Kolejna wielka wpadka trenera Lecha Poznań. Zaskakująca decyzja w przerwie

Kolejna wpadka Frederiksena. Zaskoczył decyzją w przerwie. "Zawiesił na ich barkach ciężar"
Marta Badowska / pressfocus
Szymon - Janczyk
Szymon JanczykDzisiaj · 20:20
Klimat Pucharu Polski w Tarnobrzegu najlepiej odda fakt, że mecz trzeba było na chwilę przerwać, gdy kibice zaprezentowali oprawę. Nie przez zadymienie, do czego przywykliśmy w lidze, lecz dlatego, że zawieszona pod dachem sektorówka… zasłoniła kamerę. Co przerwane nie zostało, to passa Lecha bez sukcesu w grze o krajowych puchar. Ostatnie takie trofeum dla “Kolejorza” zdobywał powoli schodzący ze sceny po wielkiej karierze Robert Lewandowski.
Tablicę z napisem oznajmiającym podróżnym, że dotarli do miasta słynącego z siarki i Siarki, powoli pożera rdza, dach zdobi eternit. Kilka osób dostrzega w tym zestawieniu obrazek godny uwiecznienia aparatem w telefonie, więc nie wszyscy, którzy wytoczyli się na peron z pociągu zmierzającego do Przemyśla przebierają nogami, żeby jak najszybciej się z niego wydostać.
Dalsza część tekstu pod wideo
Bez zaskoczenia. Chwilowy, nieplanowany postój opóźnił przybycie, lecz o zaledwie sześć minut. Oznacza to, że zanim rozpocznie się wydarzenie dnia (października?) w Tarnobrzegu, zdążylibyśmy jeszcze zmieścić w harmonogram kolejny mecz, nawet z dogrywką. Czterdziestotysięczne miasto nie pomieściłoby jednak tylu emocji.
Starczy, że przyjechał tu mistrz Polski i - zgodnie z poleceniem z transparentu zawieszonego na elewacji stadionu - na stadionie należało stawić się obowiązkowo, chwytając się dowolnej opcji spośród wymienionych:
  • Urlop
  • Wagary
  • L4

Siarka lepsza od mistrza Polski

Niemierzalne jest to, ilu spośród niemal pięciu tysięcy widzów z tego skorzystało, ale spora część musiała. Największe sportowe wydarzenie w najnowszej historii Siarki zaplanowano na południe. Może nie samo, bo to nie western, ale co to za różnica dla typowego uczestnika takich wydarzeń? Tak czy siak trzeba się wymigać od obowiązków, które wykonuje normalnie o tej porze.
Trzeba, bo stadion w Tarnobrzegu to relikt przeszłości. I nie chodzi o to, że skoro nowiutkie obiekty rosną nawet u ligowych rywali, w Chełmie, to i Podkarpacie powinno zyskać arenę wybudowaną za miliony. Bardziej o to, do czego wracają przywiązani do Siarki kibice, którzy zjechali z Polski, w którą wyruszyli lata temu: że miasto zrezygnowało nawet z budowy oświetlenia, co w takich okolicznościach spycha Siarkę na margines telewizyjnej ramówki.
- Największy sukces po zmianie władzy w mieście: wykreślili budowę oświetlenia za trzy miliony złotych - podsumowują gorzko lokalsi.
Wspomniany na wstępie fakt przerwania gry z powodu wywieszenia oprawy, też zresztą dowodzi, że choć jedna trybuna dach nad głową posiada, to całemu stadionowi daleko do współczesnych standardów. Ci, którzy zasiedli na dostawionym naprędce, z powodu ogromnego zainteresowania biletami, sektorze, zerkali więc nerwowo nie tylko przed siebie, na boisko, lecz i nad siebie, na niebo, które zwiastowało przynajmniej mżawkę.
Czy to dlatego ci, którym mniej sprawni strzelcy mogą zafundować wymianę okien, zdecydowali się co najwyżej zerkać na historyczny mecz zza parapetu? Może to wygoda, może wielkoduszność: lokalizacja ich mieszkań pozwala nie tyle nie płacić za bilet, ile dać szansę zakupu go tym, których wywiało w mniej atrakcyjny rejon miasta. Bo chociaż pojedyncze wejściówki zostały za oknem klubowych kas, to na trybuny i tak ściągnęło trzy-, nawet czterokrotnie więcej fanów niż zwykle.

Pokonani rozdawali autografy

Piątą część z nich stanowili goście z Poznania, którym Siarka bez problemu oddała wielokrotnie więcej biletów, niż standardowe pięć procent. Ba, ustami legendarnego tarnobrzeskiego spikera Wojciecha Jugo (to ten, który prosił kibiców Ruchu o zwrot piłki, stwierdzając, że problemy finansowe klubu nie tłumaczą takiej kradzieży) podziękowała im za przybycie i zaprosiła ponownie do Tarnobrzega. Sympatyczny starszy pan tylko dodał uroku sukcesowi trzecioligowego klubu, intonując na sam koniec przyśpiewki, nucąc do mikrofonu, wreszcie dorzucając do standardowego komunikatu o konieczności pozostania w sektorze gości zapewnienie, że do pół godziny będzie po sprawie.
Gospodarze chętnie zostali na obiekcie nawet dłużej. Najmłodsi, którym - wedle ich niezweryfikowanych przechwałek - odwołano lekcje, żeby mogli pojawić się na meczu, zbierali autografy mistrzów Polski. Ci stawali do zdjęć z przyklejonym uśmiechem, cierpliwie znosząc towarzyszącą takim wydarzeniom drwinę losu. Porażka na dalekim Podkarpaciu, pierwsza w historii starć z drużyną z czwartego poziomu rozgrywek, boli sama w sobie. Sznur chętnych do zbicia piątki, stos koszulek i wręczany z nadzieją marker to już sól na ranę. Odmówić nie wypada, taki los Goliata. Nawet pokonanego.
Starszym na pamiątkę też zostaną obrazki, lecz raczej te utrwalone w głowie. Miejscowi sami określili moment najszybszego bicia serc na okolice 85. minuty gry. Trwała nawałnica strzałów rywali - koślawych, ale jednak strzałów - na drodze których zawsze jednak ktoś wyrastał. Raz bramkarz, potem stoper, który nie tyle przyjął uderzenie na siebie, ile po prostu został ustrzelony w głowę. Nie istniała jednak granica ofiarności, której gospodarze nie byliby w stanie przekroczyć, żeby tylko przedłużyć swój sen.

Czwarta kompromitacja Nielsa Frederiksena

Teraz wiemy, że potrwa on nieco dłużej niż wynikało z obaw trenera Sławomira Majaka, który przed meczem wyrażał nadzieję, że mecz z mistrzem Polski zwróci uwagę na konieczność doinwestowania Siarki, postawienia klubu na nogi. Tarnobrzeg zrobił naprawdę wiele, żeby zasłużyć na uznanie bezstronnego widza i godnie opakować przyjazd Lecha Poznań na Podkarpacie.
Okolicznościowe koszulki i bluzy trafiły nawet w ręce przyjezdnych, zauroczonych faktem, że spotkanie z Lechem jest dla kogoś tak dużym wydarzeniem, godnym specjalnego merchandisingu, jakbyśmy to nazwali w świecie, do którego Poznaniacy przywykli, na ekstraklasowych salonach.
Omawiana już oprawa, która zmusiła Daniela Stefańskiego do wstrzymania zawodów, pierwszy raz w dziejach tarnobrzeskiego ruchu ultras zawisła na linach spuszczanych z dachu obiektu, co wymagało szeregu rozmów, pozwoleń i dodatkowych kosztów. Jej efekt wart był zachodu: żółty dym uzupełniony o wizerunek górnika i kibica doskonale oddawał tożsamość tego miejsca.
Wypełniony stadion pełen głodnych sukcesu, czy chociaż jego namiastki ludzi, zasłużył na to, co go spotkało. Tak jak i Lech, kompletnie wyjałowiony z piłkarskiego potencjału. Niels Frederiksen to trener, który unika szarości. Buduje legendę sięgając po kolejne tytuły, sprawnie łącząc przy tym ligę z Europą. Jednocześnie daje paliwo wątpiącym w jego metody, gdy w momencie, w którym najbardziej liczy się przygotowanie zadaniowe, dyspozycja dnia, jest regularnie sprowadzany na ziemię.
Roztrwoniona przewaga z Aarhus, porażka z Lincoln Red Imps, wpadki z Resovią oraz Siarką - to więcej niż słabszy moment, to powtarzający się scenariusz rozczarowań. W każdym z tych przypadków Lechowi bezpowrotnie uleciała jakaś szansa, bo przecież punkty stracone na Gibraltarze mogły dać mistrzom Polski bezpośrednią promocję w Lidze Konferencji, bez konieczności dwumeczu z KuPS i - co za tym idzie - inne losowanie.
Trener Lecha po meczu stwierdził, że odświeżył i odmłodził skład, bo nie może zawsze grać Walemarkiem. Trzeba się z tym zgodzić, ale tak jak rozwinął i odbudował najważniejsze postaci, tak powtarza się scenariusz, w którym ich zastępcy są wystawiani na ciężkie próby. Po Gibraltarze słyszeliśmy, że źle zarządzono kadrą, wysyłając na boisko piłkarzy bez odpowiedniego rytmu na sztuczną nawierzchnię. W Tarnobrzegu zobaczyliśmy podstawowy duet stoperów, gdy na ławce został ich jedyny zmiennik w obliczu kontuzji Mońki i Douglasa. W przerwie grający w osłabieniu mistrz pomocy szukał w pierwszej kolejności u młodzieży z głębokiego zaplecza zespołu. Trudno nie odnieść wrażenia, że istniały lepsze okazje do wprowadzania wychowanków - Frederiksen nie wykorzystał ich przy wysokim prowadzeniu z Radomiakiem czy Śląskiem, ale teraz zawiesił im na barkach ciężar niemal dwóch dekad oczekiwania na puchar. Tylko po to, żeby na sam koniec i tak ratować się największymi nazwiskami z kadry meczowej.
Znamy Lecha na tyle dobrze, że można założyć pozytywną reakcję, która zwykle następowała po takich upokorzeniach. Tyle że w Poznaniu woleliby już, tak dla odmiany, nie musieć odreagowywać i obawiać się, że najlepszemu od lat zespołowi pomiędzy Warszawą a Lizboną znów przydarzy się Tarnobrzeg.

Dyskusja

Przeczytaj również