Gigant już tylko z nazwy. Katastrofalna, kompromitująca seria. "Nie zasługują na tę koszulkę"
Cudu nie było. Juventus nie zdołał dokonać wielkiej rimonty w rewanżu z Galatasaray. Porażka 2:5 z ubiegłego tygodnia okazała się zbyt wysoka, aby podopieczni Luciano Spallettiego mogli awansować do 1/8 finału Ligi Mistrzów. Jeszcze dekadę temu tak szybkie odpadnięcie byłoby prawdziwą sensacją. Dziś to smutna codzienność w stolicy Piemontu.
Heroizm. Tym słowem do pewnego momentu można było opisać postawę Juventusu w rewanżowym starciu z Galatasaray. Trzybramkowa strata z pierwszego meczu i czerwona kartka Lloyda Kelly’ego nie zatrzymały podopiecznych Luciano Spallettiego, którzy doprowadzili do remisu w dwumeczu i dogrywki. Euforia na Allianz Stadium szybko przemieniła się jednak w rozpacz. Po dodatkowych dwóch kwadransach to mistrzowie Turcji mogli świętować awans.
Kibice w Turynie przeżyli małe déjà vu. Rok temu ich ulubieńcy pożegnali się z Ligą Mistrzów na tym samym etapie, przegrywając po dogrywce z PSV Eindhoven. Wcześniej odpadali z Villarrealem, Porto, Lyonem i Ajaksem. Dramatyczna seria europejskich klęsk trwa i nie chce się zatrzymać. Od lat “Bianconeri” nie potrzebują mieć naprzeciw siebie giganta, aby wylecieć z rozgrywek.
Lata upokorzeń
- Wielu piłkarzy Juventusu nie jest na poziomie tego klubu, nie zasługuje na noszenie tej koszulki. To nie są zawodnicy, którzy mogą przeciwstawić się najlepszym drużynom z Europy - przyznał ostatnio Mike Grella, ekspert stacji CBS Sports.
Trudno nie podpisać się pod tymi słowami obiema rękami. Wystarczy cofnąć się o dekadę, aby zobaczyć, jak bolesny regres zaliczyła kadra Juventusu. Kiedy zespół docierał w 2015 roku do finału Ligi Mistrzów, w obronie miał Buffona, Bonucciego, Barzaglego i Chielliniego, a w pomocy magiczny kwartet Pirlo, Marchisio, Vidal, Pogba. W ofensywie wymiatali Carlos Tevez i Alvaro Morata. To były dobre czasy dla wszystkich kibiców z Allianz Stadium. Czasy dawno minione.
W ostatnich sezonach “Bianconeri” kroczą od jednej kompromitacji do drugiej. Ścieżka wstydu rozpoczęła się w najmniej spodziewanym momencie, czyli od transferu Cristiano Ronaldo, króla Ligi Mistrzów. Cały projekt pod nazwą CR7 w Turynie udowodnił, że lepiej mieć dobry i zbalansowany skład niż jedną galaktyczną gwiazdę otoczoną coraz słabszymi partnerami. Jakość piłkarzy w Turynie rokrocznie malała, co odbijało się na wynikach. W 2019 roku Ajax wyrzucił “Juve” z Ligi Mistrzów, w kolejnym sezonie Lyon, a następnie Porto i Villarreal. W rozgrywkach 2022/23 Włosi odpadli po fazie grupowej, dając się wyprzedzić PSG i Benfice. W kolejnym roku w ogóle nie uczestniczyli w europejskich pucharach, co było karą za naruszenie przepisów finansowych.
Dlaczego hegemon utracił swoją moc? Jednym z powodów musiała być ciągła niestabilność. Dobrze wiemy, że akurat w piłce notoryczne zmiany koncepcji nie są dobrą oznaką. Jeśli praktycznie co roku musisz rozpoczynać nowy projekt, to znaczy, że tak naprawdę kręcisz się w kółko. A kolejne europejskie klęski miały różne oblicza. Z Ajaksem odpadła drużyna Massimiliano Allegriego, z Lyonem Maurizio Sarriego, z Porto Andrei Pirlo, a z Villarrealem ponownie Allegriego. W poprzedniej edycji katem “Starej Damy” prowadzonej z kolei przez Thiago Mottę zostało PSV Eindhoven. W rewanżu 1/16 finału Holendrzy oddali 25 strzałów, 10 celnych, wykręcili 3,4 oczekiwanego gola i wygrali absolutnie zasłużenie. Tamten mecz do bólu przypominał to, co wydarzyło się przed tygodniem w Stambule. Niemoc, bezradność i defensywna katastrofa.
Bolesny bój
Dwumecz z Galatasaray rozpoczął się od kolejnego fatalnego występu defensywnego ekipy z Piemontu. W drugiej połowie starcia w Stambule “Bianconeri” nie przypominali drużyny, a zbiór jednostek, które pierwszy raz widzą się na murawie. Prowadzenie 2:1 do przerwy zamieniło się w kompromitujący wynik 2:5. Po raz pierwszy w historii “Galata” strzeliła pięć goli w jednym meczu Champions League. A mogło być jeszcze wyżej. Po ostatnim gwizdku Victor Osimhen był wściekły, ponieważ jeden z kontrataków nie zakończył się powodzeniem. W pomeczowym wywiadzie Noa Lang, autor dubletu, śmiało przyznał, że mógł, a nawet powinien strzelić jeszcze więcej goli. Oni czuli, że mogli wypracować bardziej okazałą zaliczkę.
- Zrobiliśmy dziś trzy kroki w tył. Musimy wziąć na siebie odpowiedzialność. W drugiej połowie opadliśmy z sił, zabrakło nam charakteru. W obronie nie mamy zawodników, którzy potrafiliby zatrzymać każdy atak. Jeśli gramy poniżej pewnego poziomu, to ryzykujemy utratę goli. Nie ma sensu wiele o tym mówić, najważniejsze jest działanie - powiedział Spalletti po porażce w Stambule.
Oczywiście, że w rewanżu wyglądało to już lepiej. Juventus zagrał odważnie, z pasją, do pewnego momentu nie przejmował się kolejnymi kłodami rzuconymi pod nogi. Jednak koniec końców najważniejszy jest wynik, który determinuje wszystko. To “Galata” wygrała dwumecz 7:5 i wkroczyła do najlepszej szesnastki Europy. Włosi mogą jedynie żałować, że przywieźli ze Stambułu tak fatalny rezultat. Nawet huraganowy zryw na własnym stadionie nie wystarczył do końcowego sukcesu.
- Chce mi się płakać. Daliśmy z siebie absolutnie wszystko, włożyliśmy w ten mecz całe nasze serca i dusze. Dziękuję za to wszystkim kolegom. Musimy to zaakceptować i iść dalej. Nie możemy tracić wiary w siebie - przyznał Locatelli na antenie Prime Video. - Dziś zagraliśmy znakomicie. Awans przegraliśmy w pierwszym meczu - dodał Gatti.
- To boli. Piękny, waleczny i odporny na ciosy Juventus był bliski historycznego wyczynu, odrabiając stratę po porażce 2:5. Zgodnie z klubowym motto zespół grał do końca, ale Galatasaray awansowało po bramkach Osimhena i Yilmaza w dogrywce. Teraz celem "Bianconerich" będzie walka o czołową czwórkę w lidze - oceniła La Gazzetta dello Sport.
Winę za obecny stan “Bianconerich” należy rozłożyć na kilka sektorów. Można krytykować klub za to, że w ostatnich latach bardzo często zmienia trenerów. Ale sporym problemem jest też ogólny poziom całej kadry. Jak wielu piłkarzy Juventusu z czystym sumieniem zasługuje na miano topowych? Do głowy przychodzą Kenan Yildiz, Khephren Thuram, Manuel Locatelli, może Weston McKennie. Tyle. Gleison Bremer dysponuje spektakularnymi umiejętnościami, w formie to bezdyskusyjny lider defensywy. Problem w tym, że zbyt często zmaga się z kontuzjami, aby móc z czystym sumieniem zaliczyć go do światowej czołówki. A gdzie reszta?
Włodarze popełniają mniejsze lub większe błędy, które utrudniają budowę drużyny gotowej do rywalizacji o najwyższe cele w Europie. Wystarczy spojrzeć na obsadę linii ataku. W pierwszym meczu z “Galatą” z powodu urazów nie mogli zagrać Dusan Vlahović, Jonathan David i Arkadiusz Milik. Nawet przy tylu absencjach Spalletti nie wystawił Loisa Opendy, wolał zdecydować się na eksperyment z Westonem McKennie’em w roli fałszywej “dziewiątki”. A przypomnijmy, że wspomniany Openda przebywa w “Juve” na zasadzie wypożyczenia z obowiązkową klauzulą wykupu na poziomie 40-45 mln euro. W Lipsku już chłodzą się korki od szampanów. Działacze Red Bulla będą mogli świętować, kiedy dostaną przelew za Belga. Teun Koopmeiners strzelił w Stambule dwa gole, ale całościowo jego przygoda na Allianz Stadium nie jest zbyt udana. Trudno usprawiedliwiać wydanie na niego 60 mln euro.
- Juventus ma problem ze znalezieniem odpowiednich zawodników. Spójrzmy na napastników - Osimhen jest lepszy od Davida, a Icardi lepszy od Opendy. Osimhen to zawodnik, który wzbudza strach u rywali. Jest agresywny i skuteczny. Juventus nie ma takiej “dziewiątki”. Drużyna ma wiele problemów, indywidualne błędy ciągną cały zespół w dół. Czy klub musi przeprowadzić rewolucję? To zależy od miejsca, które zajmie na koniec sezonu. Ale zdecydowanie potrzebne są wzmocnienia na rynku - ocenił Alessandro Del Piero na antenie Sky Sports.
Włoski problem
Dyspozycja Juventusu potwierdza słabość włoskich drużyn na arenie europejskiej. Turyńczycy wygrali tylko sześć z ostatnich 17 meczów w Lidze Mistrzów. Napoli dwa z dziesięciu. Inter przegrał pięć z sześciu. Milan w poprzedniej edycji odpadł w 1/16 finału z Feyenoordem. Ekipa Antonio Conte w bieżących rozgrywkach zajęła dopiero 30. miejsce w fazie ligowej. “Nerazzurri” we wtorek skompromitowali się wynikiem 2:5 w dwumeczu z Bodo/Glimt. Porażka “Starej Damy” z Galatasaray nie była żadnym wypadkiem przy pracy, a wpisaniem się w negatywny trend.
- Jedni zostawiają Icardiego na ławce, a drudzy grają McKenniem na środku ataku. W ten sposób Europa odrzuca Włochów. Nasza sytuacja przeszła od niestabilnej do fatalnej. To nie są dobre dni dla naszej ukochanej dyscypliny. Przegrywamy na boisku i tracimy wizerunek poza nim - opisał włoski dziennikarz Stefano Agresti. - Jesteście zaskoczeni wynikami włoskich ekip? Ja nieszczególnie. Jeśli kadra narodowa nie może dostać się na jeden mundial, na drugi, to ewidentnie coś jest nie tak. Tak obecnie wygląda włoska piłka - dodał Thierry Henry.
Od lat polscy kibice lubią przerzucać się stwierdzeniami, że tylko klub X lub Y może dumnie reprezentować Ekstraklasę w Europie. Na Półwyspie Apenińskim można jedynie debatować, która drużyna jest słabsza. W poprzednim sezonie Inter był jedyną włoską drużyną, która awansowała do 1/8 finału Ligi Mistrzów. W bieżących rozgrywkach honor uratowała Atalanta, eliminując Borussię Dortmund w 1/16. Cała reszta powiedziała już “arrivederci”.
Trudno wskazać jedną przyczynę tej ogólnokrajowej słabości. Do głowy może przyjść argument dotyczący finansów, jednak nie musi on być trafny. W tym sezonie kluby z Serie A wydały na transfery 1,44 mld euro. Zarówno w letnim, jak i w zimowym okienku tylko w Premier League panowała większa rozrzutność, patrząc na ligi TOP5. To stereotyp, że Włosi, kolokwialnie mówiąc, “dziadują” i wzmacniają się co najwyżej wypożyczeniami bez opcji wykupu. Pieniądze są, ale być może nie wydaje się ich w odpowiedni sposób. Juventus wydający około 200 mln euro na Vlahovicia, Koopmeinersa i Opendę potwierdza, że ogromne kwoty potrafią być dosłownie przepalane.
Patrząc na same nazwy, porażka “Starej Damy” z Galatasaray może szokować. Przyglądając się bliżej ostatnim wynikom Włochów w pucharach, taki wynik dziwi znacznie mniej. Dla neutralnego fana ciekawsze będzie śledzenie w kolejnych fazach ekipy, w której brylują m.in. Victor Osimhen, Noa Lang, Lucas Torreira, Sacha Boey czy Leroy Sane. Świadczy to dobrze o mistrzach Turcji i fatalnie o Turyńczyków.