Lech Poznań gromi, zaciera rany i ma nowego bohatera. "To piękny piłkarz"

Na ostatnich 20 spotkań Lech Poznań przegrał jedno. To z Aarhus, które może i mogło być porażką, ale nie taką wysoką. Ten 29 lipca 2026 był jednym z boleśniejszych dni dla społeczności "Kolejorza". Jednak mistrzowie Polski robią wszystko, aby zatrzeć w pamięci tamten moment i powetować sobie tamten smutek. Mecz ze Szwajcarami uznaję za oczyszczenie z klęski przeciwko Duńczykom.
Od feralnego lipcowego wieczoru mija już prawie miesiąc, a Lech przez ten czas ociera rany i rozwalcowuje kolejnych rywali. Najpierw Wieczystą, ale tylko 2:1. Potem Piasta - 3:0. Był mały przystanek z Klaksvik (1:0), aby potem Farerów odprawić piątką na ich terenie, gdzie większym problemem było wylądowanie na Wyspach Owczych niż sam mecz. A na koniec złojony, rozwalcowany, przemielony został mistrz Szwajcarii z Thun - aż 7:0. Trener rywali po meczu po prostu zaniemówił.
Ten rezultat z meczu przeciwko Thun jest absolutnie zaskakujący, historyczny, ale co najważniejsze z polskiej perspektywy - sprawiedliwy. Trudno nie mieć wrażenia, że wynik jest oderwany od rzeczywistości. Albo że Lechici mieli szczęście, a rywal grał dwóch zawodników mniej.
Nawet przy trudnym tygodniu przed meczem, gdzie Lech miał swoje problemy - nie mógł skorzystać z Ishaka, Agnero czy Yegbe, to wszystko kończy się w sposób nieoczekiwany nawet dla najbardziej wierzących kibiców. Bo jednak mistrz Polski bijący tego szwajcarskiego aż tak? W teorii lepszego, z lepszego świata, aż 7:0? Ten wynik pójdzie w świat. To coś innego niż ogranie mistrza Islandii rok temu 7:1. To jednak inna kraina. I to nie tylko piłkarska.
W czwartkowy wieczór na stadion przy Bułgarskiej przyszło niespełna 23 tysiące widzów. Mało? Trochę mało. Nie będę pisał, że rywal nieekskluzywny, pora taka czy owaka, a bilety drogie. To wszystko wiemy. Ten wynik frekwencyjny był niezły, ale nie rewelacyjny. To cały czas kwestia lizania ran po Aarhus przez cześć kibiców, gdzie uciekły marzenia, które jak nigdy wydawały się na wyciągnięcie ręki. Bramy Ligi Mistrzów (szczególnie obserwując IV rundę el. LM) były naprawdę blisko.
Jednak trzeba iść dalej. Dzisiaj Lech latem ma bilans - siedem wygranych, jeden remis, jedna porażka. Gole? 26 strzelonych, siedem straconych. Ma Superpuchar Polski i zagra w Lidze Europy. To był cel minimum na to lato i on został osiągnięty.
To dla klubu też sportowy awans i tak trzeba do tego podejść z perspektywy całego tego lata. Nie taki jak oczekiwano, ale dalej awans. Dla wszystkich bolesne jest to, co się stało w lipcu, ale to jakże silne doświadczenie, odpowiedź na klęskę, może Lecha jeszcze wzmocnić.
Będzie Liga Europy, będzie osiem meczów, a może nawet 10? (w końcu Lech będzie miał realne szanse na awans do najlepszej 24 drużyn). Jako polskie kluby musimy szanować to, co mamy. Zapowiada się, że będziemy mieli w Polsce dwie ekipy w Lidze Europy, a z bolesnym brakiem Ligi Mistrzów musimy nauczyć się żyć i przekuć to na sukcesy na innym polu oraz jeszcze lepsze przygotowanie pod kolejne podejścia.
W czwartek mieliśmy piękny polski wieczór, a najpiękniejszy dla fanów Lecha był ten w Poznaniu, gdzie ich piłkarze zrobili prawdziwy show, dziękując tym, którzy przyszli, samemu przy okazji dopisując kolejne pozytywne liczby do swojego dorobku.
W Poznaniu chcą więcej i zobaczymy, jak długo utrzyma się obecna forma, którą na dziś można określić słowem - imponująca. A Allahyar Sayyadmanesh to piękny piłkarz. Może nawet jeszcze bardziej na pozycji napastnika.