Karne zamiast remisu w czołowej lidze kontynentu?! "Szum na cały świat"
Miał stanowić tylko sezon przejściowy i być ciekawostką. Kilkumiesięczny projekt J1 100 Year Vision League wywołał jednak spory szum nie tylko w Japonii, ale i na całym świecie. Turniej, który został wprowadzony poniekąd z konieczności, a przez wielu mógł zostać potraktowany po macoszemu, już teraz jest wielkim sukcesem.
Japonia w Europie powszechnie traktowana jest jako jeden z najmocniejszych piłkarskich krajów w Azji, ale nie zawsze tak było. Jej reprezentacja po raz pierwszy triumfowała w Pucharze Azji dopiero w 1992 roku, a na mundialu zadebiutowała sześć lat później we Francji. Te sukcesy były możliwe dzięki wprowadzeniu w tamtej dekadzie profesjonalnych rozgrywek klubowych. J.League zrewolucjonizowała postrzeganie futbolu w “Kraju Kwitnącej Wiśni”. Jej format przez lata ulegał licznym zmianom, ale jedno pozostawało niezmienne: zmagania rozpoczynały się wiosną, a kończyły późną jesienią. To zmieni się już od najbliższego sezonu, w związku z czym w Japonii wpadli na naprawdę wyjątkowy pomysł.
Nie jest tylko “o pietruszkę”
O tej zmianie japońska federacja dyskutowała z władzami ligi właściwie już od dwóch dekad. Argumentem za była przede wszystkim możliwość dostosowania kalendarza rozgrywek do tego europejskiego, który stosowany jest przez coraz więcej azjatyckich federacji. Często wspominano też, że wprowadzenie przerwy międzysezonowej na przełomie czerwca i lipca pozwoli uniknąć gry w najwyższych letnich temperaturach. Przeciwnicy wskazywali, że zamiast tego część sezonu przypadnie na miesiące zimowe, kiedy aura na północy kraju również nie sprzyja grze w piłkę. Ostatecznie zwyciężyła chęć pogoni za globalnym rynkiem i pod koniec 2023 roku J.League ogłosiła zmianę formatu rozgrywek począwszy od sezonu 2026/2027.
- Ta decyzja to nie jest kosmetyczna zmiana terminarza, ale strategiczny ruch, który ma zsynchronizować japońską piłkę z Europą i światowym rynkiem. Od lat mówiono o potrzebie dostosowania kalendarza do największych lig, aby ułatwić transfery, poprawić przygotowanie klubów do rywalizacji w Azji i lepiej funkcjonować w globalnym futbolu. W kontekście takich rozgrywek jak AFC Champions League Elite wyrównanie kalendarza ma ogromne znaczenie sportowe, bo pozwala japońskim klubom wchodzić w kluczowe fazy sezonu w rytmie zbliżonym do reszty kontynentu. W związku ze zmianą systemu powstała kilkumiesięczna wyrwa. Włodarze ligowi długo zastanawiali się, jak sprawić, aby ten okres przejściowy nie był tylko formalnością. Efektem było stworzenie turnieju o wyjątkowym, niemal pucharowym charakterze - tłumaczy nam Adam Błoński z AzjaGola.com.
Sam format J1 100 Year Vision League jest stosunkowo prosty. Rywalizacja toczy się w dwóch grupach po 10 drużyn - wschodniej i zachodniej, w których każdy zespół zagra ze sobą dwukrotnie. Ich zwycięzcy później spotkają się w finałowym dwumeczu, a drużyny z kolejnych miejsc także zmierzą się o poszczególne lokaty w końcowej tabeli. Najwięcej emocji wzbudziło wprowadzenie serii rzutów karnych w przypadku remisów. Zwycięzca tej dodatkowej rywalizacji zgarnia dwa punkty, natomiast przeciwnik inkasuje oczko, które dostałby w standardowej potyczce ligowej. To właśnie ta zasada była szeroko komentowana na całym świecie. Tyle że wbrew niektórym informacjom rozpowszechnianym w Internecie to rozwiązanie czasowe, wprowadzone jedynie na czas sezonu przejściowego.
- Istniało ryzyko, że w sytuacji, w której nie ma spadków i awansów, część spotkań będzie odbierana przez kibiców jako mecze “o pietruszkę”. Wprowadzenie jedenastek sprawiło, że każde spotkanie ma swój własny finał - nawet jeśli w ciągu regulaminowych 90 minut brakuje goli. Dzięki temu mamy po prostu więcej widowisk, a fani zawsze wychodzą ze stadionu z poczuciem, że byli świadkami jakiegoś rozstrzygnięcia. Ma to też ważny wymiar sportowy - całe pokolenie japońskich piłkarzy - zarówno bramkarzy, jak i graczy z pola - oswaja się w ten sposób z presją rzutów karnych. A fakt, że taka nowinka - podobnie jak pomysł sezonu przejściowego - jest teraz w Europie tak szeroko komentowana, już sam w sobie jest ogromnym sukcesem marketingowym włodarzy ligi - przyznaje Błoński.
Dawid kontra Goliat
Ze względu na konieczność wyrównania kalendarza w całej piłkarskiej piramidzie władze J.League podjęły również decyzję o tymczasowym połączeniu J2 i J3. Skrócony okres przejściowy wymagał uproszczenia struktury i optymalizacji pod kątem logistycznym oraz finansowym. W tym przypadku 40 zespołów uczestniczących na drugim i trzecim poziomie rozgrywkowym zostało podzielonych na cztery grupy. Podobnie jak w J1, tu też w razie ewentualnego remisu rozgrywana jest seria rzutów karnych. J2-J3 100 Year Vision League potraktowano jako jeden wielki eksperyment, któremu początkowo towarzyszyło sporo obaw, ale reorganizacja systemu ostatecznie okazała się impulsem rozwojowym.
- Reakcje klubów rzeczywiście były mieszane. Dla tych mniejszych oznaczało to szansę marketingową i okazję do gry z silniejszymi rywalami. Część klubów obawiała się natomiast różnic budżetowych oraz infrastrukturalnych. Teraz możemy powiedzieć, że ten format naprawdę się sprawdza i dziś wygląda to jak jedno wielkie święto futbolu. Podział na grupy sprawił, że rywalizacja nabrała lokalnego i emocjonalnego charakteru, a jednocześnie otworzyła przestrzeń na historie, które w klasycznym układzie ligowym zdarzają się rzadko. Mamy mnóstwo pojedynków w stylu Dawid kontra Goliat. Najważniejsze, że ten turniej zintegrował środowisko. Kibice czują, że uczestniczą w czymś wyjątkowym - opowiada Błoński.
Przykłady niezwykłych historii można mnożyć. Kochi United, Kataller Toyama czy Tegevajaro Miyazaki to drużyny, których przed inauguracją rozgrywek nikt nie stawiałby w roli faworytów. Tymczasem dzięki połączeniu drugiego i trzeciego poziomu mogą dzielnie stawiać czoła rywalom o znacznie większych budżetach i ambicjach. Ostatni z tych klubów to zresztą przykład szczególny. Beniaminek J2 wytworzył wokół siebie niezwykłą aurę. Do dziś podczas jego domowych meczów panuje bardzo rodzinna atmosfera. Najbardziej zagorzali fani dopingują swoich piłkarzy zza jednej z bramek siedząc na… kocach i organizując tam pikniki. Połączenie lig doprowadziło do zderzenia różnych światów, a obecność takich kopciuszków sprawiła, że sezon w teorii spisany na straty stał się jednym z najbardziej emocjonujących w dziejach japońskiej piłki klubowej.
Koniec z egzotyką
Większe zaplecze J.League to też raj dla skautów zagranicznych klubów. Analizując składy młodzieżowych reprezentacji Japonii, śmiało można stwierdzić, że w niższych ligach też występuje wielu zawodników z potencjałem na grę nie tylko w dorosłej kadrze, ale również solidnych europejskich zespołach. Japoński futbol w ciągu minionej dekady mocno otworzył się na świat. Wcześniej tamtejszych graczy na Starym Kontynencie można było policzyć na palcach jednej ręki. Obecnie w niemal każdej europejskiej lidze występuje przynajmniej jeden przedstawiciel “Kraju Kwitnącej Wiśni”. Nie inaczej jest w Ekstraklasie, gdzie reklamę japońskiej piłce zrobił choćby Takafumi Akahoshi, który dla Pogoni Szczecin rozegrał w sumie 115 ligowych meczów. Teraz w Jagiellonii Białystok występuje natomiast Yuki Kobayashi.
- Japonia nie jest już egzotyką, tylko ważnym elementem europejskiego rynku. Pod pewnymi względami stała się taką azjatycką wersją Brazylii, czyli krajem, z którego hurtowo ściąga się zawodników technicznych, zdyscyplinowanych taktycznie i przygotowanych mentalnie. W tej sytuacji władze ligi nie mogły pozostać bierne. Dotychczasowy kalendarz powodował realne problemy, bo gracze trafiający zią do Europy często dopiero co zakończyli sezon w Japonii i po transferze do nowego klubu byli eksploatowani niemal bez przerwy. Zmiana systemu ma to uporządkować i pozwoli na bardziej naturalne ruchy transferowe i lepsze zarządzanie obciążeniami piłkarzy - tłumaczy Błoński.
Europa zresztą coraz mocniej spogląda na Azję. Niegdyś Chiny, a obecnie Arabia Saudyjska przyciąga wielkimi nazwiskami, nawiasem mówiąc - już nie tylko tymi powoli schodzącymi ze sceny. W Japonii chcą zbudować coś bardziej trwałego - ligę opartą na wysokiej frekwencji, kulturze kibicowskiej i stabilności finansowej, a ponadto silnym zapleczu rodzimych zawodników. Nikt nie próbuje dokonać tam gwałtownego zamachu na czołowe europejskie rozgrywki. Wręcz przeciwnie - J.League od lat sumiennie stara się nadążyć za czołowymi ligami ze Starego Kontynentu. W regionie równać mogła się z nią jedynie południowokoreańska K League, ale nawet ona nie już teraz w stanie dotrzymać jej kroku. Japończycy są świetni w wprowadzeniu innowacji, a J1 100 Year Vision League jest tego najlepszym przykładem.
Oczekuj nieoczekiwanego
Chociaż sportowy aspekt całego przedsięwzięcia nie jest aż tak istotny, w ciągu zaledwie kilku miesięcy wyłoniony zostanie pełnoprawny mistrz kraju. O tym, że władze ligi traktują sezon przejściowy naprawdę poważnie, niech świadczy też fakt, że jego triumfator będzie jednym z przedstawicieli J.League w kolejnym sezonie AFC Champions League Elite. Gra jest więc warta świeczki, choć z uwagi na pucharowy charakter fazy finałowej, ostateczne rozstrzygnięcia mogą być bardzo zaskakujące. A przecież w “Kraju Kwitnącej Wiśni” nawet w tradycyjnej lidze zwykle ciężko wskazać wyraźnego pretendenta.
- Wytypować faworyta do mistrzostwa Japonii to trochę jak trafić szóstkę w totolotka. W ciągu ostatnich pięciu lat mieliśmy trzech różnych triumfatorów, a od powstania ligi w 1992 roku mistrzem aż dwukrotnie byli beniaminkowie, co tylko pokazuje jej ogromną konkurencyjność. Pamiętajmy, że naładowane gwiazdami Vissel Kobe z Lukasem Podolskim, Andresem Iniestą czy Davidem Villą nie było w stanie wygrać J.League i udało mu się to, dopiero kiedy wszyscy ci piłkarze już odeszli z klubu. W Japonii wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Poziom jest niezwykle spłaszczony, różnice punktowe minimalne, a niemal każdy potrafi wygrać z każdym. To liga, w której naprawdę gra się do ostatniego gwizdka i do ostatniej kolejki - zaznacza Błoński.
Ponadto w zasadzie co rok pojawia się zespół, którego przed inauguracją sezonu nikt nie stawiałby w roli kandydata do mistrzostwa. Tak było np. dwa lata temu, kiedy Machida Zelvia jako beniaminek długo liczyła się w walce o tytuł, ostatecznie finiszując na trzecim miejscu. Na drugim biegunie znalazła się ostatnio Yokohama F. Marinos. “Trójkolorowi” w latach 2019-2023 tylko raz kończyli ligę poniżej drugiego miejsca, ale w ostatnim sezonie do końca musieli walczyć o utrzymanie. Teraz mają na swoim koncie zaledwie trzy punkty po czterech kolejkach, które zdobyli w meczu z… Tokyo Verdy, a więc dotąd rewelacją skróconego sezonu. Jak widać, w Japonii rzeczywiście każdy rezultat jest możliwy, więc wytypowanie wyraźnego faworyta do triumfu to zadanie niezwykle ciężkie.
- Patrząc na szerokość kadr i stabilność projektów, naturalnymi kandydatami wydają się Vissel Kobe, Sanfrecce Hiroshima i Kawasaki Frontale. Stabilizację utrzymuje również Kashima Antlers, a Kyoto Sanga mimo zadyszki pod koniec poprzedniego sezonu wciąż dysponuje bardzo mocnym składem. Niemniej jednak, wskazanie jednego faworyta byłoby wbrew naturze tej ligi. J.League żyje z niespodzianek, zawsze pojawiają się jacyś nowi bohaterowie, historie i drużyny, które łamią schematy. Zamiast typować mistrza, lepiej po prostu śledzić rozgrywki do samego końca. Tam może wydarzyć się naprawdę wszystko. I właśnie ta nieprzewidywalność jest największą siłą tej ligi. Jak mówi hasło azjatyckiej piłki - oczekuj nieoczekiwanego - podsumowuje Błoński.
W Japonii mamy też oczywiście polskiego trenera, czyli Macieja Skorżę. Jego Urawa Red Diamonds w czterech meczach zgromadziła siedem punktów. W jednym ze spotkań musiała rywalizować w konkursie rzutów karnych, ale okazała się gorsza od rywala, zatem zgarnęła oczko, nie dwa.