Dramat Lecha Poznań. Nie tylko pogrom. "Jest skazany"
Bardzo bolesna jest póki co dla Lecha Poznań przygoda z Ligą Europy. “Kolejorz” po dwóch kolejkach okupuje ostatnie, 36. miejsce, mając na koncie okrągłe zero punktów i bilans bramek 0:8. A to nie koniec złych wieści, bo przy Bułgarskiej na starcie prawdziwego maratonu meczów mnożą się kontuzje. Do grona rekonwalescentów najprawdopodobniej dołączył właśnie kluczowy obrońca, Wojciech Mońka.
Taki scenariusz widzieliśmy już wiele razy. Lech zachwyca na krajowym podwórku, wygrywa mecz za meczem, kadrowo wydaje się silny i poukładany, po czym brutalnie na europejskim gruncie weryfikuje go bardziej uznany rywal. I to zazwyczaj tam, gdzie teoretycznie “Kolejorz” powinien zyskiwać, a więc na własnym stadionie.
Twierdza z kartonu
W poprzednim sezonie Lech u siebie przegrywał 1:3 z Crveną zvezdą, 1:5 z Genk i 1:3 z Szachtarem Donieck. Na starcie obecnej kampanii dostał w Poznaniu prawdziwe lanie od Aarhus (1:4), w nieprawdopodobny sposób wypuszczając z rąk trzybramkową zaliczkę z pierwszej odsłony dwumeczu. Teraz był natomiast prawdziwym tłem dla Bayeru Leverkusen (0:3). Bułgarska niestety nie jest dla “Kolejorza” żadną twierdzą. Ba, często to we własnych murach podopieczni Nielsa Frederiksena grają tak, jakby ktoś związał im nogi.
Cieszyliśmy się, że Lech robi krok do przodu i zamiast kolejny sezon “kisić” się w Lidze Konferencji, grając tam z ekipami pokroju Kuopion Palloseura czy Lincoln Red Imps, powalczy z bardziej uznanymi markami szczebel wyżej, w Lidze Europy. Póki co jednak zderzenie z drugimi najważniejszymi rozgrywkami klubowymi Starego Kontynentu jest dla mistrza Polski wyjątkowo brutalne. Najpierw 0:4 z Crystal Palace, teraz 0:4 z Bayerem Leverkusen. Dwa mecze, dwie porażki, żadnego strzelonego gola, aż siedem straconych. W efekcie ostatnie, 36. miejsce w fazie ligowej.
Co gorsza, wielkiego optymizmu trudno doszukiwać się w terminarzu, bo już za niespełna tydzień “Kolejorz” zagra z kolejnym przedstawicielem Premier League, a więc Sunderlandem, po czym uda się do Lizbony, gdzie czekała będzie zawsze wyjątkowo groźna Benfica. Prawdziwa ścieżka zdrowia, przedzielona też przecież bardzo ważnymi meczami w PKO BP Ekstraklasie. Dopiero w drugiej części fazy ligowej poziom trudności powinien wyhamować. Wówczas przyjdą mecze z Royale Union Saint-Gilloise, Ferencvarosem, Torreense i OFI Kreta.
Po kolejnej bolesnej lekcji w Lidze Europy trudno pisać czy mówić o kiepskiej formie Lecha, bo przecież “Kolejorz” regularnie potwierdza klasę w Ekstraklasie, gdzie ostatnie dwa mecze wygrywał kolejno 5:1 i 4:1. Jak jednak widać - na solidne europejskie marki takie pokłady jakości to nadal za mało. Może po prostu jako Polska poznajemy właśnie nasze miejsce piłkarskim szeregu.
Mnożą się kontuzje
Nielsa Frederiksena martwić mogą też problemy personalne, bo w jego drużynie coraz bardziej mnożą się kontuzje. Starcie z Bayerem przedwcześnie zakończył Wojciech Mońka, który ewidentnie złapał jakiś uraz mięśniowy. Przez ponad 75 minut “Kolejorz” musiał grać w środku defensywy duetem Terry Yegbe - Mateusz Skrzypczak. Efekt? Stan 0:0 zmienił się w 0:3 przy wydatnym udziale obu stoperów. Najpierw rzut karny sprokurował Ghańczyk, potem to samo zrobił Polak.
Yegbe jest dziś daleko od dyspozycji z początku sezonu, Skrzypczak to nadal tykająca bomba w szeregach ekipy z Bułgarskiej. A na obu w zasadzie skazany jest trener Lecha, który po kontuzji Mońki nie ma praktycznie żadnych alternatyw. Poważny uraz leczy Alex Douglas, problemy zdrowotne w ostatnich dniach dopadły też Roberta Gumnego, czyli chyba najbardziej uniwersalnego zawodnika Lecha, mogącego zagrać nie tylko na boku obrony, ale też właśnie w środku czy nawet w roli skrzydłowego. Chuchać i dmuchać trzeba też na bocznych defensorów, bo gotowi do gry w tej strefie, nie licząc młodego Piotra Bartczaka, są obecnie tylko Joel Pereira i Michał Gurgul.
Gdy dodamy do tego urazy kilku ofensywnych ogniw - Aliego Gholizadeha czy Allahyara Sayyadmanesha, a także drobne problemy pozasportowe z Pablo Rodriguezem, który nie zagrał z Bayerem od pierwszej minuty, bo podpadł trenerowi kolejnym spóźnieniem, otrzymujemy obraz zespołu mocno poturbowanego. Akurat na starcie prawdziwego maratonu meczowego. Przypomnijmy, że do 8 listopada włącznie “Kolejorz” na trzech frontach rozegra aż siedem spotkań. Nie będzie w zasadzie chwili oddechu.
W Poznaniu się martwią, pewnie z lekkim uśmiechem kłopoty rywala obserwują natomiast w Zabrzu czy Warszawie. Górnik i Legia kotłują się z “Kolejorzem” w ligowej czołówce, ale w przeciwieństwie do ekipy z Poznania - nie mają na głowie europejskiej przygody. I mogą to wykorzystać.