Jest w fatalnej formie, a chce go... Barcelona. "Kryzys giganta ma jego twarz"

Jest w fatalnej formie, a chce go... Barcelona. "Kryzys giganta ma jego twarz"
IMAGO / pressfocus
Kacper - Klasiński
Kacper KlasińskiDzisiaj · 09:15
Popełnia liczne i kosztowne błędy, ale narzeka na jakość kadry. Nie bierze odpowiedzialności na własne barki, choć należy do grupy najbardziej doświadczonych zawodników. I, przede wszystkim, ma fatalny czas. Kryzys Manchesteru United przybiera, w pewnym sensie, twarz Lisandro Martineza.
Wątpliwości co do odpowiedniej mentalności, rozczarowująca postawa na murawie i piłkarze, którzy są w klubie zdecydowanie za długo… Kryzys Manchesteru United może kojarzyć się z wieloma aspektami, ale te konkretne elementy są wspólne dla właściwie każdej teorii dotyczącej jego przyczyn.
Dalsza część tekstu pod wideo
Duża część z nich to oczywiście efekt działań osób decyzyjnych. Niezrozumiałe decyzje w kwestiach zarządzania, kwestie finansowe stawiane ponad wyniki sportowe czy błędne wybory personalne mają ogromny wpływ na to, co dzieje się na boisku i nie można o tym zapominać. W tym sezonie jednak uosobieniem praktycznie wszystkich zarzutów dotyczących piłkarzy jest Lisandro Martinez.

Antybohater przeciwko Chelsea

O negatywnych statystykach Manchesteru United na starcie obecnych rozgrywek można rozpisywać się godzinami. Wydawało się, że fatalne wyniki poskutkują utratą posady przez Michaela Carricka. Władze klubu pod koniec października postanowiły jednak pozostawić go na stanowisku. Zgodnie z medialnymi doniesieniami dostał czas do najbliższej przerwy reprezentacyjnej. I pierwszym z trzech spotkań, które potencjalnie mogły jeszcze zmienić jego los, była niedawna wyjazdowa potyczka z Chelsea. Ta zakończyła się jednak porażką - efekt więc niespecjalnie zaskakiwał.
“Czerwone Diabły” zaczęły dobrze, ale przed przerwą brakowało im skuteczności. Po zmianie stron z kolei rywale prezentowali się zdecydowanie lepiej i na początku drugiej połowy szybko ustawili sobie mecz, wychodząc na prowadzenie 2:0. Przy okazji sprokurowania rzutu karnego skutkującego drugim golem, czerwoną kartką został ukarany Lisandro Martinez. Gdy Cole Palmer wykorzystał jedenastkę, los meczu wyglądał na już przypieczętowany.
Argentyńczyk zaliczył kwadrans z piekła rodem, który stanowił przykre podsumowanie jego występów w bieżących rozgrywkach. Były defensor Ajaksu Amsterdam zaczął od kompletnej bezradności w starciach z Morganem Rogersem. Przy rajdzie rywala zakończonym trafieniem na 1:0, najpierw rozstąpił się przed nim wraz z odciągniętym przez Estevao Harrym Maguire’em, a następnie nieudolnie próbował kontaktu fizycznego, aby jeszcze, w ostatniej chwili, utrudnić oddanie strzału.
Niedługo później Martinez złapał dwie żółte kartki za dwa faule popełnione w ciągu zaledwie kilkudziesięciu sekund - przy drugiej w niezrozumiały sposób uderzając Wesleya Fofanę w polu karnym przy centrze z rzutu rożnego. Wyleciał z boiska, sprokurował jedenastkę i w efekcie “zabił” mecz.
Patrząc na występy Martineza w tym sezonie, trudno było się dziwić tym, że nie popisał się przeciwko Chelsea. Argentyńczyk w ostatnich miesiącach regularnie popełnia błędy. Zawalił bramki w spotkaniach z:
  • Ipswich (strata w strefie obronnej - gol na 5:2, wynik końcowy: 5:2)
  • Fulham (zbyt wolna reakcja na strzał sparowany przez Senne Lammensa i w efekcie samobój - gol na 1:0 dla Fulham, wynik końcowy: 1:1)
  • Tottenhamem (Dominic Solanke kompletnie zdominował go przy walce o górną piłkę, gol na 1:1, wynik końcowy: 1:1)
Tylko te dwie ostatnie sytuacje kosztowały United trzy punkty w lidze. Wliczając błędy z meczu z Chelsea, mowa już o pięciu oczkach, a podopieczni Carricka zdobyli ich przecież zaledwie siedem. Naturalnie, całej winy za rozczarowujące rezultaty nie można zrzucać na Martineza, bo zawodzi drużyna jako ogół, a pod jego nieobecność oglądaliśmy m.in. kompromitację z Como (1:4), ale faktem jest, że środkowy obrońca ma za uszami naprawdę dużo. Zresztą można mu zarzucić też pozostawienie zbyt dużej przestrzeni Jonathanowi Davidowi przy drugim golu Atletico Madryt w spotkaniu przegranym 0:2 czy nieumiejętność oddalenia zagrożenia w akcji prowadzącej do bramki dla Evertonu na 1:1 przy okazji remisu 2:2 - choć tam winę trzeba było rozłożyć na większą liczbę graczy.
Większość atutów Lisandro, jak wyprowadzanie piłki ze strefy obronnej, jest niewidoczna. A jego braki, np. mało imponująca fizyczność, wysuwają się na pierwszy plan. Zresztą wystarczy przypomnieć sobie sytuację z przegranego niedawno spotkania z Bournemouth, gdy chwilę po wejściu Argentyńczyka z ławki kompletnie zdemolował go Rayan - swoją drogą podobnie jak tydzień później Rogers.
Martinez uosabia większość boiskowych problemów United: dużą liczbę często prostych błędów, deficyty fizyczne i brak konsekwencji. Do tego dodaje jeszcze swą wrodzoną chaotyczność - to właśnie ona doprowadziła do czerwonej kartki z Chelsea.

Jeden z “niezatapialnych”

Jednocześnie w Lisandro można upatrywać personifikacji tego, co zdaje się niszczyć szatnię United od środka. Bo nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ta również ma wiele problemów. Zawodzący piłkarze pozostają w klubie zdecydowanie zbyt długo. Już dość dobrze znany jest przykład defensywy, która na początku kadencji Erika ten Haga przegrała 0:4 z Brentfordem. Wszyscy jej przedstawiciele: Diogo Dalot, Harry Maguire, Martinez oraz Luke Shaw wciąż są zawodnikami 20-krotnych mistrzów Anglii.
I do każdego z nich kibice mieli w międzyczasie sporo zarzutów. Wszak każdy z nich, a także Marcus Rashford i Bruno Fernandes, w większości w roli istotnych ogniw, przyłożyli rękę do trzech z pięciu najgorszych startów United w erze Premier League, w sezonach 2023/24, 2024/25 oraz w obecnym. A trójka z tego grona: Rashford, Shaw i Maguire (Dalot akurat miał mało istotną rolę) również do czwartego, z rozgrywek 2019/20. Wielokrotnie dokładali rękę do negatywnych rekordów, ale są “niezatapialni”.
Pomimo wielu rozczarowań, kolejnych momentów frustracji i nadszarpniętego zaufania - zarówno fanów, jak i kolejnych trenerów - piłkarze niespełniający oczekiwań nie ponoszą najpoważniejszej konsekwencji: nie tracą miejsca w składzie, nie są spychani na dalszy szereg, tylko wracają do łask i ponownie stają się preferowanymi opcjami. I to oczywiście również kwestia rekrutacji, bo po prostu brakuje nowych, jakościowych graczy, gotowych, aby zająć ich miejsce. Zmienić to starał się Ruben Amorim, wypychając z klubu Rashforda z uwagi na słabe zaangażowanie. Jego następca jednak przyjął go z powrotem i ponownie włączył do zespołu.
W takim środowisku łatwo o wykreowanie nadmiernego poczucia bezpieczeństwa i apatii wobec wyników. No bo przecież można dostać czterobramkowe bęcki od Brentfordu, 0:7 (a w przypadku niektórych graczy obecnej kadry również 0:4 czy 0:5) od Liverpoolu czy kilkukrotnie 0:3 od Bournemouth i… nie ma z tego konsekwencji dla trzonu ekipy biegającej po murawie. Można podejrzewać, że zakulisowo panuje przekonanie o tym, iż nie ma co brać na siebie odpowiedzialności. Przecież skoro wśród piłkarskiego trzonu nie ma “ofiar” pogłębiającego się od lat kryzysu, to wina w opinii jego przedstawicieli nie musi leżeć po ich stronie. I pokazała to wypowiedź Martineza po przegranej z Atletico Madryt. Nie zabrakło formułki o słabej postawie kolektywu, ale padły też bardzo dosadne słowa odnośnie ludzi postawionych wysoko w klubie.
- Oczekiwałem większych inwestycji latem. Szczerze mówiąc, oczekuję więcej od dyrektora technicznego. My, zawodnicy, musimy być lepsi, ale ważne jest też, aby zbudować skład gotowy na takie wieczory. (...) To rozczarowujące przyjeżdżać na taki stadion i nie widzieć, żeby zespół próbował osiągnąć tu dobry rezultat.

Wszyscy mówią: “To nie moja ręka”

Czy skłamał odnośnie zarzutów do zarządu? Oczywiście nie. To jednak trochę podobna sytuacja, jak z pamiętnym wywiadem Cristiano Ronaldo u Piersa Morgana. Powiedział prawdę, wskazał istotny problem, lecz starał się ściągnąć odpowiedzialność z własnych barków. Martinez zasugerował wprost, że obecny skład nie spełnia jego osobistych ambicji. A te mogą stać wysoko, bo przecież to aktualny wicemistrz świata, mistrz sprzed czterech lat. Ale przecież on sam i przed meczem z Atletico, i po nim, wielokrotnie przyłożył rękę do słabej formy zespołu, popełniając błędy skutkujące bezpośrednio bramkami dla przeciwników. I takiej autorefleksji u niego nie ma.
W sytuacji, gdy sam zawodzi na boisku, Argentyńczyk stara się strącić ciężar z własnych barków i szuka winnych gdzie indziej, zapominając o własnych niedociągnięciach. Co więcej, taka wypowiedź z pewnością może pomóc mu w ucieczce z - można chyba tak powiedzieć - tonącego okrętu. Jego umowa, podobnie jak kilku innych centralnych postaci szatni kojarzonej z wielkimi zawodami ostatnich lat: Shawa, Maguire’a, a nawet Fernandesa, wygasa wraz z końcem sezonu. Klub ma opcję przedłużenia o kolejny rok, lecz coraz głośniej mówi się, że Lisandro chciałby odejść do Atletico. Krytykując przełożonych, może otwierać sobie drogę do szybkiej i bezproblemowej zmiany barw. Co ciekawe, interesuje się nim także Barcelona.
Co istotne, sam zdawał sobie sprawę z braku konsekwencji po takiej wypowiedzi, stanowiącej, bądź co bądź, uderzenie również w kolegów z zespołu. Bo Carrick i tak na niego postawił i robi to, gdy tylko może. A błędy nie znikają. Gdy Anglik postanowił za podobną niesubordynację po meczu z Como ukarać Bruno Fernandesa (choć on uderzył akurat bezpośrednio w osobę trenera), nic na tym nie zyskał. Zespół z Portugalczykiem na ławce przegrał 0:3, a ten potem wrócił do składu i ponownie założył opaskę kapitańską. Każdy może wyjść i szukać wymówek, nawet uderzając w inne ogniwa drużyny i klubu. A odpowiedzialność? Brak. Słowa o poprawie, słynne “We need to do better” są rzucane na wiatr. Gdy drużynie idzie źle na murawie, nie ma kogokolwiek, kto jest w stanie pociągnąć zespół lub wziąć wspomnianą odpowiedzialność na boisku. Dominują wzajemne pretensje i zrzucanie winy na innych.
I nie ma tu co mówić, że akurat Martinez jest przyczyną całego zła. Nie można nazwać go, jako jednostki, głównym winowajcą czy centralną częścią problemu. Ten bowiem jest szerszy. Ale w osobie Argentyńczyka dostrzec można wszystkie kluczowe aspekty rozpadu United w ostatnim czasie. Kryzys “Czerwonych Diabłów”, w pewnym metaforycznym sensie, ma twarz Lisandro Martineza.
Coraz bardziej prawdopodobne, że akurat on niedługo odejdzie. Pytanie tylko, czy pozostałe “twarze” kryzysu pójdą w jego ślady. I czy to w jakikolwiek sposób zmieni to sytuację klubu.

Dyskusja

Przeczytaj również