Kompromitacja gwiazdora Legii Warszawa. Każdy ma go dość. "To powinien być jego ostatni mecz"
Legia nie ma trenera od miesiąca, a w gruncie rzeczy od dwóch. I Legia gra dokładnie tak, jakby zostawić ją samopas. Są jednak tacy piłkarze, których dyspozycji nie da się zrzucić wyłącznie na karb braku szkoleniowca. Wśród nich zawodnicy, jakich sprowadzano na Łazienkowską z myślą o statusie gwiazdy.
Był okres, w którym Ruben Vinagre błyszczał nie tylko w Legii, ale był wyróżniającą się postacią całej Ekstraklasy. Podkreślano, że Legia zrobiła kapitalny transfer, a nie były to słowa nieuzasadnione, Portugalczyk naprawdę wyglądał kapitalnie. Można było zastanawiać się, ile stołeczni zarobią, gdy obrońcę wykupią, a następnie od razu sprzedadzą. Druga część tego planu nie została zrealizowana i na ten moment nic nie wskazuje na to, aby sytuacja miała się zmienić. Vinagre jest cieniem dawnego siebie.
Spotkanie ze Spartą Praga raz jeszcze uwydatniło wszystkie mankamenty defensora, o których pisaliśmy przecież kilka tygodni temu (tekst znajdziecie TUTAJ). W oczy rzucała się lekceważąca postawa w obronie, niechlujność i brak kontroli nad piłką. To ostatnie zdumiewa najbardziej, bo przecież Vinagre nie można odmówić odpowiedniego wyszkolenia technicznego. Cóż jednak z niego, skoro traci on piłkę z częstotliwością i konsekwencją większą niż twórcy Slow Horses wypuszczają kolejne sezony. Swoją drogą serial polecam, kapitalna rzecz, rozrywka wielokrotnie lepsza niż oglądanie Legii w ostatnim czasie.
Żeby jednak nie być gołosłownym - Vinagre ze Spartą dziesięć razy stracił piłkę, a i tak był to jego... najlepszy wynik w tym sezonie Ligi Konferencji. Przeciwko Celje takich sytuacji było 21 (sic!), natomiast z Samsunsporem 20. To daje średnią 17, wynik irracjonalny. Dla porównania Paweł Wszołek, niepozbawiony przecież mankamentów, średnią ma 14, a ze Spartą grał wyżej, co może stanowić pewne usprawiedliwienie. Oczywiście wszystko zależy od sytuacji, ale generalnie mniejsze ryzyko występuje przy stracie pod polem karnym rywala niż przy własnej "szesnastce". Ze Spartą zaś Portugalczyk był skoncentrowany niemal wyłącznie na połowie warszawiaków. Efekty widzieli wszyscy. Czesi raz po raz wdzierali się stroną 26-latka.
- On wpuszcza chłopa w "szesnastkę", stoi i sobie patrzy. Ja czegoś takiego nie widziałem. To był doskok tylko po to, aby nie dostał siatki. Cały czas macha rękami i jest niezadowolony. W głowie ze swoją dyspozycją zatrzymał się rok temu, ale ta głowa chyba nie przyjęła, że on gra dużo, dużo słabiej - mówił Tomasz Hajto w studiu Polsatu Sport, i tak jak często się z "Giannim" nie zgadzam, tak teraz muszę mu przyznać rację. Ze wszystkich minusów obecnej gry Vinagre najbardziej rzuca się w oczy jego obojętność.
Cechy charakterologiczne i szumne zaangażowanie są niejednokrotnie przeceniane, ale to nie oznacza, że można zachowywać się jak rozwydrzona primadonna. To znaczy można, jasna sprawa, ale samemu sobie wystawia się wtedy fatalne świadectwo. Nie dziwią więc krytyczne komentarze Hajty, ani tym bardziej osób emocjonalnie związanych z Legią. Legia Na Wesoło stwierdziła, że to powinien być ostatni mecz Vinagre w warszawskich barwach, lecz nikomu nie powinno być do śmiechu, bo to bolesna prawda. Vinagre obniża jakość zespołu. A "Wojskowi" nie za bardzo mają z czego strzelać.
Zjazd formy Portugalczyka nie jest kwestią tygodni, lecz miesięcy, trudno za to winić sztab szkoleniowy Edwarda Iordanescu albo wąskie grono ludzi współpracujących z Inakim Astizem. Problemy z lewym obrońcą sięgają głęboko, dotykają tak elementarnych kwestii jak podejście do meczu. Vinagre nie był zmotywowany już za kadencji Goncalo Feio, a teraz ta stagnacja tylko się pogłębia. Tym samym były zawodnik Wolverhampton stał się wygodnym przykładem zawodnika, którego jakość ewaporowała po podpisaniu długiego kontraktu. Przypomnijmy, że stołeczni wykupili go zimą tego roku, dając umowę na trzy i pół sezonu.
Dyspozycja Portugalczyka to dla Legii wieść tym gorsza, że zawodników grających pod kreską ma ona więcej. W części przypadków można się jednak było tego spodziewać. Mileta Rajović nie strzela, bo, co za zaskoczenie, nie ma z czego. To zawsze był napastnik potrzebujący kilku okazji, aby trafić do siatki, co podkreślaliśmy już w momencie jego przybycia na Łazienkowską. Duńczyk, aby wykazać choćby podstawową przydatność, musi dostać piłkę w polu karnym. A tego Legia mu nie daje. Ze Spartą, kiedy grał ponad 45 minut, raz kopnął w stronę czeskiej bramki, lecz trudno to zakwalifikować jako strzał. Co więcej, Rajović miał w tym meczu raptem 13 kontaktów z piłką. Uzbierał pięć podań, przy czym większość na połowie Legii! Rajović!
Rosły zawodnik stanowi ciało obce, co jeszcze mocniej widać pod rządami Astiza. Hiszpanowi nie udało się też odczarować Antonio Colaka. Wiadomo, Chorwat w Spezii grał mało, wchodził w trudnych momentach, i tak dalej, i tym podobne, ale na boga, facet czeka na trafienie od 10 listopada 2024 roku! Ponad 12 miesięcy bez gola! Żeby jednak ten doświadczony piłkarz dokładał od siebie coś innego, to łatwiej byłoby go rozgrzeszyć. Ale się nie da.
Ze Spartą, będącą najwyraźniej meczem-sumą wszystkich strachów, zaliczył występ kompletny. Kompletnie tragiczny. Colak zablokował Stojanovicia wychodzącego do grania z Wszołkiem, później źle podał do Wszołka wybiegającego na dogodną pozycję, a na odchodne złapał uraz przy fatalnym podaniu, Czesi przejęli piłkę, a wyłączony z akcji zawodnik tylko obserwował, jak przyjezdni wbiegają w pole karne i zdobywają bramkę. Kiedy Angelo Preciado pokonywał Kacpra Tobiasza, Chorwat nawet nie patrzył w stronę piłki. Turystyka boiskowa, na którą załapali się jeszcze wesoło człapiący Vinagre i Ermal Krasniqi.
Legia nie wygrała siedmiu meczów z rzędu. Najgorszy wynik, sięgający 1966 roku, to dziesięć potyczek bez zwycięstwa. Z takim zaangażowaniem, z takimi piłkarzami i z takim trenowaniem kadra sprzed 60 lat doczeka się rozgrzeszenia, o jakim chyba nigdy nie śniła.