Karygodne liczby Rajovicia. Jego wkład w Legię wynosi zero. "Nawet im puściły nerwy"

Karygodne liczby Rajovicia. Jego wkład w Legię wynosi zero. "Nawet im puściły nerwy"
Wojciech Dobrzynski / pressfocus
Jan - Piekutowski
Jan PiekutowskiDzisiaj · 16:13
To już nie jest kwestia umiejętności lub ich braku, bo z kilkunastu centymetrów trafiłby właściwie każdy. Mileta Rajović ma ten problem, że na domiar całego złego prześladuje go jeszcze pech. Legia Warszawa nie tylko nie ma napastnika, ale często gra po prostu w dziesiątkę.
Nie chodzi o to, aby się nad Duńczykiem znęcać. Trzeba natomiast zwrócić uwagę, jak nierozważną decyzją było kupienie rosłego piłkarza za trzy miliony euro. Gdyby Mileta Rajović trafił do Ekstraklasy na zasadzie wolnego transferu, ambaras byłby znacznie mniejszy. Problem w tym, że gdy Legia dopinała formalności z Watfordem, o Rajoviciu mówiono jako o najdroższym zawodniku w historii Ekstraklasy. Dopiero później zrzucono go z piedestału.
Dalsza część tekstu pod wideo

Nawet im puściły nerwy

Uwagę zwracała niska skuteczność snajpera oraz mały wpływ na rozegranie akcji. Z niezrozumiałych dla mnie względów pomijano jednak, że chociaż Rajović obdarzony jest słusznym wzrostem - 196 centymetrów - zupełnie nie radzi sobie w walce o górne piłki, o czym pisaliśmy TUTAJ. Potrzeba było kilkudziesięciu meczów, aby zrozumieć, że nawet w tym aspekcie Duńczyk niespecjalnie może przysłużyć się Legii. W poprzednim sezonie Ekstraklasy wygrał 49% pojedynków powietrznych. W tym zaczął jeszcze gorzej - 22%.
Spotkanie z Pogonią Szczecin urosło do rangi absurdu. Legia ostatecznie wyszarpała trzy punkty, w samej końcówce trafił Zoran Arsenić. Po zakończeniu meczu zaczęto z niezrozumiałych względów mówić, że Marek Papszun znów zmusił swój zespół do bardzo defensywnego grania, że Legia znów była pragmatyczna. Szkopuł w tym, że to nieprawda. Legia ma za sobą jeden z najlepszych meczów w ofensywie, przynajmniej za kadencji Papszuna. Narracja dotycząca piątkowego starcia byłaby zupełnie inna, gdyby Warszawiacy wykorzystali przynajmniej dwie doskonałe okazje, które w koncertowy sposób zmarnował właśnie Rajović.
27-latek ma to szczęście, że piłka w polu karnym go szuka. Choćby dwoił się i troił, niemal w każdym spotkaniu znajduje się w odpowiednim miejscu, odpowiednim czasie, aby umieścić futbolówkę w siatce. Na tym jednak kończą się niewątpliwe zalety Rajovicia jako "dziewiątki". Bo kiedy z Pogonią nie trafił z kilkunastu centymetrów, a w kolejnej sytuacji kopnął w przeciwnika stojącego przed linią, nawet członkom sztabu Papszuna puściły nerwy.
Szkoleniowiec też powoli ma dość. To chyba najmocniejszy sygnał dla piłkarza, bo jeśli ktoś przy Łazienkowskiej jeszcze w Rajovicia wierzył, to z pewnością należało wskazać na Papszuna. Przed rozpoczęciem sezonu trener mówił, że Duńczyk się poprawił. Już w pierwszym spotkaniu rozgrywek cierpliwość została wystawiona na niemożliwą próbę.
- Nie powiem, że zachowałem spokój. Powinniśmy strzelić te bramki, nie będę szukał wymówek. Za dużo pracy wkładamy, żeby do tej sytuacji dojść. (...) Mileta zasłużył swoją pracą na tę bramkę, musi być bardziej skoncentrowany, zdeterminowany - powiedział Papszun na konferencji prasowej. Do furii jeszcze daleko, ale trzeba uczciwie przyznać, że trener czaruje rzeczywistość.

Bezużyteczny

Rajović nie wykonał z Pogonią żadnej pracy, w dosłownym rozumieniu tego słowa. Jego obecność na boisku ograniczyła się w zasadzie do oddania pięciu strzałów, niewykorzystania trzech sytuacji. Przez bite 90 minut wykonał trzy (!!!) celne podania, większość do tyłu. Miał raptem 17 kontaktów z piłką. Raz jeden zabrał futbolówkę zawodnikom Pogoni. Trudno było znaleźć gorszego zawodnika na boisku i to wcale nie z powodu pudeł, bo faktycznie można mówić o pechu, ale z powodu szokującej nieużyteczności dla zespołu.
Postawić tam kogokolwiek - nie będzie żadnej różnicy. Wojciech Górski dostrzegł, że w meczu z Pogonią Rajović nie dostał żadnego podania po ziemi. Nie dlatego, że zawodnicy Legii nie potrafią tak kopnąć piłki, ale bardziej dlatego, że Duńczyk nie pokazuje się do gry. Czeka na długą piłkę za obrońców i próbuje coś zrobić, ale nie wychodzi. Nie można nawet powiedzieć o "dziewiątce", która, kolokwialnie rzecz ujmując, gra piach, ale swoje strzeli. Rajović w kluczowych momentach nie wsadza nogi, głowy, barku, kolana - brakuje szczęścia, brakuje umiejętności, może zawodzi strefa mentalna.
- Przypadek Rajovicia jest interesujący. Sam się czasem zastanawiam, co dokładnie go blokuje. To interesujący przypadek, ale i wyzwanie dla trenera. (...) Trzeba być niezwykle opanowanym i bardzo silnym mentalnie. Głowa ma ogromne znaczenie. (...) Ma wszystko, co powinien mieć gracz na pozycji numer dziewięć. Nie brakuje mu motoryki, bo dobrze porusza się po polu karnym i dochodzi do sytuacji. Teraz musi to tylko zamieniać na gole. Wiadomo, że Rajović ma też swoje mankamenty. To kwestia koordynacji ruchowej, odpowiedniego ułożenia ciała czy zachowania przy finalizacji. Nazywam to spokojem i elegancją w polu karnym. Najważniejsze jest połączenie strony mentalnej z techniką. (...) Napastnik musi być niczym killer. Ma sprawiać, że obrońcy się go boją - powiedział Artur Węska (trener w sztabie Legii) dla TVP Sport.
Ale Rajović to nie Virginia Woolf, jego nikt się nie boi. Czy Legię stać na dalszą próbę odbudowy zawodnika, który w 44 spotkaniach tylko raz miał serię dwóch meczów z golem? Szkoda Rajovicia jako człowieka, ale trudno bronić go jako piłkarza.

Przeczytaj również