Elektryzujący transfer Wisły Kraków. Nie tak dawno błyszczał w Ekstraklasie. "Mógł wszystko"

Elektryzujący transfer Wisły Kraków. Nie tak dawno błyszczał w Ekstraklasie. "Mógł wszystko"
Krzysztof Porebski / pressfocus
Jan - Piekutowski
Jan PiekutowskiDzisiaj · 14:00
W swoim ostatnim sezonie w Polsce Jordi Sanchez grał świetnie. Udane występy dla Widzewa otworzyły drogę do zagranicznego transferu, ale japońska przygoda nie okazała się udana. Teraz Hiszpan wraca, aby odbudować się na poziomie I ligi. I wciąż może pokazać wiele.
Przez znakomitą większość swojej kariery Sanchez był zawodnikiem związanym z rodzimymi drużynami. Próbował w rozmaitych klubach, grał nawet dla rezerw Valencii. To właśnie dla nich strzelił najwięcej goli - 24 w 100 meczach. Wynik może nie powalał na kolana, ale wystarczył do tego, aby dynamiczny napastnik otrzymał szansę na zapleczu La Liga, gdzie grał dla dwóch zespołów. Efekt daleki od wyśmienitego, Hiszpan zdobył tam tylko jedną bramkę.
Dalsza część tekstu pod wideo
Wreszcie, już w 2022 roku, gdy miał na karku 28 wiosen, postanowił spróbować szczęścia za granicą. Z pomocą przyszedł Widzew, który ściągnął zawodnika na zasadzie wolnego transferu z trzecioligowego wówczas Albacete. Z perspektywy czasu Łodzianie nie żałują - zarobili w sensie dosłownym, ale też metaforycznym. A przecież Sanchez nie spędził w Polsce zbyt wiele czasu.

Szybki błysk

Widzew, świeżo upieczony beniaminek, potrzebował nowej "dziewiątki". Najlepszym strzelcem na zapleczu byli Bartłomiej Pawłowski i Bartosz Guzdek, którzy zdobyli po sześć bramek, ale w klubie wszyscy zdawali sobie sprawę, że bardzo ciężko będzie powtórzyć ten wynik w Ekstraklasie. Postawiono więc na Sancheza, piłkarza o charakterystyce niespotykanej we wracającym do elity Widzewie. Hiszpan był bardzo dobrze zbudowany, silny, ale jednocześnie niesurowy technicznie. Wybijał się na tle wspomnianego duetu, ale też Daniela Villanuevy, Mattii Montiniego czy Pawła Tomczyka, nawet jeśli, jako się rzekło, nie zachwycał skutecznością.
Ale Łódź zachwycił prędko. Już w swoim drugim spotkaniu w Ekstraklasie zdobył bramkę. Sanchez dostał piłkę w okolicy środka boiska i, korzystając z powalającej opieszałości Jagiellonii, przebiegł z nią kilkadziesiąt metrów, po czym uderzeniem na wślizgu trafił do siatki. W następnej kolejce strzelił Lechii, zaś w całej rundzie miał na liczniku pięć goli, a także dwie asysty. Wszystko wyglądało świetnie, Hiszpana chwalono. Chwalono też Widzew, który za kadencji Janusza Niedźwiedzia prezentował ofensywny futbol.
Efektywności wystarczyło jednak tylko na połowę sezonu. Po przerwie zimowej Łodzianie wpadli w kryzys, kłopoty miał również sam Sanchez. Od stycznia zdobył tylko jedną bramkę, pięciokrotnie nie łapał się do kadry meczowej. Powodem były między innymi problemy natury prywatnej, do których zawodnik przyznał się w mediach społecznościowych.
- Kilka tygodni temu zacząłem czuć, że sytuacja mnie przerasta, że moja frustracja pokonuje mnie w każdym meczu i najwyższy czas, by zacząć to naprawiać. (...) Każdy weekend przeradza się w torturę psychiczną - napisał na Instagramie i usunął konto. Wciąż grywał sporo, ale już na innym poziomie. Wytchnienie przyszło dopiero w kolejnym sezonie.
Tym razem Sanchez utrzymał poziom przez całe rozgrywki. Osiem goli rozłożył równo między rundami, jedynie asyst miał więcej w pierwszym okresie rywalizacji. Sztab szkoleniowy Daniela Myśliwca miał do niego spore zaufanie, a kibiców ostatecznie kupił zdobyciem bramki w dwóch derbowych starciach z ŁKS-em. W pierwszym bez trudu urwał się rywalom i huknął po podaniu Pawłowskiego, w drugim trafił głową z jedenastu metrów, czym dał wyraz swojej kompletności. Na harującego za Widzew Sancheza nie dało się narzekać.
- Jordi był bardzo energicznym piłkarzem, a przez to elektryzował publiczność. Nie zawsze pozytywnie, bo był nieprzewidywalny, co było zarówno jego wielką zaletą, jak i czasami wadą. Jedno było niezmienne: nie wiedziałeś, jak zagra, więc zawsze miałeś nadzieję. Nadzieja to najlepsza przyjaciółka kibica. Każda akcja mogła zakończyć się eksplozją radości: jak na Łazienkowskiej z Legią, jak w derbach Łodzi w Sercu Łodzi i na wyjeździe. Mógł przedryblować żonglerką głową Jacha i zakończyć 70-metrowy rajd z piłką golem w Białymstoku. Czyli mógł wszystko - wspomina Bartłomiej Stańdo z Sektora Widzew.
Kres tej przygody, którą wypada nazwać piękną, wszak Sanchez był drugim najskuteczniejszym piłkarzem Łodzian po powrocie do Ekstraklasy, a łącznie zdobył 19 bramek w 65 spotkaniach, nadszedł po zakończeniu sezonu 2023/24. Hiszpan miał jeszcze rok do końca kontraktu, wobec czego zdecydowano się przyjąć ofertę z Japonii. Zamykające tabelę tamtejszej elity Hokkaido Consadole Sapporo wyłożyło 500 tysięcy euro. Sporo w tamtych warunkach - napastnik z miejsca wskoczył do czołówki największych sprzedaży Widzewa i do dzisiaj zajmuje miejsce w TOP10.

Japońskie niepowodzenie i szansa na odbudowę

Sancheza sprowadzono z dużymi nadziejami. Hiszpan miał pomóc utrzymać zespół w japońskiej elicie. Zdawał sobie sprawę z presji, ale obiecał, że ją uniesie. Nie było to jednak takie proste.
- Czuję presję w pozytywnym sensie. Presja oznacza, że ​​ludzie uważają, że potrafię strzelać gole i że jestem zawodnikiem, który może być podporą tej drużyny. Potrafię utrzymać piłkę i dobrze grać pod bramką. Jestem też szybki, więc mogę wybiegać za defensywę. Jestem gotów zrobić wszystko dla zespołu. Sytuację mamy trudną, ale atmosfera pozostaje dobra. Wszyscy myślą pozytywnie - stwierdził zawodnik na pierwszej konferencji prasowej.
Ale w pierwszym sezonie w Japonii Sanchez był postacią drugoplanową. Trener Michael Petrovic w ogóle nie stawiał na nowego podopiecznego, chociaż ten był trzecim najdroższym transferem w historii klubu. Dość powiedzieć, że Hiszpan uzbierał łącznie 149 minut w siedmiu spotkaniach. W kolejnych dziewięciu nawet nie usiadł na ławce. A przecież Hokkaido miało swoje wielkie problemy, punktowało w sposób niewystarczający do utrzymania. Brakowało też urodzonej "dziewiątki" - najskuteczniejszy Musashi Suzuki strzelił sześć goli.
Sytuacja Hiszpana zaczęła wyglądać lepiej po spadku i zmianie trenera. Austriaka zastąpił Daiki Iwamasa, który wystawił napastnika w pierwszym spotkaniu J2. I gdyby ten wykazał się lepszą skutecznością, być może nie byłoby tematu transferu do Wisły Kraków. Ale w starciu z Oita Trinita Sanchez zawiódł - zmarnował dwie doskonałe okazje, raz uderzał na niemal pustą bramkę.
- Jestem nieco rozczarowany. Powinienem zachować się lepiej, ale tempo i szybkość podań utrudniły sprawę. Mogłem zostawić piłkę Nakamurze, ale postanowiłem sam spróbować. Nie poszło po mojej myśli - stwierdził piłkarz po zakończeniu spotkania.
- Myślę, że to był występ, który spełnił oczekiwania. Grał wystarczająco dobrze, by nękać przeciwnika - bronił podopiecznego Iwamasa, ale było to swoiste stwarzanie pozorów. Sanchez znów został odsunięty i grał sporadycznie. A to kwadrans, a to minut pięć. Było to podejście o tyle zaskakujące, że gdy w końcu otrzymał poważniejszą szansę - wystąpił ponad godzinę w trzech meczach z rzędu - to zdobył bramkę i dorzucił asystę. Nie wystarczyło.
Po zwolnieniu Iwamasy i nominacji dla Shingo Shibaty z Sancheza zrezygnowano ostatecznie. Od czerwca 2025 właściwie nie grał w piłkę. Poszukiwał nowego klubu, przyglądał się rynkowi Ekstraklasy. Gazeta Krakowska ujawniła, że piłkarz miał oferty z najwyższego poziomu, ale po rozmowie z Luisem Fernandezem postawił na Wisłę. Tam podpisał umowę ważną do końca bieżącego sezonu.
31-latek przygotowywany jest do roli zmiennika dla Angela Rodado, którego sztabowi "Białej Gwiazdy" trudno było odciążyć. Teraz powinno się to zmienić, Sanchez niewątpliwie ma kompetencje wystarczające do tego, aby na poziomie I ligi błyszczeć. Kraj zna, a Wisła jest w pewien sposób zbliżona piłkarsko do Widzewa, gdzie Hiszpan miał najlepszy czas swojej kariery. Ba, warto pamiętać, że zawodnicy z Półwyspu Iberyjskiego już grali w jednym zespole. Spędzili nieco czasu w UD Ibiza, dla którego Sanchez zdobył dwie bramki w 12 meczach, a Rodado 29 w 96.

Przeczytaj również