawę Kiwior zagrał tak źle, że mający problemy kadrowe Arsenal (podczas listopadowej przerwy uraz złapało trzech defensorów londyńczyków) pewnie uprzejmie podziękowałby po sugestii skrócenia wypożyczenia i powrotu Kiwiora do stolicy.
25-latkowi nie pomógł ani selekcjoner, ani koledzy z drużyny. Cała obrona pochłonięta była przez kompromitującą wręcz dezorganizację. Zero asekuracji, zero brania pod uwagę scenariusza, że koledze coś nie wyjdzie. Nie zmieniło się to nawet po zmianie stron. Na uwagę zasługują również kontrowersyjne wybory taktyczne - szalenie niepewny Przemysław Wiśniewski na upartego podłączał się do ofensywy. Nie przyniosło to żadnego pozytywu, natomiast uwypuklało problemy Pawła Wszołka i reszty defensywy. Wiśniewski generalnie rozegrał swój najsłabszy mecz w kadrze, zdawało się, że nogi ugrzęzły mu w żel-becie. Bardzo szybko złapał żółtą kartkę i całe szczęście, że zachował na tyle spokoju, aby z boiska nie wylecieć. Inna sprawa, że zawodnika z Serie B trudno było zastąpić, szkoleniowiec miał do dyspozycji jedynie Bartosza Bereszyńskiego i Kryspina Szcześniaka. A skoro atmosfera na Malcie debiutowi najwyraźniej nie sprzyjała, wszedł "Bereś" i przez ponad 20 minut skutecznie kamuflował swoją obecność na boisku.
Zmiany całościowo nie wyszły Urbanowi na dobre. O ile z Holandią można było go chwalić za większość decyzji, bo te zazębiały się z powołaniami, o tyle Malta znów postawiła spory znak zapytania. Ktoś powie, że to wierzganie opiniami od ściany do ściany, ale dajmy spokój - wszyscy widzieli, jak źle wypadli biało-czerwoni, trzeba znaleźć jakąś przyczynę ogólnej bezradności zespołu. Według mnie zabrakło odpowiedniego rozpoznania sytuacji na boisku, co przyczyniło się do braku energii w drużynie. Obroniło się jedynie wpuszczenie Karola Świderskiego za Nicolę Zalewskiego. Swoją drogą - cóż to był za pomysł z tym Zalewskim, aby zawodnika zagrożonego zawieszeniem wrzucać do pierwszego składu na Maltę.
Trudno również odnaleźć sens w ciągłym powoływaniu Bartosza Kapustki. Urban się na niego uparł, ale, z całym szacunkiem, Kapustka był najsłabszym z Polaków w starciu z Holandią, a i z Maltą nie pokazał żadnego błysku. Jednocześnie na ławce całe zgrupowanie przekiblował Kacper Kozłowski, natomiast Filip Rózga otrzymał szanse tak iluzoryczne, że nie da się go rzetelnie ocenić. Nie sposób stwierdzić, czy to chłopak faktycznie kadrze przydatny. Rozumiem, dlaczego trener bał się większego ryzyka z "Oranje". Nie rozumiem, dlaczego postawił na asekuranckie zmiany z Maltą. Nie wniosły one absolutnie niczego do dyskusji o piłkarzach, a czasu na szukanie odpowiedzi nie ma. Przed play-offami Polska nie rozegra już żadnego spotkania, zostaję więc z przekonaniem, że można było pozwolić sobie na znacznie więcej niż przetestowanie Jana Ziółkowskiego i Przemysława Wiśniewskiego.
Nie wliczam do tego wystawienia Bartłomieja Drągowskiego, bo samo powołanie dla rezerwowego Panathinaikosu wyglądało dziwnie, a jego występ pokazał, że jeśli ktoś ma być "dwójką", to zdecydowanie Kamil Grabara. Drągowski miał kilka niezłych interwencji, ale też zbyt często negatywnie zaskakiwał rozedrganiem. Złośliwie można stwierdzić, że nie było w tym nic dziwnego, bo golkiper poprzednie spotkanie rozegrał na samym początku listopada i zebrał złe recenzje za starcie z Volos (0:1), a w swoim wcześniejszym meczu w kadrze regularnie kopał na wiwat.
Nie chcę Urbana przesadnie krytykować - koniec końców nie przegrał żadnego z pierwszych sześciu meczów u sterów kadry - ale liczę na to, że w dalszej kadencji jakoś wyciągnie te drzazgi, które już pod paznokciem uwierają. Że zdoła udowodnić, że wpuszczanie Kamila Grosickiego miało cel większy niż tylko nabijanie mu liczby rozegranych meczów. Z Maltą na przykład nie miało, bo biało-czerwoni grali głównie w ataku pozycyjnym, a to nie jest styl najlepiej pasujący skrzydłowemu. Warto również zająć się środkiem pola, bo ustawienie z Bartoszem Sliszem lub Kapustką nie funkcjonuje dobrze. Wreszcie zaś mam nadzieję na większą konsekwencję. Bo z jednej strony selekcjoner mówi, że młodzieżówkę i pierwszą reprezentację dzieli przepaść - co jest oczywistą sugestią do sytuacji Oskara Pietuszewskiego czy Tomasza Pieńki - a z drugiej wpuszcza wspomnianego już Rózgę, który w U21 dawał mniej konkretów niż wspomniany duet i trzyma się Grosickiego z walorami wystarczającymi na maksymalnie kilkanaście minut bieganiny.
Nie jestem trenerem, nie poprowadziłem żadnego młodego piłkarza, ale naprawdę mi się to nie klei. Niemal tak mocno jak spotkanie z Maltą.