Gorąco w Legii, Papszun absurdalnie "zgrillowany". Zwycięzca tej walki będzie oczywisty
Fredi Bobić próbuje się przepychać o władzę w Legii Warszawa. Oponenta wybrał sobie jednak niebywale trudnego, prawdziwą wagę ciężką. Bo styl gry wybrany przez Marka Papszuna, tak przecież krytykowany przez Niemca, przynosi wymierne efekty.
Legia nie ma kadry lepszej niż Górnik Zabrze - to stwierdzenie bez kontrowersji. Dość powiedzieć, że zespół grający na trzech środkowych obrońców dysponuje w tym momencie trzema środkowymi obrońcami. Robertem Dezielem Juniorem, sprowadzonym z czwartej ligi niemieckiej, Zoranem Arseniciem, który pod koniec pobytu w Rakowie wyglądał słabo i przystosowanym do tej pozycji Rafałem Augustyniakiem. Do tego Kamil Piątkowski, obecnie wyłączony ze względu na kontuzję.
Mimo tych oczywistych braków Legia trzyma się blisko lidera, walczy o puchary, walczy o mistrzostwo. To bardziej zasługa Marka Papszuna niż rewelacyjnej pracy Frediego Bobicia. Jeśli Niemca rozliczać z tego, jak została skonstruowana drużyna - a wypadałoby to robić w myśl słów z Prawdy Futbolu: "Marek za dużo mówi publicznie o takich sprawach, bo konstrukcja kadry to przede wszystkim zadanie dyrektora sportowego, a nie trenera" - nie otrzymałby zbyt wysokich ocen. Ba, przecież to sam Papszun zabiegał o to, aby Augustyniak przy Łazienkowskiej został, Bobić nie był szczególnie chętny. Strach pomyśleć, kto (a może nikt?) zostałby sprowadzony w miejsce 32-latka.
Dowodem na kunszt Papszuna pozostaje niedzielne spotkanie z Jagiellonią. Stało wprawdzie pod znakiem zmarnowanych szans Jesusa Imaza, ale też druzgocących dla Białostoczan stałych fragmentów gry. Legia, bazująca na dośrodkowaniach (żaden zespół w Ekstraklasie nie posłał więcej wysokich piłek), wykorzystała je perfekcyjnie. Czasami poszło lepiej niż można było zakładać. Zwłaszcza trzeci gol był popisem niekompetencji "Dumy Podlasia", dopiero później zasługą przygotowania Warszawiaków. Ktoś mógłby powiedzieć, że to szczęście. Ale kiedy zaczyna się powtarzać, to cóż, nie jest już szczęściem.
A tak się składa, że od momentu zatrudnienia Papszuna Legia zdobyła 49 punktów, drugi najlepszy wynik w Polsce. Jeśli spojrzymy na średnią, Legia jest trzecia. Przed nią stale będzie Lech, w drugim wariancie zostaje też wyprzedzona przez Górnika. Wyniki rewelacyjne, potwierdzające zdolność Papszuna do rozczytania Ekstraklasy i jego status jako jednego z najlepszych trenerów w Polsce. Być może nigdy nie zostanie selekcjonerem, bazuje jednak na codziennej pracy, ale - w przeciwieństwie do Rakowa - potrafił odnaleźć się w zupełnie nowych warunkach.
W mniejszej skali wyniki bronią styl gry Papszuna. Oczywiste, że zatrudnia się go z myślą o osiągnięciu konkretnego celu. Cierpi na tym atrakcyjność, ale hej, przecież wiedziałeś, na co się piszesz. Z tego względu obecne utyskiwania Bobicia odbieram jako śmieszne. Nie widzę żadnego sensu w podważaniu decyzji szkoleniowca, a także szarpaniu się z nim o władzę w klubie. Legii na pewno nie są potrzebne kolejne konflikty, tymczasem Niemiec kieruje na kurs kolizyjny. Wątpliwe, aby taką walkę potrafił wygrać.
W tym momencie Papszun triumfuje na każdym polu. Jego wybory personalne oraz taktyczne okazują się trafione. Z drugiej strony najmocniejszym punktem Bobicia pozostaje zaufanie ze strony Dariusza Mioduskiego. Problem dla Niemca polega na tym, że Mioduski też Papszuna bardzo ceni. Co więcej, pod koniec okienka miało dojść do sytuacji, gdy trener bezpośrednio z właścicielem rozmawiał o konieczności wzmocnień. To Bobicia zdenerwowało, pokazało mu miejsce w hierarchii przy Łazienkowskiej. Gdyby spróbował podnieść rękę - a przecież konsekwentnie podkopuje pozycję kolejnymi nieprzychylnymi wypowiedziami - musi uważać, bo ryzykuje bolesną utratą kończyny.
Spójrzmy na tę sprawę w najprostszy sposób - w ostatnich dwóch okienkach do Legii dołączyli Otto Hindrich, Rafał Adamski, Ivan Brkić, Łukasz Zjawiński, Zoran Arsenić, Robert Deziel Jr., Jan Kuchta, Michał Sevcik, Shinnosuke Fukuda i Bogdan Wjunnyk. Odeszli natomiast Jan Leszczyński, Juergen Elitim, Kacper Urbański, Radovan Pankov, Kacper Tobiasz, Patryk Kun, Jean-Pierre Nsame, Steve Kapuadi czy Artur Jędrzejczyk. Przypiszmy wszystkie ruchy Bobiciowi, co jest oczywiście gigantycznym nagięciem rzeczywistości. Czy patrząc na te transfery widzimy zespół na walkę o mistrzostwo? Czy trener inny niż Papszun byłby w stanie punktować na poziomie najlepszych ekip w kraju?
Z każdym kolejnym sukcesem Legii, a za taki wypada uznać efektywne pokonanie Jagiellonii na wyjeździe, twierdząca odpowiedź na takie pytanie wydaje się coraz mniej prawdopodobna. Bardziej realne wydaje się powtórzenie kuriozalnego wyniku Inakiego Astiza lub równie niewyraźnego dorobku Edwarda Iordanescu. W tym momencie Papszun punktuje niemal równo z Goncalo Feio, czyli najlepiej w Legii od 2019 roku. Nie generuje przy tym napięć porównywalnych z Portugalczykiem. Legia otrzymała Papszuna niejako pod choinkę. Gdyby była dzieckiem, pamiętałaby o tym prezencie przez następne lata.
Jeśli ktoś ma pozycję obligującą do strofowania drugiej strony, z całą pewnością nie mówimy o Bobiciu.