Idą po pierwsze mistrzostwo od… 1965 roku! Zostały dwie kolejki. Hegemoni w strachu

Idą po pierwsze mistrzostwo od… 1965 roku! Zostały dwie kolejki. Hegemoni w strachu
IMAGO / pressfocus
Adam - Kowalczyk
Adam KowalczykDzisiaj · 14:05
Sezon 2025/26 wchodzi w decydującą fazę, w wielu ligach toczy się zacięta walka o mistrzostwo kraju, a co za tym idzie - pachnie także niespodziewanymi rozstrzygnięciami. Jest tak m.in. w Austrii, gdzie obecny lider może dokonać historycznego osiągnięcia.
To już nie czasy dominacji RB Salzburg, który przez równo dekadę wygrywał tytuł za tytułem. W ostatnich latach śledzenie austriackiej Bundesligi dostarcza wielu emocji, a w tym sezonie różnica punktowa między pierwszą a trzecią drużyną w tabeli wynosi zaledwie cztery punkty na dwie kolejki przed końcem.
Dalsza część tekstu pod wideo

1. LASK - 33 punkty

Linzer Athletik Sport Klub to drużyna, dla której obecny sezon stanowi prawdziwy przełom. Głównie dlatego, że zdołała w nim już dokonać historycznego osiągnięcia - wygrała bowiem drugi w historii oraz pierwszy od 1965 roku Puchar Austrii, pokonując w finale Altach 4:2. Oba triumfy dzieliło aż 61 lat. Trudno w to uwierzyć, biorąc pod uwagę obecny status LASK w austriackim futbolu - ekipa z Linz jest uznawana za jedną z lepszych drużyn piłkarskich w kraju, a wielu nie omieszkałoby przypisać jej tytułu “trzeciej siły” Bundesligi. Prawda jest jednak taka, że nie zawsze było tak kolorowo.
LASK, choć jest najstarszym klubem z Górnej Austrii, w latach 2011-2017 przechodził przez bardzo trudny okres. Rok po druzgocącym spadku z Bundesligi zajął trzecie miejsce na zapleczu elity, jednak wtedy został zdegradowany do trzeciej ligi ze względu na problemy finansowe. Powrót do elity zajął mu sześć lat, a w sezonie 2017/18 - jako beniaminek - zajął wysokie, czwarte miejsce w tabeli. Sezon później był już wicemistrzem Austrii. W pandemicznym 2020 roku miał realną szansę na to, by zdetronizować Salzburg i zdobyć tytuł mistrza kraju, lecz w decydującym momencie sezonu wyślizgnęła mu się ona z rąk. Wszystko ze względu na… złamanie obostrzeń i punkty karne.
Wówczas wszystko układało się świetnie. Po rundzie zasadniczej LASK był pierwszy z 54 punktami, a drugi Salzburg miał tych punktów 48. Tak się złożyło, że przerwa w rozgrywkach między fazą zasadniczą a grupą mistrzowską i spadkową przypadła na okres przymusowego wstrzymania sezonu przez koronawirusa. Klub z Linz wrócił do treningów jako pierwszy ze wszystkich austriackich ekstraklasowiczów - problem w tym, że jego zawodnicy uczestniczyli we wspólnej sesji drużynowej, co w tamtym momencie było surowo zakazane. Kara od austriackiej Bundesligi była brutalna - 12 ujemnych punktów oraz 75 tysięcy euro grzywny.
Szczęście w nieszczęściu, że przed finałową fazą rozgrywek ligowych doszło do podziału punktów na pół. LASK przed wznowieniem rywalizacji miał więc trzy “oczka” przewagi nad Salzburgiem, a w ramach kary odjęte zostało mu nie 12, a sześć punktów. Po miesiącu Austriacki Związek Piłki Nożnej postanowił jednak dodatkowo złagodzić konsekwencje, więc dwa z odjętych punktów zostały ostatecznie przywrócone na konto klubu z Linz. W kontekście przebiegu rywalizacji w grupie mistrzowskiej niewiele to jednak pomogło - Salzburg, który zaczynał ją na szczycie tabeli, utrzymał miejsce na fotelu lidera do końca sezonu, zdobywając mistrzostwo. LASK zaś poradził sobie na tyle słabo, że zajął w lidze dopiero czwarte miejsce. Cztery minusowe punkty w ostatecznym rozrachunku niewiele zmieniły - bez nich klub skończyłby trzeci, z 12 “oczkami” straty do lidera.
Z biegiem czasu tamta drużyna ulegała stopniowej “rozbiórce”, ale dziś przeżywa najlepszy okres od ponad sześciu dekad. Po triumfie w Pucharze Austrii teraz LASK ma realne szanse na podwójną koronę. Właśnie wygrało ważny mecz z Rapidem Wiedeń (3:1) i jest pierwsze w lidze z 33 punktami na koncie. Na mistrzostwo kraju czeka tyle samo, ile czekało na puchar, a sam tytuł może zapewnić sobie już w następnej kolejce. 10 maja rozegra bowiem kluczowe starcie z RB Salzburg. Samo zwycięstwo z “Bykami” nie zagwarantuje mu jednak tytułu. Będzie musiał liczyć też na potknięcie Sturmu Graz w meczu z Hartbergiem.

2. Sturm Graz - 31 punktów

Na chwilę obecną - faworyci. I nie chodzi tu zupełnie o miejsce w tabeli, a o fakt, że to oni zdają się naturalnie wypełniać lukę po gasnącej potędze Red Bulla. Sturm Graz zdobywał mistrzostwo w Austrii w ostatnich dwóch sezonach, a w jednym z nich (2023/24) dołożył jeszcze do tego triumf w pucharze kraju. Co więcej, był to scenariusz do przewidzenia, bo deptał rywalom po piętach już wcześniej. W latach 2022 i 2023 kończył ligę jako wicemistrz, z odpowiednio 15 i siedmioma punktami straty do Salzburga. Mniej więcej w tym okresie dokonała się też najbardziej udana inwestycja i największa sprzedaż w historii klubu - Rasmus Hojlund, który dołączył do Sturmu kilka miesięcy przed mundialem w Katarze, rok później został pozyskany za 21 milionów euro przez Atalantę. To właśnie wtedy w Graz po raz pierwszy pokazali, że też potrafią wypuścić w świat wielki piłkarski talent.
Prawdziwa ironia losu miała miejsce wtedy, gdy Sturmowi udało się dopiąć swego i zakończyć 10-letnią hegemonię Salzburga. W składzie drużyny, która zdobywała mistrzostwo, znalazło się wtedy aż trzech zawodników, których kilka lat wcześniej akademia Red Bulla oddała bez żalu - Jusuf Gazibegović, David Affengruber i Alexander Prass. Ten ostatni pojechał nawet na EURO 2024 i stał się ważnym zadaniowcem w reprezentacji Austrii prowadzonej przez Ralfa Rangnicka. Tego samego Ralfa Rangnicka, którego piłkarską filozofię Red Bull Salzburg promował przez lata.
Drugi tytuł Sturmu również nie był przypadkiem. Klub wykorzystał rosnącą pozycję we wzorowy sposób i nadal dokonywał trafionych ruchów na rynku, promując kolejnych ciekawych zawodników. Obecnego napastnika Chelsea, Emmanuela Emeghę, sprzedał za 13 milionów euro do Strasbourga. Prass za o milion mniejszą kwotę trafił do Hoffenheim, a wspomniani Affengruber i Gazibegović dopięli ruchy do lig TOP5 - odpowiednio do hiszpańskiego Elche i niemieckiego Koeln. Zdecydowanie najciekawszym nazwiskiem był jednak kolejny duński snajper, czyli Mika Biereth. Ściągnięty za dziewięć milionów euro z Arsenalu, sprzedany za 13 do Monaco. I choć jego debiutancki sezon w klubie z Księstwa był rewelacyjny (13 goli w 16 meczach), tak obecnie jest w formie, która pozostawia bardzo wiele do życzenia. Tak czy inaczej, talentu odmówić mu nie można. Wspomnieć warto także o wielkim talencie Brighton, Malicku Yalcouye, oraz bramkarzu Kjellu Scherpenie, który świetnie radzi sobie w belgijskim Unionie Saint-Gilloise.
Mówiąc o ostatnich sukcesach Sturmu trudno nie powiedzieć kilku słów o Christianie Ilzerze. Szkoleniowiec, który prowadził ekipę z Graz w latach 2020-2024, dziś jest pierwszym trenerem Hoffenheim i walczy z nim o bezpośredni awans do Ligi Mistrzów. Obecnie pieczę nad zespołem mistrza Austrii ma zaś 34-letni Fabio Ingolitsch. Jego podopieczni, na dwie kolejki przed końcem sezonu 2025/26, tracą zaledwie dwa punkty do LASK. A dodajmy, że terminarz mają na papierze łatwiejszy. Podczas gdy liderów tabeli po meczu z Salzburgiem czeka jeszcze trudne, wyjazdowe starcie z Austrią Wiedeń, Sturm w następnej kolejce zmierzy się z Hartbergiem - najsłabszą drużyną grupy mistrzowskiej, która przed prawie każdym spotkaniem jest spisywana na straty. Kończący sezon mecz z Rapidem Wiedeń rozegra zaś na własnym stadionie. Trzecie mistrzostwo z rzędu byłoby ostatecznym dowodem na to, że w Austrii pojawił się kolejny dominator.

3. Red Bull Salzburg - 29 punktów

Salzburg wciąż ma bardzo realną szansę na odzyskanie tytułu mistrza Austrii po dwóch latach przerwy, jednak spośród wszystkich drużyn ścigających się o tytuł jest w najgorszej pozycji. Na koncie ma 29 punktów - dwa mniej niż drugi Sturm i aż cztery mniej niż pierwszy LASK. Z tym ostatnim zespołem czeka go jednak pojedynek bezpośredni, który może bardzo wiele zmienić.
Tuż po tym, jak Sturm zdobył tytuł w 2024 roku, w Salzburgu miało miejsce apogeum kryzysu. Mimo że klub po stracie dominacji wciąż zdołał awansować do Ligi Mistrzów, to zaprezentował się tam poniżej wszelkiej krytyki. Zajął fatalne 34. miejsce w fazie ligowej, zostawiając za sobą jedynie Slovan Bratysława i Young Boys Berno. Ponosił też druzgocące porażki - kwintesencją były lekcje futbolu od Sparty Praga (0:3), Stade Brestois (0:4) czy Bayeru Leverkusen (0:5). Letnie okienko transferowe również nie zakończyło się wtedy najlepiej, a końcowy bilans stanął na zaledwie dziewięciu milionach zysku. Był to wynik fatalny, szczególnie że w poprzednich latach klub z ruchów na rynku zarabiał regularnie między 30 a 70 milionów euro.
Poniekąd pokryło się to też z faktem, że w Red Bullu nastąpiła chwilowa stagnacja, jeśli chodzi o jego największy znak rozpoznawczy w świecie futbolu - produkcję talentów. Zarówno tych piłkarskich, jak i trenerskich. Chwilowa, bo nie można jednak zignorować faktu, że nawet wtedy pojawiały się pozytywne wyjątki. Ostatnią “wielką sprzedażą” był Benjamin Sesko trzy lata temu, ale później mieliśmy chociażby Strahinję Pavlovicia, który dziś jest filarem defensywy Milanu. Teraz bardzo obiecujący gracz to 18-letni Kerim Alajbegović, który właśnie awansował z Bośnią i Hercegowiną na mundial i niewykluczone, że zostanie odkryciem imprezy. Ale klubowi nie udało się go dobrze spieniężyć - na lato “zaklepał sobie” już go Bayer Leverkusen, który zapłacił za transfer jedynie osiem milionów euro. Promocja.
Choć pod kątem szkolenia potencjalnych gwiazd futbolu wszystko zdaje się szybko wracać na dobre tory, to Salzburg nie cieszy się już opinią “trampoliny” dla przyszłych wielkich trenerów. Dawniej karierę zaczynali tu między innymi Adi Huetter, Marco Rose czy Jesse Marsch, którzy obecnie wciąż mają dość mocną pozycję na rynku. Od kilku lat w Salzburgu nie było jednak żadnego szkoleniowca, który następnie “wspiął się” na wyższy poziom. Ostatnim dobrze prosperującym nazwiskiem był Matthias Jaissle, do którego cztery lata temu przylgnęła łatka “nowego Juliana Nagelsmanna”. Niemiec zamiast kariery w Europie wybrał jednak Arabię Saudyjską i już od trzech lat jest trenerem tamtejszego Al-Ahli, z którym wygrał Ligę Mistrzów AFC.
Tytuł mistrzowski byłby w tym roku dla Salzburga nagrodą pocieszenia. Na wszystkich innych polach drużyna zawiodła - w Lidze Europy nie dała rady awansować do fazy pucharowej, a w pucharze kraju sensacyjnie odpadła, przegrywając spotkanie półfinałowe z Altach (0:1). Aby utrzymać nadzieje na tytuł, “Byki” muszą wygrać niedzielny mecz ligowy z LASK. Później czeka ich ostatnie starcie domowe z Hartbergiem, w którym będą zdecydowanym faworytem.

Mecz o tytuł?

Pojedynek LASK - RB Salzburg jest o tyle ważny, że będzie miał absolutnie kluczowe znaczenie w przypadku, gdy wszyscy trzej kandydaci do tytułu zakończą sezon z taką samą liczbą punktów. Matematycznie taka sytuacja wciąż jest możliwa, gdy LASK poniesie dwie porażki, Salzburg w ostatniej kolejce zremisuje, a Sturm zaliczy dwa remisy w pozostałych spotkaniach. Przy tym scenariuszu każda z drużyn będzie mieć po 33 punkty na koncie.
W takiej sytuacji automatycznie z walki o mistrzostwo odpadnie Sturm. Wszystko ze względu na układ tabeli po rundzie zasadniczej. Przed podziałem na grupy mistrzowską i spadkową zespół z Graz zajmował w niej pierwsze miejsce z 38 punktami. Salzburg i LASK - odpowiednio drugie i trzecie, z 37 “oczkami”. W austriackim systemie rozgrywek każda drużyna traci połowę punktów po rundzie zasadniczej, jednak w przypadku nieparzystych sum punktów liczba ta jest zaokrąglana do góry.
Efekt? Przed startem rywalizacji w grupie mistrzowskiej wszystkim kandydatom do tytułu odjęto po 19 punktów. Ale to LASK i Salzburg straciły procentowo więcej od Sturmu. W przypadku remisu punktowego na koniec rozgrywek Sturm na pewno zajmie więc trzecie miejsce, gdyż w praktyce pozostałe ekipy mają pół punktu zapasu.
I to jest moment, w którym o tytule decyduje suma wyników wszystkich meczów LASK z Salzburgiem. W Austrii mają one większe znaczenie niż bilans bramkowy, a co za tym idzie, rezultat niedzielnego spotkania może zdeterminować, kto zostanie mistrzem Austrii. Jak sytuacja wygląda po trzech meczach bezpośrednich? Jedno zwycięstwo LASK (3:1), jedno zwycięstwo Salzburga (2:0) i jeden remis. Tyle samo goli, tyle samo punktów. Bilans bramkowy z całego sezonu? Obecnie na korzyść drużyny spod szyldu Red Bulla. Strzeliła ona aż osiem goli więcej od LASK. A jako że jedynym możliwym scenariuszem prowadzącym do remisu punktowego jest zwycięstwo Salzburga w ostatnim meczu bezpośrednim, to właśnie jemu będzie przysługiwał tytuł mistrzowski.
Jak widać, emocje sięgają zenitu, a możliwych scenariuszy na końcówkę sezonu jest multum. Pozostaje tylko śledzić całą rywalizację, bo na ostatnich metrach przed metą może wydarzyć się naprawdę wszystko.

Dyskusja

Przeczytaj również