Jak ligowe gwiazdy oszukiwały trenerów. Sprytne zagrywki. "Wolno im było więcej"
O zmieniających się realiach zimowych przygotowaniach polskich klubów do rundy wiosennej, a także o tym, jakie przekazy z takich zgrupowań płyną do mediów - pisze Janusz Basałaj w kolejnym odcinku cyklu na Meczyki.pl.
Kroniki Piłkarskie Janusza Basałaja to zbiór felietonów, w których doświadczony dziennikarz Meczyki.pl komentuje bieżące wydarzenia ze świata futbolu.
"Jeszcze nigdy tak ciężko nie pracowaliśmy..." - tymi zapewnieniami o ciężkiej pracy na zimowych obozach przygotowawczych witali dziennikarzy: trenerzy, piłkarze i działacze polskich klubów. Działo się to dawno, dawno temu, kiedy formę wykuwano w Zakopanem, Wiśle, Szklarskiej Porębie, a może i w Cetniewie. Bieganie w śniegu po pas po polskich górach i wzgórzach miało dać kondycję i świetne przygotowanie na cały rok. Czy to była ciężka, katorżnicza praca? Była, bo przez kilka tygodni nikt na takim obozie raczej nie oglądał piłki. Sztanga, materac, przepocony dres i kilometry wchodzące w nogi. Mała, duża zabawa biegowa (terminy zapożyczone od trenerów bardzo starej daty).
Piłkarze często przyjmowali pozę współczesnych galerników futbolu. Wszystko po to, by w okolicach Dnia Kobiet, czyli na początku marca, rozpocząć rundę wiosenną. Tylko tamci artyści futbolu, jak np. Andrzej Iwan czy Mirosław "Mundek" Okoński, podchodzili twórczo do tej harówy. Zdarzało im się (jak wspominali po latach) oszukiwać trenerów, skracać trasę a nawet korzystać z taksówki, która mogła ich zwieźć spod góry do hotelu. Ale artystom polskiego futbolu zawsze było wolno więcej... Reszta zasuwała. Ostatni medal Polski na mistrzostwach świata w 1982 roku oprócz typowo piłkarskich przymiotów pokazał niebywałe przygotowanie fizyczne. Antoni Piechniczek, ówczesny selekcjoner, wiedział, co robić w styczniu (w lutym grano już poważniejsze sparingi zwykle na zaśnieżonych boiskach), by latem "Orły" były nie do zatrzymania.
Czy tęsknię za tamtymi czasami? Nie. Czy tęsknią za tamtym przygotowaniem trenerzy i piłkarze? Też nie. Kto lubi taką galerniczą robotę bez piłki? Dziś kalendarz międzynarodowy (pucharowy) każe zaczynać ligową grę już na przełomie stycznia i lutego. Odnowa, medycyna, całe to piłkarskie “labo” i nowo metody szkoleniowe pozwalają na mniej biegania, a więcej gry w piłkę. Co może się wydawać... odkrywaniem Ameryki na nowo. Cała ekstraklasa, a może i pół pierwszej ligi ucieka z zaśnieżonej piłki do Turcji, Hiszpanii, nad Zatokę Arabską. Wszystko po to, by na dobrze przygotowanych trawiastych boiskach przygotowywać się do nowego sezonu. Pomieszkać w luksusowych hotelach, pograć kontrolne mecze z solidnymi rywalami, wszystko w temperaturze kilkunastu (co najmniej) stopni Celsjusza. Nie sugeruję, broń Boże, że nasi dzielni futboliści wyjeżdżają tam na wczasy... Ale bohaterowie naszej piłki sprzed jeszcze 30 lat mogą dzisiejszym piłkarzom po prostu pozazdrościć.
Drużyny polskie, skandynawskie, białoruskie, ukraińskie, a i chyba rosyjskie uciekają więc w ciepłe kraje, bo kiedy spojrzy się za okno, przynajmniej w Polsce, to z pewnością nie przychodzi ochota na grę w piłkę w kopnym śniegu. Nawet porywisty wiatr i deszcz na Riwierze Tureckiej nie przeszkadzają, bo jesteś bardzo ale bardzo daleko od śniegu i mrozu. Taki styczeń to też prężenie muskułów transferowych. Kto kogo i za ile kupił... To dziś interesuje kibica i dociekliwego redaktora, a nie bajanie o "katorżniczej pracy i zaangażowaniu w treningi". Może są jeszcze tacy trenerzy czy działacze, o piłkarzach nie wspomnę, ale tradycyjnie zachowując takie uwagi dla siebie, prężą się jak prawdziwi zawodowcy, gotowi podbić nie tylko ekstraklasę, ale i pucharową Europę. Poza tym kogo interesuje, jak pracujesz pod Antalyą. Pokaż lepiej, jakim składem wybiegnie twój zespół w pierwszej "wiosennej" kolejce.
Dlatego dziś oglądając (gorąco polecam!) kanał Meczyki, w roli głównych bohaterów naszych programów zauważam prezesów, menedżerów czy dyrektorów sportowych. Po co pytać trenera (ten zawsze pięknie pościemnia), skoro za kilka tygodni zobaczymy efekty "tureckiej" roboty na boiskach, przy okazji modląc się o temperaturę na plusie i braku śniegu na murawie... I tylko czasami żal, że nie da się z takiego treningu w styczniowej Turcji zbiec taksówką. Bo po latach byłoby co opowiadać. Zawodowstwo i nowoczesność rzadko kiedy kreuje barwne wspomnienia i legendy.