Krajowy gigant spadnie z ligi?! Osiem kolejek prawdy. Była gwiazda Barcelony w ogniu krytyki

Krajowy gigant spadnie z ligi?! Osiem kolejek prawdy. Była gwiazda Barcelony w ogniu krytyki
IMAGO / pressfocus
Adam - Kowalczyk
Adam KowalczykDzisiaj · 11:00
Brazylia to serce futbolu, ale i miejsce, w którym potężne kryzysy finansowe regularnie nawiedzają gigantów lokalnej piłki klubowej. W tym sezonie relegacją zagrożony jest kolejny z nich - Corinthians. Problemy “Timao” sięgają jednak znacznie głębiej niż do rozczarowujących wyników sportowych.
Corinthians to trzeci najbardziej utytułowany klub w całej Brazylii. Ma łącznie 14 tytułów krajowych, w tym aż siedem mistrzostw Serie A. Ustępuje jedynie wzorowo zarządzanym Palmeiras (20 tytułów) i Flamengo (18 tytułów), natomiast sam jest w bardzo poważnych tarapatach. Jego skumulowany dług wynosi ok. 2,78 mld reali brazylijskich, czyli w przeliczeniu niespełna 490 mln euro. Jest niemal trzykrotnie większy niż ten, który mają do uregulowania sąsiedzi z Sao Paulo FC. Na dodatek sytuacja finansowo-sportowa tylko pogarsza się z każdym sezonem - czający się na każdym kroku spadek do Serie B, przed którym klub wręcz panicznie ucieka, może tylko przypieczętować nieuniknioną katastrofę i potencjalną rewolucję.
Dalsza część tekstu pod wideo

Znów zagrożeni spadkiem

Pozorny obraz poprawy sytuacji mógł wytworzyć zeszłoroczny triumf w Pucharze Brazylii, który dał drużynie miejsce w Copa Libertadores. Do tego pod koniec roku doszło jeszcze mistrzostwo stanowe. Zadowalającą formę prezentował wtedy nawet Memphis Depay, którego przygoda w Brazylii jako całokształt wzbudziła zdecydowanie więcej negatywnych niż pozytywnych wrażeń. Holender, choć brakowało mu regularności, w kampanii 2025 strzelał kluczowe gole, momentami bezpośrednio ciągnąc drużynę za uszy w meczach prowadzących do trofeum. To właśnie jego bramka rozstrzygnęła finał pucharu kraju przeciwko Vasco da Gama. Memphis często miał też swój udział w trafienia podczas play-off’ów Paulistao, czym przyczynił się do ostatecznego triumfu swojej drużyny.
Warto przypomnieć, że Corinthians mogło spaść do drugiej ligi już rok wcześniej, gdyby nie rewelacyjna forma Depaya pod koniec sezonu. Napastnik zdobył aż siedem bramek w ośmiu meczach, czym wywindował “Timao” z 18. na siódme miejsce w tabeli. Wtedy, świeżo po podpisaniu wyjątkowo dużego jak na Brazylię kontaktu (trzy miliony riali miesięcznie - więcej w historii zarabiał tylko Neymar) był uznawany za bohatera. Po dwóch latach jednak Corinthians znów jest bardzo blisko spadku, a opinia na temat Depaya uległa radykalnej zmianie.
Brazylijska ekstraklasa gra systemem wiosna - jesień, więc obecny sezon ligowy dobiega końca. Na osiem kolejek przed finiszem Corinthians okupuje 16. pozycję - ostatnią bezpieczną nad strefą relegacji. Spadek jest więc bardzo realny, szczególnie że znajdujący się jedno miejsce niżej Internacional ma tyle samo punktów, czyli 32. Optymizmem nie napawa forma drużyny, bo “Timao” nie wygrali meczu od sierpnia. Na 10 ostatnich występów zaliczyli osiem porażek oraz po jednym remisie i zwycięstwie.

Memphis Depay - przypały

Depay w całych rozgrywkach strzelił do tej pory raptem jednego gola. Jak na piłkarza, któremu w kontrakcie od klubu zapewniono prywatnego kucharza, ochronę oraz kilka innych nietypowych zapisów, jest to - delikatnie mówiąc - rezultat niezbyt zadowalający. Zresztą, kiedy już przez ostatnie miesiące o piłkarzu bywało głośniej, to raczej nie z powodu jego wyczynów na boisku. Chyba że psuł karnego, pozbawiając Corinthians szans na półfinał Copa Libertadores.
Dziwnych zachowań Holendra w tym roku było pełno, począwszy od incydentu podczas marcowego meczu z Flamengo. Gdy trener zdjął kontuzjowanego Depaya z murawy w 22. minucie starcia, ten tuż po zajęciu miejsca na ławce rezerwowych wyciągnął telefon. Spotkało się to z nagłą reakcją członka sztabu, który nakazał mu schować urządzenie. Napastnik próbował się tłumaczyć.
- Chciałbym wyjaśnić, że korzystałem z telefonu tylko po to, żeby skontaktować się jak najszybciej z personelem medycznym w Holandii. Pozostałem na ławce rezerwowych, żeby okazać wsparcie ekipie, choć ze względu na kontuzję mogłem pozostać w szatni - napisał na Twitterz
Jak się później okazało, to nie ostatnia sytuacja, którą Holender osobiście wyjaśniał. Głośny był też spór o kontrakt - umowa Depaya z brazylijskim klubem oficjalnie wygasała bowiem 31 lipca 2026 roku, a warunki kontynuacji współpracy miały być wstępnie ustalone przez obie strony. W pewnym momencie jednak prezydent Corinthians zerwał negocjacje, czym zdenerwował piłkarza. Memphis uznał to zachowanie za niedopuszczalne, tym bardziej że borykający się z problemami finansowymi klub już wcześniej zalegał mu z wypłatami z poprzedniego kontraktu.
- Nie chciałem tej sytuacji i przez cały czas szanowałem klub, ale teraz jestem zmuszony stanowczo zareagować, aby chronić swoje interesy. W najbliższych dniach zabiorę głos publicznie, ale możecie być pewni, że nie pozostawię tego niedopuszczalnego zachowania bezkarnie - stwierdził.
Ostatecznie, po presji ze strony otoczenia, nowa umowa weszła w życie, a Depay związał się z Corinthians do 2028 roku. Fani byli zadowoleni, że holenderski gwiazdor wciąż reprezentuje barwy ich drużyny. Sam Depay drastycznie zepsuł sobie jednak tę opinię. Wszystko przez wydany przez niego… teledysk. Nie każdy może wiedzieć, ale 32-latek poza karierą piłkarską zajmuje się również tworzeniem muzyki.
22 sierpnia światło dzienne ujrzał klip do utworu “Don’t panic”, w którym ogromne kontrowersje wzbudził jeden szczególny fragment - w dziesiątej sekundzie trzeciej minuty pojawia się kadr, na którym widać płonące logo Corinthians. Ponadto piłkarz zaatakował w tekście wiceprezesa klubu, Armando Mendoncę, nazywając go swoim wrogiem.
Play video
Jak to bywa w Brazylii, takie obrazki z udziałem klubowych symboli zostały przez kibiców odebrane jako atak na świętość. Zresztą, sam widok Depaya, który po fatalnym sportowo sezonie publikuje tak dopracowany wizualnie klip, zaczął budzić wątpliwości co do zawodniczego profesjonalizmu. Depay jednak odbił piłeczkę - ujawnił, że piosenka była gotowa już cztery miesiące przed publikacją, w kwietniu. Według otoczenia Holendra, wspomniany Mendonca miał nakręcić “falę fałszywych informacji” o surrealistycznych wymaganiach piłkarza co do nowego kontraktu. Całościowo podpisanie nowej umowy dokonało się więc w atmosferze skandalu, który przybrał formę absurdalnej telenoweli.

Finansowe przekręty

W kontekście finansowego kryzysu Corinthians o postaci Depaya mówi się najgłośniej, jednak sam jego transfer do klubu był jak próba ugaszenia szybko rozprzestrzeniającego się pożaru benzyną. Już wcześniej klubowe władze popełniały absolutnie niedopuszczalne błędy w zarządzaniu, których kumulacja zwyczajnie napędziła domino. Hitem okazała się sytuacja z początku 2024 roku, kiedy ówczesny prezydent Augusto Melo chwalił się rzekomo historycznym kontraktem sponsorskim z platformą bukmacherską VaideBet. W tamtym momencie była to największa umowa sponsorska w historii brazylijskiego futbolu - podpisano ją bowiem na łączną kwotę 370 milionów reali. Entuzjazm nie potrwał jednak długo.
Zaledwie po pięciu miesiącach umowa została zerwana ze względu na podejrzenia o to, że uczestniczyła w nim… firma-słup. Szersze podsumowanie całej afery opublikował w kwietniu 2025 roku portal CNN Brasil. Wszystko rozpoczęło się od głośnej publikacji lokalnego dziennikarza sportowo-politycznego, Jucy Kfouriego.
- W raporcie Kfouriego dla UOL stwierdzono, że firma Rede Social Media Design LTDA, która pośredniczyła w transakcji między VaideBet a Corinthians, przekazała część prowizji wypłaconej przez klub innej organizacji. Nią z kolei miałaby być Neoway Solucoes Integradas em Servicos LTDA - spółka, której partnerem jest mieszkająca na wybrzeżu Sao Paulo Edna Oliveira dos Santos. Kobieta oświadczyła, że nic nie wie o całej sprawie. Przed rozwiązaniem umowy z Corinthians, firma VaideBet wysłała już pozasądowe zawiadomienie w sprawie domniemanej przykrywki. W dokumencie stwierdza, że oskarżenia naruszają klauzulę antykorupcyjną zawartą w umowie - czytamy.
Dalej jest tylko gorzej. “Kawę na ławę” w CNN wyłożył były dyrektor sportowy Corinthians, Rubens Gomes. Stwierdził on, że prezydent klubu Augusto Melo doskonale wiedział o całej sprawie i pociągał w dużej mierze za sznurki.
- Myślałem, że to zupełnie inna osoba. To obłudny człowiek, największy kłamca, jakiego spotkałem w swoim życiu. Powiedział mi, że w sprawie VaideBet nie ma żadnego pośrednika, po czym nagle ten pośrednik się pojawił. Początkowo sądziłem, że nie ma z tym nic wspólnego i był niewinny, ale brał udział w całym procederze. Organizował go wspólnie z Marcelo Mariano, Sergio Mourą i Alexem Cassunde - wyznał.
Melo usłyszał zarzuty o pranie pieniędzy i został odsunięty od władzy w drodze do impeachmentu. VaideBet nie było jednak jedynym szemranym sponsorem Corinthians - podobnej natury problemy prawne wynikły również w kwestii Esportes da Sorte, czyli firmy, która zobowiązała się pokryć 80 procent kosztów za transfer Memphisa Depaya. To właśnie dlatego Holender mógł trafić do tak zadłużonego klubu, a późniejsza sprawa jego nowej umowy spotkała się z całym szeregiem kłopotów.

Na ratunek legenda

Następcą Melo na fotelu prezydenta Corinthians został Osmar Stabile. Jego kadencja póki co nie jest jednak oceniana zbyt dobrze - brak stabilizacji finansowej widać jak na dłoni, o czym świadczą chociażby informacje o braku wypłat na czas dla piłkarzy. W samym pierwszym półroczu 2026 roku odnotowano straty w wysokości 246 milionów reali. Dla porównania, bilans za cały poprzedni rok fiskalny wyniósł około 103 miliony mniej. Sytuacja w klubie jest na tyle burzliwa, że sam Stabile zrezygnował z ubiegania się o reelekcję w listopadowych wyborach prezydenckich. Suma całkowitych zaległości w niebezpiecznie szybkim tempie zbliża się więc do trzech miliardów reali, co czyni Corinthians najbardziej zadłużonym klubem w brazylijskiej ekstraklasie.
Paradoks polega na tym, że choć “Timao” generują coraz większe straty, nie ma realnych szans na to, by ogłosili całkowite bankructwo. W Brazylii cały czas mnóstwo drużyn ma status prawny stowarzyszenia bez celów zarobkowych, co oznacza, że klasyczna procedura upadłościowa nie wchodzi w grę - szczególnie, jeśli mówimy o tak gigantycznych markach z wielomilionowymi grupami fanów. Corinthians ma w brazylijskiej piłce status na tyle kultowy, że zwyczajnie nie zniknie z mapy. Najpewniej podąży podobną ścieżką, jaką podążali inni niegdyś upadli giganci. Bardzo dobrym przykładem jest tu Cruzeiro, które w 2019 roku spadło z Serie A w obliczu potężnych zadłużeń, a następnie przez trzy sezony błąkało się na zapleczu. Sytuację zmieniła dopiero przymusowa prywatyzacja - najpierw 90 procent udziałów kupił Ronaldo Nazario, a później klub trafił w ręce miliardera Pedro Lourenco, który dziś finansuje ze swoich środków duże transfery, restrukturyzując aktualne długi. Podobnie było również w przypadku Botafogo - tu z kolei cztery lata po brutalnej relegacji klub z nowym właścicielem świętował mistrzostwo kraju.
Niewykluczone, że to jedyna szansa na to, by Corinthians wreszcie zaczęło przynajmniej przypominać poważnie funkcjonującą strukturę piłkarską. A nawet, jeśli nie jedyna, to najskuteczniejsza, potwierdzona przykładami z zewnątrz. Na ten moment głównym celem klubu jest uniknięcie spadku i nie da się ukryć, że jego realizacja zupełnie nie idzie zgodnie z planem. Ostatnia wysoka porażka 1:4 z Palmeiras przelała czarę goryczy w stosunku do Fernando Diniza, który stracił posadę trenera. W jego miejsce zatrudniono prawdziwą legendę - Clarence’a Seedorfa. Ikonie Milanu powierzono misję ratunkową, jaką jest utrzymanie zespołu w elicie.
Trudno pozbyć się wrażenia, że w tym ruchu więcej jest marketingu i nieuzasadnionego ryzyka, niż realnej strategii na koniec sezonu. Seedorf nie jest bowiem, delikatnie mówiąc, trenerskim wirtuozem. Ostatni raz pracy w tej roli podejmował się w lutym 2018 roku, kiedy stawał za sterami Deportivo La Coruna. Co ciekawe, jego celem wówczas również było zapewnienie klubowi utrzymania. Skończyło się fiaskiem - na 16 meczów pod jego wodzą “Depor” wygrało dwa, zremisowało sześć i przegrało aż osiem, spadając ostatecznie do LaLiga2. W ostatnich latach były pomocnik cały czas pracował w sporcie, lecz pełnił role doradcze, zupełnie niepowiązane ze stanowiskiem szkoleniowca. Członkostwo w Radzie Nadzorczej KNVB (holenderskiej federacji piłkarskiej) czy miejsce w zarządzie irańskiego FC Esteghlal nie mówią nam absolutnie nic o trenerskich umiejętnościach Seedorfa. A jednak tak wyglądają ostatnie trzy lata w jego portfolio.
Kto wie, być może słynny “Il Professore” zamknie nam wszystkim jeszcze usta. Na ten moment w sytuacji Corinthians trudno jednak upatrywać pozytywów. Nawet, jeśli klub się utrzyma, to znajduje się obecnie w zbyt dużym chaosie, by dalej mógł działać jako płynna, dobrze zorganizowana struktura.

Dyskusja

Przeczytaj również