Wracają do Ligi Mistrzów po... 18 latach. Rozbili bank na transfery. "Co za nazwiska"

Wracają do Ligi Mistrzów po... 18 latach. Rozbili bank na transfery. "Co za nazwiska"
IMAGO / pressfocus
Adam - Kowalczyk
Adam KowalczykDzisiaj · 09:55
W tym sezonie Ligi Mistrzów nie brakuje debiutów i powrotów po latach, lecz awans jednego z klubów jest znacznie mniej oczywisty niż wielu fanom piłki się wydaje. Po raz pierwszy od 18 lat udział w Champions League weźmie tureckie Fenerbahce.
“Kiedy to zleciało?” - to prawdopodobnie pierwsza myśl, jaka pojawiła się w głowach wielu niedzielnych kibiców piłki nożnej. Nie da się ukryć, że tak długa przerwa od Ligi Mistrzów w przypadku Fenerbahce zdaje się być przerażającym dowodem na błyskawiczny upływ czasu, jednak 2008 rok to wciąż bardzo odległa przeszłość. Polska debiutowała wtedy na EURO, w finale Champions League triumfował Manchester United Sir Alexa Fergusona, a złota generacja reprezentacji Hiszpanii dopiero rozpoczynała swój bieg po trzy wygrane wielkie turnieje z rzędu. Warto więc cofnąć się w czasie i przypomnieć sobie, dlaczego klub o takim statusie aż tyle czasu czekał na ponowny występ w najbardziej prestiżowych rozgrywkach klubowych Starego Kontynentu.
Dalsza część tekstu pod wideo

Galacticos znad Bosforu

Historia Fenerbahce w Lidze Mistrzów (tej, którą znamy od zakończenia ery Pucharu Europy Mistrzów Krajowych) sięga 1996 roku - wtedy po raz pierwszy klub ten zagrał w fazie grupowej rozgrywek. W tamtym momencie był to sukces, jednak fani “Sari Kanaryalar” musieli czekać aż do 2007 roku, aż ich drużyna osiągnie coś więcej w Europie. Z zazdrością patrzyli na Galatasaray, które z Gheorghe’em Hagim, Hakanem Sukurem i 19-letnim Emre Belozoglu sięgało po trofeum Pucharu UEFA oraz Superpuchar Europy.
Na przełomie wieków to właśnie Galata cieszyła się statusem nietykalnego giganta tureckiej piłki. Wygrywała mistrzostwo za mistrzostwem i tylko czasami ustępowała rywalom ze stolicy. Nawet mimo okazjonalnych porażek na lokalnym podwórku, w Europie zawsze dowoziła, między innymi dzięki kapitalnej pracy Fatiha Terima. Ogrywała wielki Milan i Real Madryt, urywała punkty Barcelonie, Juventusowi i Liverpoolowi. Nie było giganta, dla którego rywalizacja w słynnym “Piekle” stadionu Ali Sami Yen stanowiła łatwe zadanie.
Fenerbahce dalej było drugą piłkarską siłą Stambułu, ale nie miało aż takiej renomy. Wtedy do akcji wkroczył Aziz Yildirim - biznesmen, który dorobił się na firmach inżynieryjnych, a w 1998 roku wygrał wybory na prezesa klubu. Po objęciu tej funkcji wniósł “Fener” na zupełnie inny poziom organizacyjny. Przebudował stadion trybuna po trybunie, później zaś dokończył budowę zaawansowanego kompleksu treningowego Samandira.
Przede wszystkim jednak za jego czasów mieliśmy erę tzw. “stambulskich Galacticos”. Pod prezesurą Yildirima Fenerbahce przyjęło strategię sprowadzania nazwisk-magnesów, rozpoznawalnych na całą Europę. Żółto-granatowe barwy przywdziewali tacy zawodnicy jak Nicolas Anelka, Roberto Carlos, Pierre van Hooijdonk czy największa legenda klubu, Alex de Souza.
Faza pucharowa LM - pułap osiągalny jeszcze do niedawna tylko przez “Galatę” - nagle zaczął być także w zasięgu “Kanarków”. W sezonie 2007/08, po czterech nieudanych próbach, udało się wreszcie awansować do najlepszej szesnastki klubów Europy. Fenerbahce dokonało tej sztuki pod wodzą legendarnego Brazylijczyka Zico, który debiutował na europejskiej scenie jako trener. Jego zespół awansował z grupy kosztem PSV Eindhoven i całkiem mocnego wtedy CSKA Moskwa, ostatecznie zajmując w niej drugie miejsce za Interem Mediolan. Przy czym ten Inter też raz udało mu się pokonać, dzięki wspaniałemu wolejowi Deivida de Souzy.
Zespół rósł. W 1/8 finału “Fener” rozegrało emocjonujący dwumecz z Sevillą. U siebie triumfowało 3:2, na wyjeździe uległo zaś dokładnie takim samym wynikiem. O tym, kto wszedł do ćwierćfinału, przesądziły rzuty karne. I tu już podopieczni Zico okazali się wyraźnie lepsi. Aż trzech zawodników Sevilli zmarnowało swoje “jedenastki”, w tym Dani Alves i… Enzo Maresca, obecny trener Manchesteru City.
Ćwierćfinał do dziś pozostaje najlepszym wynikiem Fenerbahce w historii występów w Lidze Mistrzów. W 2008 roku okazał się sufitem - “Kanarki” grały bowiem z naprawdę silnie wyglądającą Chelsea (nomen omen późniejszym finalistą rozgrywek). Zico i spółka dzielnie wypracowali zaskakujące zwycięstwo 2:1 na własnym terenie, natomiast rewanż na Stamford Bridge pozbawił ich przewagi. “The Blues” wygrali 2:0, a decydujące trafienie w 87. minucie zanotował Frank Lampard. Tak właśnie zakończyła się piękna europejska przygode “Fener”. I choć było z czego być dumnym, to wszelakie nadzieje na przyszłość zostały rozwiane w kolejnych sezonach. Rok później Fenerbahce znów odpadło z LM w fazie grupowej, zaś już od kampanii 2008/09 nie wystąpiło w tych rozgrywkach ani razu. Sytuacja zmieniła się tak naprawdę dopiero teraz.

Zawsze drudzy

Na pierwszy rzut oka może wydać się to szokujące, że drużyna o takim statusie czekała na awans do Ligi Mistrzów aż tak długo. Prawda jest znacznie bardziej bolesna. Wiecie, ile razy Fenerbahce przez ostatnie 15 sezonów sięgnęło po mistrzostwo kraju? Dokładnie raz. W jednym, jedynym sezonie 2013/14 dokonał tego trener Ersun Yanal, z nieoczywistym afrykańskim duetem napastników Sow - Emenike. Problem w tym, że po wygraniu tytułu drużyna nie wzięła udziału ani w fazie grupowej LM, ani w kwalifikacjach.
Wszystko z powodu zakazu, jaki UEFA nałożyła na “Fener” w 2012 roku. Dotyczył on sezonu 2010/11 tureckiej Super Lig, w którym “Kanarki” wywalczyły tytuł. Okoliczności jego zdobycia były wtedy wyjątkowo podejrzane, a klub oskarżono o ustawianie spotkań. Prezydent Yildirim trafił do aresztu, zaś turecka policja zatrzymała łącznie kilkadziesiąt osób, które miały ingerować w match-fixing. Z perspektywy Tureckiej Federacji Piłkarskiej sprawa nie była jasna, lecz reakcja UEFA musiała być bezwzględna - klub wykluczono z udziału w Champions League 2011/12, a także zabroniono mu gry w kolejnych dwóch edycjach europejskich pucharów, do których zdołałby się zakwalifikować.
Jak na ironię, ten drugi awans miał miejsce dokładnie trzy lata później, kiedy “Żółto-Granatowi” sięgnęli po kolejne mistrzostwo. Oznacza to, że w ostatnich 16 latach ominęły ich dwie edycje Ligi Mistrzów, do których (w teorii) awansowali sportowo. Bolesne to o tyle, że po czasie klub na mocy prawa został oczyszczony z zarzutów.
Lata 2011-2015 generalnie uznaje się za jeden z najczarniejszych okresów we współczesnej historii Fenerbahce. Zdaniem wielu później przebił go czas okołopandemiczny oraz chude sezony 2018/19 i 2019/20, podczas których klub nie był w stanie nawet zająć miejsca w TOP5. Tak czy inaczej “Fener” było i jest zespołem stabilnym, regularnie walczącym o krajowy splendor. Walka ta jednak praktycznie zawsze kończy porażką. W przeciągu ostatnich czterech lat aż czterokrotnie spełniał się identyczny scenariusz - Fenerbahce mimo kolosalnej liczby nagromadzonych punktów zawsze przegrywało tytuł z Galatasaray, które było minimalnie skuteczniejsze. Aż w dwóch z tych sezonów przewaga punktowa wynosiła ledwie trzy “oczka”. Ba, “Fener” miało nawet kampanię, podczas której zebrało 99 punktów. I nawet to nie wystarczyło, by cieszyć się mistrzostwem. Na dobre przypięta im została łatka “mistrzów drugiego miejsca”, którzy w walce o tytuły po prostu zawsze kończą w tyle. I to nie tylko za “Galatą”. Zdarzały się też sezony, w których ustępowali Trabzonsporowi czy Besiktasowi. Taki swego rodzaju cykl: niezależnie od tego, jak świetnie gra Fenerbahce, zawsze jest ktoś, kto grał jeszcze lepiej.
To zjawisko stanowi swego rodzaju fenomen, którego przyczyn najczęściej szuka się w postawie, jaką Fenerbahce zwykle prezentuje w meczach kluczowych dla ostatecznego układu tabeli. Możemy wziąć pod lupę nawet miniony sezon 2025/26. Wówczas, po 29 kolejkach, sytuacja była jeszcze otwarta, bo strata do lidera wynosiła dwa punkty. Następne dwa mecze w rozkładzie? Rizespor u siebie i bezpośrednie starcie z Galatasaray na wyjeździe. “Żółto-Granatowi” zmarnowali jednak szansę na wyprzedzenie rywala jeszcze przed drugim spotkaniem, bo w 30. kolejce stracili punkt. Zremisowali 2:2, tracąc decydującą bramkę w ósmej minucie doliczonego czasu gry. No i w jaki sposób coś takiego wybaczyć?
Mecz z “Galatą” tylko pogorszył sprawę, bo obrońcy tytułu nie pozostawili złudzeń i wygrali 3:0, a z dwóch punktów różnicy nagle zrobiło się siedem. W ostatnich trzech kolejkach zamiast bronić, trzeba więc było gonić.
Podobnych sezonów było mnóstwo. W latach 2015, 2018 i 2024 do mistrzostwa Fenerbahce brakło trzech punktów, w 2016 pięciu, a w 2021 - raptem dwóch. Najciekawiej było w niesławnej kampanii 2023/24, gdzie “Fener” w teorii zrobiło niemal wszystko, co powinno wystarczyć do mistrzostwa. Na 38 ligowych meczów wygrało 31, zaś w pozostałych siedmiu zremisowało sześciokrotnie. Przez dużą część sezonu było liderem i nawet ograło Galatasaray (1:0) na wyjeździe kolejkę przed końcem rywalizacji. Ale na koniec ta sama “Galata” znów celebrowała tytuł z trzema punktami przewagi.

Transfery grzeją

Brak tytułu mistrza Turcji w wielu przypadkach sprawiał, że Fenerbahce nie mogło wziąć udziału nawet w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów. Warto przy tym zaznaczyć, że liga turecka nie była szczególnym beneficjentem rozszerzonej formuły europejskich pucharów, więc tegoroczny występ Fenerbahce w kwalifikacjach LM nie odbiegał trudnościowo od tych z poprzednich lat. Drużyna musiała przebrnąć przez trzy dwumecze, począwszy od tego z Górnikiem Zabrze (1:0, 1:1), przez Sturm Graz (2:0, 1:0) a kończąc na Lyonie (1:1, 2:1). Starcie z “Les Gones” było najtrudniejsze. Rywale z podobnej półki na przestrzeni lat najczęściej eliminowali “Fener” z walki o Europę.
W rewanżu na Groupama Stadium błysnęły nowe nabytki. Wynik otworzył Vedat Muriqi, zaś przy bramce na 2:0 asystował Mason Greenwood, który trafił do siatki w pierwszym meczu. Oba ruchy uznawane są za bardzo rozsądne decyzje pionu sportowego. Muriqi to gwiazdor RCD Mallorca, który grał już dla Fenerbahce w latach 2018-2020 i zaskarbił sobie potężną sympatię kibiców, głównie ze względu na swoją bramkostrzelność i niezmiernie waleczny styl gry. Greenwooda zaś przedstawiać nie trzeba - za Anglikiem dalej ciągną się echa głośnej sprawy o przemoc domową, natomiast z perspektywy czysto sportowej jest potężnym wzmocnieniem, zwłaszcza że w ostatnim sezonie był gwiazdą Ligue 1 w barwach Marsylii. Więcej o transferowym szaleństwie w Turcji tego lata pisaliśmy TUTAJ.
Biorąc pod uwagę inne transfery, uwagę przyciąga na pewno Romelu Lukaku, lecz tu już resztki entuzjazmu zamieniają się w niezadowolenie. Belg ma za sobą fatalny okres w Napoli, więc nie ma podstaw, by uznawać jego sprowadzenie za dodatkową wartość sportową. Tym bardziej, że w tym samym okienku odszedł Talisca. Dobre wrażenie na papierze robi duet obrońców - doświadczony, znany z Manchesteru City Nathan Ake i młody Kojo Peprah Oppong. Dokładając do tego nazwiska takie jak Ederson, N’Golo Kante czy Milan Skriniar, rysuje się przed nami drużyna o bardzo dużych możliwościach.
Rywalizację w fazie ligowej Ligi Mistrzów Fenerbahce rozpocznie już dziś od meczu z Romą. Kibice liczą na to, że wyczekiwany powrót do rozgrywek uda się przypieczętować zwycięstwem, chociaż zatrzymanie genialnego Donyella Malena i spółki zdecydowanie nie będzie łatwym zadaniem.

Dyskusja

Przeczytaj również