Lech Poznań odjechał Legii. Dziś chodzą w innej wadze

Lech odjechał Legii. Dziś chodzą w innej wadze
Weronika Morciszek / pressfocus
Dawid - Dobrasz
Dawid DobraszDzisiaj · 12:07
Poznań musi szanować ten moment w historii klubu. Kilka słów na chłodno po niedzielnym wieczorze w stolicy.
Lech Poznań znowu nie przegrywa w Warszawie, a nawet znowu wygrywa. Legia Warszawa od 2020 roku nie potrafi pokonać Lecha na swoim stadionie.
Dalsza część tekstu pod wideo
To już sześć spotkań, z których Lech trzy wygrał i trzy zremisował. Ostatnia wygrana Legii z "Kolejorzem" to Boruc w bramce i Michniewicz na ławce. Futbolowa prehistoria. Sam Frederiksen z Legią przegrał tylko raz na sześć spotkań - w najmniej ważnym meczu, rok temu o Superpuchar Polski.
Z perspektywy tego, że Legia przez lata była przedstawiana jako ta większa, bogatsza, mocniejsza, ten obecny czas w historii obu klubów może być zaskakujący, ale na końcu - jest w pełni zasłużony. To dzięki rodzinie Rutkowskich i ich konsekwencji dalekosiężnego patrzenia (akademia, Europa, skauting) - Lech jest tam gdzie jest, a Legia dzięki zarządzaniu Dariusza Mioduskiego - też jest tam, gdzie jest.
Niby na boisku było tylko 2:1 dla Lecha - po dobrym meczu w wykonaniu Legii, która większymi fragmentami miała przewagę, ale... miała mniejszą jakość.
I takie historie też trzeba umieć przełożyć na boisko.
Trzeba się zgodzić z Nielsem Frederiksenem - Lech zmęczony, mający w nogach 21 meczów w porównaniu z tylko 13 po stronie Legii, niemający czasu na pełny mikrocykl przed "dużym meczem", potrafi zwyciężyć, będąc skutecznym i mając bramkarza, który pomógł. Kolejny raz wyszła jakość kadry Lecha i doświadczenie trenera w zarządzaniu drużyną na tle największego rywala dla Lecha Poznań na polskim podwórku.
Ta wygrana w Warszawie może cieszyć - też ze względu na historię tych spotkań. Tego, ile razy to Legia się cieszyła na tle Lecha. To była dopiero 16. wygrana "Kolejorza" z Legią w Warszawie, a 14. w lidze. Nie było tego dużo, ale na końcu - jest ona zasłużona. Wczoraj na wyżyny wznieśli się Lis, Yegbe, Skrzypczak, Murawski, a ważne sygnały dali rezerwowi - Agnero, Palma oraz Hakans.
Ten wynik jednak pokazuje więcej.
Jak napisał redaktor Wawrzynowski - jedni kupują zawodników za kilka milionów euro, a bohater najdroższego transfer w historii klubu jest na ławce rezerwowych i wchodzi w meczach z Widzewem czy Legią, w których przesądza o trzech punktach, a drudzy... prosili Pogoń Grodzisk Mazowiecki o rozłożenie zimą na raty płatności 120 tys. złotych za Rafała Adamskiego.
To nie jest przypadek. I to trzeba docenić, bo nie wiadomo, czy taki moment będzie trwał.
Może i zdarzyło się Aarhus czy inne pucharowe wtopy, ale na krajowym podwórku Lech jest dzisiaj dominatorem - ze średnią 2,55 pkt na mecz, z oddaniem tylko pięciu punktów rywalom na tle 11 spotkań ligowych i do tego grając na poziomie Ligi Europy. Tego drodzy Państwo w Poznaniu jeszcze nie było. To historyczny start w ekstraklasie i z tego może być dumny każdy fan "Kolejorza". Bo żeby coś znaczyć w Europie (przysłowiowe liceum), trzeba być kozakiem na swoim podwórku (podstawówka). A do tego Lech dąży. I dalej się rozwija. Takie mecze jak ten w Warszawie tylko utwierdzają, że tak jest. Że poprzednie mistrzostwa nie były przypadkiem, że ktoś nie trafił w słupek i dzięki temu mistrzem jest Lech.
Legia też kiedyś była w Lidze Mistrzów i myślała, że przeszła grę, a widzimy, jak się skończyło. Trzeba być czujnym, ale trzeba też się cieszyć.
Marcin Herra - prezes Legii - mówił niedawno w jednym z wywiadów, że "Kraina przeciętniactwa nie jest dla Legii". Tymczasem jest zupełnie odwrotnie, a przecież kiedyś to miano (albo przegrywów) należało do Lecha. To był idealny mecz, który pokazał, gdzie jest dzisiaj Lech, a gdzie Legia. Dzisiaj Legia... chciałaby być Lechem.

Przeczytaj również