Koszmar topowej reprezentacji. Zrównała się z… San Marino. "Gorzej nigdy nie było"
W trakcie obecnej przerwy reprezentacyjnej tylko dwie kadry uczestniczące w Lidze Narodów UEFA poniosły porażki różnicą siedmiu bramek. Pierwszą było San Marino, drugą - Chorwacja. Trzykrotni medaliści mistrzostw świata nie mogli sobie wyobrazić gorszego startu pod wodzą nowego selekcjonera. I choć Slaven Bilić słusznie mierzy się z krytyką, to nie znaczy, że nie może jeszcze sytuacji uratować.
Do niedawna najwyższą porażką w historii reprezentacji Chorwacji było 0:6 z Hiszpanią na stadionie w Elche podczas Ligi Narodów 2018/19. 3 października niechlubny rekord uległ zmianie - “Vatreni” zostali zmiażdżeni przez Anglię Thomasa Tuchela aż 0:7, i to na własnym obiekcie w Rijece. Co więcej, kompromitujący występ rodaków z trybun obejrzały tysiące dzieci, które stanowiły tego dnia znaczącą większość publiki. Podsumowanie całego zgrupowania nie prezentuje się lepiej - z czterech meczów Chorwaci przegrali trzy, przyćmiewając jedną wygraną z pierwszej kolejki. Stracili aż 14 goli, czyli więcej niż jakakolwiek inna drużyna z Dywizji A i B.
Najlepsze lata minęły
Chorwacja należy do bardzo wąskiego grona renomowanych reprezentacji, które nie miały jeszcze w swojej współczesnej historii żadnego wielkiego kryzysu. Poniekąd jest to podyktowane faktem, że kraj odzyskał niepodległość dopiero w 1991 roku, a rok później jego kadra rozegrała pierwszy oficjalny mecz po powrocie na mapę Europy. Wówczas poniosła porażkę 0:1 w sparingu z Australią. Nie zmienia to jednak faktu, że osiągnięcia chorwackiej piłki reprezentacyjnej od tego momentu prezentują się wręcz znakomicie - w oczy rzucają się przede wszystkim trzy medale mistrzostw świata, zapoczątkowane brązem wywalczonym przez Davora Sukera i spółkę we Francji. Mundial 1998 był pierwszą złotą erą “Vatrenich”, a zarazem drugim turniejem w dziejach reaktywowanej drużyny narodowej. Dwa lata wcześniej, na EURO w Anglii, było jednak widać namiastkę potencjału - Chorwaci odpadli bowiem wtedy w ćwierćfinale z późniejszym triumfatorem imprezy, Niemcami. Trzon tego pokolenia poza samym Sukerem stanowili też Zvonimir Boban, Robert Prosinecki czy Zoran Mamić.
Drugi, jeszcze bardziej szczytowy okres, przypadł oczywiście na lata 2017-2023, kiedy kadrę prowadził Zlatko Dalić. Za jego kadencji “Vatreni” przywieźli do kraju trzy medale: srebro z MŚ z Rosji, brąz z Kataru oraz srebro Ligi Narodów. To już Chorwacja znacznie bliższa naszym wspomnieniom - oparta na Modriciu, Rakiticiu, Mandżukiciu, Perisiciu czy Kovaciciu. Aż trudno czasem uwierzyć, że trójka z wymienionych dalej gra na naprawdę wysokim poziomie i piłkarsko wciąż ma się całkiem dobrze. Jakby się zastanowić, mamy tu do czynienia ze skrajnym przeciwieństwem dominującej narracji, która obecnych problemów chorwackiej kadry upatruje bezpośrednio w starzejących się weteranach.
Paradoksalnie najgorzej z tego grona radzi sobie najmłodszy Kovacić, dla którego sezon 2025/26 w Manchesterze City był nieustanną walką z kontuzjami. W tym samym czasie 41-letni Modrić i 37-letni Perisić brylowali odpowiednio w Milanie i PSV, a 35-letni Kramarić strzelał 14 goli w Bundeslidze. Zanikający sportowo trzon nie jest tu więc głównym kłopotem, podobnie jak rzekomy brak godnych następców. Stara gwardia zawsze miała i ma komu przekazać pałeczkę - dziś na kolejnych długoletnich liderów wyrastają Josko Gvardiol, Petar Sucić, Martin Baturina czy Luka Vusković. Na niedobór talentu nie sposób tu narzekać, a wymiana pokoleniowa przybrała przebieg dosyć naturalny.
Ostatnimi turniejami Chorwacji pod wodzą Dalicia były EURO 2024 i MŚ 2026. Na imprezie w Niemczech drużyna zaprezentowała się znacznie gorzej niż zwykle - nie wyszła z grupy, a gdyby nie stracone w końcówce gole z Albanią i Włochami, zamiast dwóch punktów miałaby sześć. Na mundial pojechał z kolei zespół nieco skuteczniejszy i bardziej zorganizowany, którego gra budziła większe nadzieje. Przeciwko przeciętnie wyglądającej Portugalii zwycięstwo było jak najbardziej w zasięgu ręki - “Vatreni” prowadzili 1:0, później mieli też dwa nieuznane gole. Jak się skończyło, każdy doskonale pamięta. Gol Gvardiola, który padł w odpowiedzi na trafienie Leao w doliczonym czasie gry, również nie został zaliczony, jednak tym razem tłem decyzji była gigantyczna kontrowersja. Sytuacja z udziałem Igora Matanovicia rzekomo dotykającego piłki głową przyćmiła tak naprawdę cały mecz, a Chorwaci wrócili do domu z ogromnym rozczarowaniem.
Nowa era ze starym znajomym
W tym samym czasie krajowy związek piłkarski dopinał szczegóły związane z zatrudnieniem nowego selekcjonera, którym 13 lipca oficjalnie został Slaven Bilić. 58-latek był głównym faworytem do objęcia tego stanowiska, więc jego nominacja nie wzbudziła żadnych skrajnych reakcji. Reagowano z grubsza pozytywnie, a sam wybór uznano za naturalny i logiczny. To także pewien powrót do przeszłości - Bilić prowadził bowiem już chorwacką kadrę w latach 2006-2012, dwukrotnie wprowadzając ją wówczas na mistrzostwa Europy. EURO 2008 wspominane jest ze szczególnym niedosytem, bo tam “Vatreni” zdobyli komplet punktów w swojej grupie, pokonując nawet Niemców. W ćwierćfinale zaś w dramatycznych okolicznościach odpadli z Turcją. Na trafienie Klasnicia ze 119. minuty kilka chwil później odpowiedział Semih Senturk, przez co o awansie musiały rozstrzygnąć rzuty karne. Tam już po trzech seriach lepsi byli Turcy - swoje “jedenastki” zmarnowali bardzo młodzi wówczas Modrić i Rakitić, a także Ivan Petrić. Na EURO 2012 już awansu z grupy nie było, lecz pojawiły się obiecujące występy z Hiszpanią i Włochami, czyli późniejszymi finalistami turnieju.
Nie dziwi więc, że postać Bilicia wspominana jest w Chorwacji z nostalgią, zwłaszcza że on sam jako piłkarz był ważną częścią drużyny, która wywalczyła brąz na MŚ w 1998 roku. Zanotował nawet przyzwoity debiut na start drugiej kadencji - “Vatreni” pokonali na wyjeździe 2:1 Czechów, po golach Modricia i Pasalicia. Dalsza część wrześniowo-październikowego zgrupowania w ramach Ligi Narodów okazała się jednak wyjątkowo brutalna. Zabolały przede wszystkim dwie fatalne porażki - 1:4 z Hiszpanią oraz… 0:7 z Anglią. Ten drugi występ okazał się wyjątkowym szokiem. Gorzej nigdy nie było, bo Chorwaci po raz pierwszy w swojej historii przegrali tak wysoko. Na domiar złego tak tragicznie pokazali się przed własną publicznością.
- W grze reprezentacji Chorwacji nie funkcjonowało absolutnie nic. Chorwacja od pierwszej sekundy zdecydowała się na niski blok i defensywną grę, ale w obronie nic nie działało tak, jak powinno. Anglicy przedostawali się, jak tylko chcieli, bawili się z “Vatreni” jak kot z myszą. Nawet Hiszpania w Sewilli nie rozbiła ich aż tak bardzo. Prawdziwym szczęściem było to, że Gordon nie ustawił odpowiednio celowników - częściej trafiał w Livakovicia, niż ten rzeczywiście bronił jego strzały - pisał zdegustowany po występie rodaków dziennikarz portalu Gol.hr, Ivica Medo.
Najwyższa porażka w dziejach, a w tle “farsa”
Rozgoryczenia nie krył również Luka Modrić. - Jestem tutaj od 20 lat, ale po raz pierwszy w życiu czuję wstyd po meczu. Można przegrać, ktoś może być w danym momencie lepszy, ale to niedopuszczalne, żeby ponieść porażkę w taki sposób i roztrwonić reputację, na którą tak ciężko pracowaliśmy - przyznał z bólem kapitan “Vatrenich”.
- Tak nie da się grać w piłkę. Nawet gdybyś grał w dziewięciu, nie możesz wyglądać w ten sposób, a my wyglądaliśmy tak, jakbyśmy mieli o czterech-pięciu zawodników mniej. Nie powinniśmy wzajemnie wytykać się palcami i szukać winnych, tylko być w tym wszystkim razem. Wracaliśmy już z trudniejszych sytuacji, przegrywaliśmy wysoko, ale uczucie po takim meczu jest czymś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłem w reprezentacji - dodał.
W odstępie zaledwie czterech dni Chorwaci zanotowali dwa tragiczne występy, z czego ten drugi zdefiniował ostatnie zgrupowanie jako najgorsze we współczesnej historii reprezentacji. Sama atmosfera meczu z Anglią była zresztą dość nietypowa - początkowo spotkanie miało się bowiem odbyć za całkowicie zamkniętymi drzwiami. Wynikało to z kary, jaką chorwacka federacja otrzymała po wyjazdowym meczu Ligi Narodów z Francją w marcu 2025 roku. Siedmiu kibiców zostało wówczas aresztowanych pod zarzutem wykonywania nazistowskich salutów. Doszło ponadto do zamieszek, odpalania pirotechniki oraz zniszczeń infrastruktury Stade de France, a lokalne służby musiały stawić czoła grupom przyjezdnych, które miały przy sobie niebezpieczne narzędzia (m. in. pałki teleskopowe).
UEFA początkowo miała zamknąć Chorwatom stadion, ale ostatecznie wymierzyła kilka dotkliwych sankcji dyscyplinarnych. Chorwaccy kibice otrzymali zakaz wstępu na wyjazdowy mecz z Czechami, a najbliższe domowe starcie Ligi Narodów (czyli właśnie to przeciwko Anglikom) miało zostać rozegrane przy pustych trybunach. Zakaz ominięto jednak w bardzo sprytny, a zarazem budzący kontrowersje sposób - jako że regulacje UEFA pozwalają, by w spotkaniach objętych tego typu zakazami pojawiały się zorganizowane grupy dzieci do lat 14, to właśnie kibice z tej grupy wiekowej wypełnili ośmiotysięczny obiekt w Rijece.
Na trybunach zasiadło łącznie ponad sześć tysięcy chorwackich dzieci, a także skromna stuosobowa grupka angielskich przyjezdnych, którzy otrzymali od UEFA komplementarne bilety wstępu. Spotkanie, które miało być surową karą dyscyplinarną, okazało się być hucznym spektaklem. Młodzi sympatycy wywiesili nawet prowokacyjny transparent o treści “It’s not coming home”, który w kontekście końcowego wyniku meczu zestarzał się bardzo ironicznie. W Anglii nie brakowało zaś głosów krytyki - dominowały spostrzeżenia, że tamtejsi kibice zostali potraktowani bardzo niesprawiedliwie, a kara wymierzona w chorwacką federację dotknęła ich bardziej niż samych Chorwatów.
- Chorwacja kontra Anglia, czyli mecz “za zamkniętymi drzwiami” z 6200 krzyczącymi dziećmi do lat 14. Wcale im nie zazdroszczę, absolutnie. Ale dlaczego angielscy kibice są karani? Kompletna farsa ze strony UEFA - skomentował dziennikarz DailyMirror, John Cross.
Kubeł zimnej wody
Gorąco po kompromitacji z Anglią zrobiło się przez chwilę również w gabinetach - dziennikarz Drażen Antolić ujawnił, że to, w jakim kierunku potoczą się dalsze występy Chorwacji w Lidze Narodów, może się okazać kluczowe nawet w kontekście utrzymania posady przez Bilicia. Zaznaczył, że trzecia druzgocąca porażka jest scenariuszem niedopuszczalnym, a gdyby wtorkowy rewanż z Hiszpanią okazał się kolejnym blamażem, nowy selekcjoner najpewniej podałby się do dymisji.
- Po meczu z Hiszpanią wszyscy oczekują, że Chorwacja będzie sobą pod względem podejścia, zaangażowania i narodowego ducha, a przed wypełnionym stadionem pokaże, że jest konkurencyjna. Jeśli przy okazji uda się zdobyć jakieś punkty - świetnie. Jeśli będzie to porażka po dobrej, mocnej i jakościowej grze - nikt nie będzie robił z tego problemu. Jeśli jednak po raz kolejny dojdzie do dotkliwej porażki, selekcjoner podziękuje za okazane mu zaufanie i odejdzie już po zaledwie czterech meczach. Byłaby to najkrótsza kadencja w historii występów reprezentacji Chorwacji od 1994 roku, ponieważ wcześniej żaden selekcjoner nie prowadził reprezentacji tylko podczas jednego zgrupowania i zaledwie czterech meczów - czytamy w artykule Antolicia na stronie Jutarnji.
Wieść rozpoczęła falę spekulacji, które na całe szczęście zostały ucięte błyskawicznie, bo w drugim meczu przeciwko mistrzom świata “Vatreni” zaprezentowali się już zdecydowanie lepiej. Nie ma kontrowersji w stwierdzeniu, że zasługiwali na zwycięstwo - na przerwę schodzili przy prowadzeniu 1:0, jednak wszystko zaczęło się sypać w drugiej części. Angela Baenę zastąpił Mikel Merino, który - jak to u niego w zwyczaju - dał kapitalną zmianę, wyrównując stan spotkania w 61. minucie. Mimo że gospodarze wyglądali bardzo dobrze, to czerwona kartka Perisicia dała Hiszpanom wiatru w żagle do tego stopnia, że przechylili oni szalę na swoją korzyść. Porażka 1:2 po utracie decydującego gola w końcówce mogła boleć, ale w kontekście całego zgrupowania widać było wyraźny postęp.
Trudno o jednoznaczną ocenę pracy Bilicia po tym wyjątkowo turbulentnym zgrupowaniu. Spotkanie z Anglią stanowiło katastrofę pod praktycznie każdym względem (po fakcie okazało się również, że w trakcie przygotowań część zawodników mierzyła się z infekcją wirusową, co mogło mieć pewien wpływ na ich dyspozycję), natomiast ostatni mecz pokazał, że drużyna ocknęła się wystarczająco szybko. Zalążków tej postawy dopatrywano się w mającym miejsce cztery dni wcześniej meczu z Hiszpanią (1:4), jednak wtedy selekcjoner wystawił znacznie bardziej eksperymentalny skład. Środek pola złożony z doświadczonego, lecz przeciętnego Josipa Misicia oraz Mateo Kovacicia bez rytmu meczowego nie radził sobie z tempem narzucanym przez ekipę “La Roja”. Fatalne występy zapoczątkowane były więc nietrafionymi eksperymentami w odpowiedzi na potrzebę zmian.
Co dalej?
Inna sprawa, że same powołania Bilicia na Ligę Narodów uznano za bardzo asekuracyjne. Nie różniły się one szczególnie od tych, które Zlatko Dalić rozesłał przed mistrzostwami świata. 32-letni kapitan Dinama Zagrzeb, wspomniany Josip Misić, był jednym z zaledwie trzech nowych nazwisk na liście. To właśnie jego obecność wzbudziła największe kontrowersje - występ w Sewilli potwierdził tylko, że nie jest to zawodnik nadający się na poziom reprezentacyjny. A na zgrupowanie pojechał przecież kosztem chociażby Nikoli Moro z Bolonii czy mającego za sobą rewelacyjny sezon w Eredivisie Darko Nejasmicia. Zauważono, że w kontekście pożegnalnych słów Dalicia, zdaniem którego chorwackiej kadrze potrzebne jest świeże spojrzenie, pomysł Bilicia na debiutanckie zgrupowanie kompletnie minął się z celem. Chorwaci łącznie stracili aż 14 goli - spośród wszystkich uczestników Ligi Narodów gorszą defensywę ma jedynie… San Marino, którego zawodnicy wyciągali piłkę z bramki 16 razy.
Listopadowe zgrupowanie ma już jednak wyglądać zupełnie inaczej. Mówi się, że Slaven Bilić planuje powołać wyróżniających się graczy z kadry U21, która właśnie wywalczyła awans na mistrzostwa Europy. Największe szanse na zaproszenie do seniorskiej kadry ma więc dwóch nominalnych skrzydłowych - Adrian Segecić z Portsmouth i Marin Soticek z Hajduka Split. Obaj radzą sobie w swoich klubach bardzo dobrze, a na ich korzyść w tej sytuacji działa zawieszenie Perisicia, który na pewno nie wystąpi w meczu z Anglią na Wembley. Wymusza to na Biliciu znalezienie odpowiedniej alternatywy za weterana, którego i tak wkrótce trzeba będzie na stałe zastąpić. Duetu Soticek - Segecić można się w tym kontekście spodziewać o tyle bardziej, że sam selekcjoner wymienił te nazwiska na konferencji prasowej.
Trudno przewidzieć dalsze losy chorwackiej kadry. Pewnym jest, że jej jedynym celem pozostaje uniknięcie bezpośredniego spadku do Dywizji B i tym samym zapewnienie sobie pierwszego koszyka w eliminacjach EURO 2028. Po rewanżowej potyczce z Anglią “Vatreni” zamkną rywalizację w fazie grupowej Ligi Narodów domowym starciem z Czechami, które w całych rozgrywkach nie zdobyły jeszcze ani jednego punktu. Najpewniej to ono zdeterminuje końcową pozycję obu drużyn w tabeli.