Gwiazda Legii Warszawa ma zatrzymać Polskę. "Wszyscy są zaskoczeni jego progresem"

Reprezentacja Rumunii od dawna nie należy do europejskiej czołówki. Nawet występ na EURO 2024 nie okazał się zapowiedzią lepszych czasów, bo nie udało się przedłużyć dobrej passy i awansować także na mundial. O czym dziś marzą Rumuni i co obiecuje narodowi selekcjoner-legenda, Gheorghe Hagi?
Hagi to człowiek instytucja w rumuńskim futbolu. Selekcjonerem był już na początku XXI wieku. Potem założył akademię piłkarską, która wychowała szereg reprezentantów kraju. Głównie dlatego wielu oczekiwało, że pewnego dnia wróci na stołek trenera drużyny narodowej. O nadziejach z tym związanych mówi Meczykom Emanuel Rosu, rumuński dziennikarz, który współpracuje z wieloma międzynarodowymi tytułami.
- Gheorghe Hagi już kilkukrotnie mógł zostać selekcjonerem drużyny narodowej. Prowadził kadrę chwilę po przejściu na piłkarską emeryturę, odszedł po porażce w eliminacjach mundialu. Jego powrót jest związany z faktem, że przez lata wyszkolił całą generację zawodników w swojej akademii. Zrobił wiele dla rumuńskiej piłki i zdecydowana większość chciała, żeby wrócił. Nie było to takie proste, bo jako właściciel Farul Constanca nie mógł zostać selekcjonerem. Teraz oddał udziały w klubie Gheorghe Popescu.
- W licznych rozmowach powtarzał zawsze, że wierzy w rumuńskich piłkarzy, w ich talent. Że wychowa generację, która będzie w stanie wygrać mistrzostwo świata. Tak, wygrać, bo powtarzał, że skoro jego pokolenie było o krok od półfinału, to czemu następcy nie mogliby go wygrać? Dostał szansę, żeby to pokazać. Nakłada dużą presję na piłkarzy, ale ci, którzy z nim pracowali, mówią, że to motywujące. Ostatnie mecze sprawiły jednak, że oczekiwania i ambicje zmalały - przyznaje wprost nasz rozmówca.
Rumuni porażkę ze Szwedami brali pod uwagę, ale łomot od Bośniaków, z którymi kilka dni temu przegrali u siebie 2:4, poważnie ich zasmucił. Zwłaszcza że dopiero co ten sam rywal zawstydził ich w eliminacjach dużego turnieju.
EURO 2024 dało nadzieję
- Hagi chciał testować, sprawdzać. Zakładał, że jeśli nie osiągnie wyniku, otrzyma cenne odpowiedzi odnośnie potencjału, możliwości, pomysłów. Wrześniowe okno na kadrę ma posłużyć realnej ocenie sytuacji. Pozwoli wybrać koncepcję na przyszłość. Podobnie wyglądało to przed EURO 2024 - Liga Narodów zakończyła się spadkiem, ale pozwoliła stworzyć zespół, który awansował na turniej i dobrze na nim wypadł. Wierzymy, że teraz może być tak samo.
Roșu mówi Meczykom, że wspomniane mistrzostwa Starego Kontynentu to w zasadzie jedyny jasny punkt w najnowszej historii rumuńskiej piłki.
- 2024 rok to nasze ostatnie dobre wspomnienie związane z reprezentacją kraju. To nie tylko awans na mistrzostwa Europy, ale przede wszystkim dobry występ na tym turnieju. Może neutralny kibic nie był zachwycony Rumunią, ale dla nas był to zespół, którego oczekiwaliśmy: waleczny, zjednoczony, zaangażowany. Tamta drużyna dała nam to, czego brakowało latami nie tylko na boisku, ale też w społeczności.
- Uwierzyliśmy, że ponownie możemy coś znaczyć w futbolu. Zdarzały się potknięcia, nawet w eliminacjach, ale awansowaliśmy na Euro bez porażki. Pokonaliśmy Szwajcarię, faworyta grupy, grając bardzo przekonująco w piłkę. Pokazaliśmy, że potrafimy cierpieć i grać z poświęceniem, odrabiając dwie bramki straty, gdy wydawało się, że to wszystko stracone. Stał za tym Edi Iordanescu, tamten powrót był szczytowym momentem kadry, którą ochrzcił „soul generation”, co stało się marką reprezentacji kraju nawet w działaniach federacji - dodaje.
Problemy reprezentacji, problemy klubów
Teraz Rumuni czują się sprowadzeni na ziemię. Najpierw przegrali ze Szwecją, potem także z Bośnią. To twarde lądowanie, bo przykładowo Polska przez lata utrzymywała się w Dywizji A, jeździła na najważniejsze imprezy, miała styczność z najlepszymi rywalami w Europie i na świecie. Do tego rośnie znaczenie Ekstraklasy, która zaznacza swoją obecność w pucharach. Rosu nie ma złudzeń, że Rumunia pozostaje daleko w tyle.
- Realistycznie oceniając sytuację Dywizja A Ligi Narodów to nie nasz poziom. Za wysokie progi. Dywizja B to rzetelna ocena naszych obecnych możliwości. Mam nadzieję, że się w niej utrzymamy, ale potrzeba nam punktów jak tlenu. Nie wszystko stracone, jednak czeka nas poważny test. Potknięcia takie jak to z Bośnią są bolesne nie tylko jako wynik, wpływają na ocenę całej naszej piłki.
- Piłka klubowa w Rumunii słabo przędzie. Na poziomie reprezentacji kraju też nie wygląda to dobrze. Rozczarowanie goni rozczarowanie, nie ma wielu powodów do optymizmu. W Rumunii wciąż wierzymy, że możemy grać świetnie, jak dawniej, gdy rzucaliśmy wyzwanie nawet najlepszym, ale dziś to niemożliwe. Chcielibyśmy po prostu widzieć drużynę, którą zobaczyliśmy w 2024 roku. Taką, która sprawia, że znów można zakochać się w piłce - stwierdza.
Najgorsze dla Rumunów jest to, że na horyzoncie nie widać postaci, które mogą zmienić ten stan rzeczy. W Polsce oczekujemy wręcz, że kadrę zasilą coraz lepiej wyceniani młodzi piłkarze, którzy pracują na transfer do topowych lig - albo nawet już tam są. W ojczyźnie Rosu trudno o takie przypadki.
- Hagi jest uznawany za kogoś, kto potrafił dostrzec w zawodnikach coś, czego nikt inny nie widział. Wybrać nieoczywiste talenty i pozwolić im zabłysnąć. Jako selekcjoner jeszcze tego nie pokazał, stawia na sprawdzone twarze. W zasadzie tylko David Matei to świeża, zaskakująca postać. Póki co nie skupiamy się na indywidualnościach i szukaniu lidera. On musi objawić się sam, wziąć odpowiedzialność za grupę.
Nadzieja w piłkarzu… Legii?
Można nawet uznać, że największe pozytywne emocje wśród naszych rywali wzbudza… Otto Hindrich. Rumuni są pod wrażeniem tego, w jaki sposób wypromował się w Legii Warszawa i mocno liczą na niego w kadrze. Nawet włączając w to samego selekcjonera, który potwierdził już, że przeciwko biało-czerwonym między słupkami stanie właśnie przedstawiciel PKO BP Ekstraklasy.
- Otto Hindrich był dobry w CFR Cluj, ale nie został należycie doceniony. Mówiło się, że to jeden z trzech, czterech najlepszych bramkarzy w Rumunii, ale nie był uważany za najlepszego, dlatego wszyscy są zaskoczeni jego progresem. Hagi stwierdził nawet, że żałuje, że Hindrich nie zagrał z Bośnią, bo na to zasługiwał - kończy nasz rozmówca.