City w tarapatach! Nadchodzi lawina. Konsekwencje mogą być potężne
Manchester City zmienił historię angielskiej piłki, ale od teraz coraz głośniej będzie wracać pytanie, jakim kosztem to zrobił. Nie da się już tak samo patrzeć na słynnego gola Sergio Agüero w 94. minucie. Za chwilę każdy tytuł dostanie gwiazdkę, a pozwy rywali i odszkodowania zaczną przerażać. To dopiero początek lawiny, nad którą trudno będzie zapanować. Wiarygodność w piłce jest walutą, a gigant z Etihad właśnie ją traci.
Na razie mamy przerwę reprezentacyjną, więc Enzo Maresca i Erling Haaland czują względny spokój. Ale to oczywiste, że za chwilę będą wić się przed mikrofonami. Bomba w postaci 114 udowodnionych zarzutów przyćmiła nawet mecz Anglii z Hiszpanią w Lidze Narodów. Mimo że wyrok nie jest oficjalny, a informacje opierają się na przeciekach, mamy ewidentny przełom w tej sprawie. Od tego momentu pytanie nie brzmi: czy City złamało zasady, tylko jaką cenę zapłaci. Pokrzywdzony może czuć się niemal każdy w tym gigantycznym, wielomilionowym ekosystemie.
Nieczysta gra
Manchester City jest przyzwyczajony do tej walki. Już w 2020 roku groził mu zakaz gry w Lidze Mistrzów po hakerskim wycieku maili. Wówczas skończyło się uchyleniem zakazu i nieznaczącą karą finansową. Bezkarność i niewinność są niemal wpisane w sztandary tego klubu - ciągle ktoś próbuje im rzucać kłody pod nogi, a oni potem podpisują prawie 10-letni kontrakt z Erlingiem Haalandem, zaś latem wydają 500 mln na transfery.
W najnowszym liście prezydenta Khaldoona Al Mubaraka ani razu nie pada słowo „przepraszam”. On doskonale wie, że Manchester City jest w stanie wydać fortunę na prawników, a cała sprawa będzie miała jeszcze mnóstwo kolejnych etapów i odwołań. Chodzi o to, by jak najmocniej rozmyć temat i wyjść z tej sytuacji z jak najmniejszym uszczerbkiem.
Brytyjskie media porównują ten skandal do Calciopoli we Włoszech w 2006 roku. Oczywiście nie ma tutaj mowy o korupcji. Nikt nie ingerował bezpośrednio w wyniki, ale również tutaj mamy przykład budowania przewagi w nieuczciwy sposób. Odkąd Manchester City w 2008 roku stał się własnością Abu Dhabi United Group, pieniądze na Etihad Stadium płynęły szerokim strumieniem. W mistrzowskim sezonie 2011/12 wydatki klubu na pensje były około dwa i pół raza wyższe od ligowej średniej. Nie obowiązywała wówczas zasada finansowego fair play w obecnym kształcie, zgodnie z którą klub nie może bez ograniczeń pokrywać wydatków pieniędzmi właściciela.
Majstersztyk księgowego
Manchester sprytnie wykorzystywał arabskich sponsorów, na przykład linie lotnicze, jako kanały do pompowania budżetu. Przez lata pokazywał ligowym kontrolerom inny obraz swoich finansów, niż wynikałoby to z rzeczywistej sytuacji klubu. I o tym jest cały ten bałagan. Nie chodzi o to, że „wydawali za dużo pieniędzy”. Bogaty klub może wydawać ogromne kwoty. Zarzut był poważniejszy: dane, na podstawie których sprawdzano, czy wolno im tyle wydawać, miały nie przedstawiać prawdziwego i pełnego obrazu finansów klubu. W tym czasie Manchester kupował coraz lepszych piłkarzy, płacił najwyższe pensje i budował swoją przewagę nad konkurencją.
Dzisiaj nikt nie sugeruje, że klub oszukiwał na boisku. To jasne, że wygrywał w sportowej walce, bez potajemnych gierek. Podanie Mario Balotellego do Sergio Agüero w meczu z QPR wydarzyło się naprawdę i nikt nie rozkładał tam czerwonego dywanu w polu karnym. Księgowi nie strzelają goli - to oczywiste. Z drugiej strony kreatywna księgowość może wpływać na budowę zespołu. Już lata temu Simon Kuper i Stefan Szymański w świetnej książce „Futbonomia” pokazali, że wysokość płac znacząco koreluje z wynikami sportowymi. Skoro City w tej grze funkcjonowało na innych zasadach niż pozostali, to dzisiaj powinno zostać z tego rozliczone.
Kasowanie przeszłości
Ta historia dużo mówi o współczesnej piłce. Przede wszystkim o tym, że reguły finansowe są warte tyle, ile ich egzekwowanie. Skoro postępowanie trwa latami, klub może kombinować na boki, a w międzyczasie zdobywać trofea, budować markę i zwiększać przychody. Im bardziej skomplikowane przepisy, tym większa wartość prawników, księgowych i struktur korporacyjnych. Tutaj oczywiście Manchester City zawsze był mocny. Tak naprawdę trzeba szykować się na wieloodcinkowy serial, w którym Premier League będzie miała ręce pełne roboty. Nikt nie wie, jaką karę powinno dostać City i jak wycenić szkody poniesione przez inne kluby.
Od 25 września, kiedy wyciekły informacje o 114 udowodnionych zarzutach, pojawiły się już wzmianki, że gdyby Manchester City nie obchodził przepisów, Sir Alex Ferguson miałby 14 tytułów mistrzowskich, a nie 13. Kariera Stevena Gerrarda w Liverpoolu nie byłaby sprowadzana do poślizgnięcia się w meczu z Chelsea, bo “The Reds” być może również wydrapaliby swój tytuł. Nawet Tony Pulis zdążył powiedzieć w mediach, że jego Stoke należał się Puchar Anglii w 2011 roku. „Czuję się oszukany” - stwierdził wprost.
Koniec z iluzją
To wszystko są dywagacje i pytania bez odpowiedzi. Ale warto je zadawać, bo nierówna gra jednego giganta mogła mieć wpływ na przebieg rywalizacji. Jest to o tyle druzgocące, że Manchester City przez lata stworzył wzorzec drużyny pięknej i skutecznej. Być może niemożliwe jest odebranie mu trofeów z lat 2009–2018, ale pewne jest, że pozostanie na nich plama. Skoro istnieją przepisy, a ktoś je obchodzi, oznacza to, że nie przestrzega reguł. Pep Guardiola był nieświadomym beneficjentem tej przewagi. Głupotą byłoby teraz podważać jego warsztat, ale tutaj również pojawiają się pytania. Hiszpan miał przecież zespół i instytucję zbudowane na fundamentach powstałych wiele lat wcześniej.
W tej chwili katalog możliwych sankcji jest szeroki: od grzywny finansowej, przez odjęcie punktów, po degradację lub wykluczenie z ligi. W ostatnich latach mieliśmy przykłady Evertonu i Nottingham Forest, które grały z kilkoma punktami na minusie. Skala zarzutów wobec Manchesteru City jest jednak nieporównywalnie większa, a do tego dochodzi kwestia braku współpracy w śledztwie. Ciekawe jest to, że kiedy Everton został uznany za winnego, pojawiły się roszczenia klubów, które uważały, że nieuczciwa przewaga wpłynęła na ich sytuację. Co zatem zrobią teraz inne zespoły w sprawie Manchesteru City? Już mówi się o pozwach na łączną kwotę prawie miliarda funtów. Ustalenie kto, ile i z jakiego powodu stracił, będzie potwornie trudne.
To stawia również pytania o obecną rywalizację. Kibice mają prawo pytać, dlaczego mieliby się emocjonować sezonem, skoro za kilkanaście lat komisja może orzec, że także on nie był uczciwy. Jeśli przykładowe Coventry w maju spadnie z ligi, może zapytać: dlaczego nie ukaraliście wcześniej City? Być może wtedy utrzymalibyśmy się w lidze.
Jest to ewidentnie śmierdzące jajo dla wszystkich. Fani Manchesteru City również nie mogą czuć się komfortowo. Po dawnych latach upokorzeń doczekali się w XXI wieku drużyny zjawiskowej i globalnej - to była dekada spektakularnych sukcesów, a teraz ktoś może nazwać ją iluzją. Bańka pryska. Podobnie może czuć się każdy fan Premier League.