Koszmarny flop transferowy nagle odżył. Nieziemska forma, cztery gole w hicie
Wydawało się, że Luka Jović jest już po drugiej stronie piłkarskiej rzeki. Odbił się od Realu Madryt, a późniejsze próby odbudowy we Włoszech spełzły na niczym. Teraz jednak 28-letni napastnik w końcu odżył. W nieco mniej wymagającym środowisku, ale jednak. Prawdziwą furorę robi w Grecji.
Luka Jović znalazł się w swego czasu w klubie, do którego nie bez powodu przylgnęła łatka fabryki napastników. Eintracht Frankfurt, bo o nim mowa, na przestrzeni kilku ostatnich lat wypromował całą plejadę ofensywnych gwiazd. Był wśród nich właśnie snajper sprowadzony z Benfiki Lizbona. Najpierw w Bundeslidze sprawdził się na wypożyczeniu, a potem już po transferze definitywnym opiewającym na ponad 22 mln euro. Nie przychodził za frytki, ale decydenci z Frankfurtu wiedzieli doskonale, że to tylko inwestycja w kogoś, kto niedługo później może przynieść im znacznie większe korzyści.
Real sięgnął do kieszeni
Tak też się stało. Na dobrą sprawę wystarczył jeden znakomity sezon (2018/19), by Jović przykuł uwagę całej Europy. Miał dopiero 21 lat, a już strzelał jak na zawołanie. I to na różnych frontach. W 32 spotkaniach Bundesligi zdobył 17 bramek, dokładając też sześć asyst, a kolejne 10 trafień dorzucił w Lidze Europy, gdzie karcił m.in. Chelsea, Inter Mediolan, Benficę, Lazio czy Olympique Marsylia.
Serb trafił wówczas na celownik Realu Madryt, który postanowił głęboko sięgnąć do kieszeni. “Królewscy” zapłacili 63 mln euro, a Jović z miejsca wskoczył do czołowej dziesiątki najdroższych transferów w historii klubu z Santiago Bernabeu. Do dziś zajmuje w takiej klasyfikacji dziewiąte miejsce. Od początku nie brakowało jednak głosów, że jest to ruch obarczony sporym ryzykiem. Pismo nosem czuł choćby Predrag Mijatović, były piłkarz Realu Madryt.
- W tej chwili to zawodnik na ławkę rezerwowych. Wątpię, że Zidane dobrze zna Jovicia. Będzie miał z nim dużo do zrobienia - mówił rodak napastnika.
Początkowo Jović dostawał jeszcze sporo szans. Czasami jako zmiennik Karima Benzemy, w kilku przypadkach nawet jako starter. Szło mu jednak kiepsko. Na premierowego gola czekał do końcówki października, z czasem zaczął grać coraz mniej, także przez problemy zdrowotne. Premierowy sezon w stolicy Hiszpanii zakończył ze wstydliwym bilansem dwóch bramek i dwóch asyst w 27 rozegranych spotkaniach.
Coraz większy zjazd
Pierwsze kilka miesięcy kolejnego sezonu niestety dla Jovicia nie przyniosło przełomu. Pojawił się więc wówczas pomysł, by wysłać Serba na wypożyczenie tam, gdzie radził sobie najlepiej - do Eintrachtu. Na starych śmieciach miał odzyskać pewność siebie i wrócić do formy. Zaczął idealnie, bo już w pierwszym spotkaniu zapakował dublet przeciwko Schalke. Ale potem znów spuścił z tonu. Do końca sezonu, a więc od końcówki stycznia do maja, dołożył już tylko dwa trafienia.
Jeśli Serb chciał więc pokazać ludziom z Madrytu, że warto dać mu szansę, to… raczej tego nie zrobił. Kolejny sezon spędził co prawda w koszulce Realu, sięgnął z klubem nie tylko po mistrzostwo Hiszpanii, ale też triumf w Lidze Mistrzów, natomiast jego wkład w sukcesy był tylko iluzoryczny. W Champions League grał jedynie podczas fazy grupowej. Więcej szans, bo kilkanaście, dostał w La Liga, ale i tam nie robił furory. Miał na dobrą sprawę jeden złoty moment. 4 grudnia 2021 roku już w 17. minucie zastąpił kontuzjowanego Karima Benzemę w trakcie rywalizacji z Realem Sociedad. A potem został bohaterem. Przy golu na 1:0 asystował Vinicusowi, po czym sam ustalił wynik na 2:0.
Takich przebłysków Jović miał po prostu zbyt mało. Real pokazał mu więc drzwi, ale zrobił to na dość zaskakujących zasadach. Chociaż Serb wciąż miał w Madrycie ważny kontrakt, to do Fiorentiny odszedł… za darmo. “Królewscy” zapewnili sobie jedynie 50% kwoty od następnej sprzedaży napastnika. To, jak pokazał czas, nie był szczególnie udany zabieg.
Wysokość kolejnej transakcji z udziałem Jovicia, już rok później, wyniosła bowiem… 500 tysięcy euro. Real nie odzyskał więc zbyt wiele z zainwestowanej niegdyś fortuny. A stało się to po nieszczególnie udanym dla reprezentanta Serbii sezonie w barwach “Violi”. Na boiskach Serie A były już snajper “Królewskich” zdobył w 31 meczach tylko sześć bramek. Jego notowania minimalnie poprawiły lepsze występy w Lidze Konferencji, gdzie dorzucił kolejne sześć goli, choć głównie w fazie grupowej.
Czasami bywa tak, że na “nazwisku” po jednym dobrym sezonie można jechać potem jeszcze przez kilka lat. Nie inaczej było w przypadku Jovicia. Choć jego najlepsza wersja z Frankfurtu coraz mocniej pokrywała się kurzem, to po kilku kiepskich lub co najwyżej przeciętnych sezonach na Serba i tak skusił się prawdziwy gigant. Konkretnie AC Milan.
O ile pierwszy sezon na San Siro był w wykonaniu Jovicia jeszcze przyzwoity, bo grając głównie jako zmiennik zdobył dziewięć bramek, to drugi rok w stolicy mody trzeba było spisać na straty. Coraz mniej minut, coraz mniejszy wkład w grę zespołu, coraz gorsze statystyki (cztery gole). W końcu stało się jasne, że na Jovicia nikt naprawdę poważny raczej się już nie nabierze. Trzeba było obniżyć poprzeczkę i poszukać odbudowy szczebel czy dwa niżej. W środowisku mniej wymagającym, ale być może bardziej adekwatnym do obecnych możliwości.
Odżył w Grecji
Padło na grecki AEK Ateny. Klub, który na przestrzeni kilku ostatnich lat skusił się już na kilka znanych, choć będących raczej na rozdrożu postaci. Lądowali tam choćby Anthony Martial czy Erik Lamela. W końcu, latem 2025 roku, wylądował też Jović.
Po kilku miesiącach możemy już chyba stwierdzić, że Serb powoli odzyskuje blask. W 28 meczach strzelił 16 goli, a ostatnio z formą przechodzi samego siebie. Miniony weekend zakończył ze zwycięskim golem w starciu AEK-u z Asteras Tripolis, kilka dni wcześniej zapakował natomiast cztery bramki i to nie byle komu, bo Panathinaikosowi.
Po 18 rozegranych spotkaniach Jović i spółka liderują w tabeli, choć Olympiakos, mający dwa punkty mniej, musi rozegrać jeszcze zaległe spotkanie. Serbski napastnik jest natomiast drugi w klasyfikacji strzelców. O jedno trafienie wyprzedza go jedynie Ayoub El Kaabi.
Kto wie, może jeśli Jović utrzyma wysoką dyspozycję do końca sezonu, skusi się na niego jeszcze klub z wyższej półki. To wciąż “dopiero” 28-letni piłkarz. Do emerytury mu zatem daleko. Nawet jeśli został negatywnie zweryfikowany w kilku wielkich klubach, wciąż może się odbić. A jeśli nie - wizja bycia lokalnym bohaterem klubu pokroju AEK-u brzmi mimo wszystko lepiej niż powrót do miana niewypału.