Mieli spaść z hukiem, a wyprzedzają gigantów. Idą po Europę pierwszy raz w historii

Mieli spaść z hukiem, a wyprzedzają gigantów. Idą po Europę pierwszy raz w historii
News Images / pressfocus
Jan - Piekutowski
Jan PiekutowskiDzisiaj · 12:00
Latem 2025 roku Brentford otrzymało trzy ciosy. Nie gdzieś po nogach, żebrach, ale w potylicę, splot słoneczny i serce. Odeszli Thomas Frank, Yoane Wissa i Bryan Mbeumo, co z miejsca sprawiło, że "The Bees" stały się jednym z głównych kandydatów do spadku z Premier League. Obecnie jednak nie spoczywają gdzieś na dnie, a niemożliwe nabrało realnych kształtów. Pod Londynem zaczęto marzyć o Europie.
Przez lata odpowiedzialnego funkcjonowania Brentford zasłużyło na miano jednego z najbardziej rozsądnych klubów całej Anglii. Zarządzanie oparte na modelach matematycznych, mnóstwo analiz, dokonywanie transferów ze szczególnym naciskiem na statystyki, wzbranianie się przed wydawaniem fortuny, czerpanie od innych. Nie było w Wielkiej Brytanii wielu zespołów, które w równym stopniu korzystałby z teorii zaprezentowanej w "Moneyball". I nagle, jak się wydawało, wszystko miało zapaść się pod ziemię.
Dalsza część tekstu pod wideo
"The Bees" ryzykowały już wcześniej, klub miał tendencję do sprzedawania najważniejszych zawodników - odeszli między innymi Ollie Watkins czy Ivan Toney. Ale zawsze starano się zachować równowagę. Tymczasem kilka miesięcy temu puszczono lejce fantazji. Bryan Mbeumo przeszedł do Manchesteru United, Yoane Wissa do Newcastle, Christian Norgaard do Arsenalu, Mark Flekken do Bayeru, Thomas Frank do Tottenhamu. Pięć filarów. Niebezzasadnie zakładano, że Brentford znalazło się nad przepaścią. Ba, w stronę ruiny drużynę teoretycznie zbliżały kolejne decyzje włodarzy. Dość powiedzieć, że miejsce Franka zajął debiutujący Keith Andrews.
Strach miał jednak tylko wielkie oczy.

Konsekwencja w szaleństwie

Od ponad dekady Brentford zatrudnia trenerów niedoświadczonych. Mark Warburton przed nominacją nie prowadził żadnego zespołu, Marinus Dijkhuizen jedynie Excelsior, Dean Smith - Walsall, a Frank - Broendby i duńskie młodzieżówki. Andrews stanowił swoisty powrót do czasów Warburtona. Irlandczyk bowiem debiutował w Premier League w roli pierwszego szkoleniowca. Wcześniej szkolił się w MK Dons, kadrze Irlandii, Sheffield United, a u "The Bees" był jednym z członków sztabu Franka, ale nie miał pod swoimi skrzydłami pierwszej drużyny.
Powierzenie zespołu komuś takiemu generalnie jest uznawane za ryzyko, a powierzenie zespołu pozbawionego dotychczasowych gwiazd, to już swego rodzaju szaleństwo. Gdy angielskie media pisały o nominacji dla 45-latka, przeważały epitety takie jak: szok, niespodzianka, zaskoczenie, sensacja. Kiedy Premier League poprosiła sześciu dziennikarzy o wytypowanie spadkowiczów, każdy wskazał na Brentford.
Po debiucie złowróżbne prognozy wydawały się trafione - ekipa Andrewsa została rozbita przez Nottingham Forest (1:3). Ale od tamtego czasu minęło już pięć miesięcy, a "The Bees" poległy tylko osiem razy. Tak, tylko, bo chociaż tabela Premier League jest spłaszczona, to nie sposób obojętnie przejść obok piątego miejsca zajmowanego przez podopiecznych Irlandczyka, którzy wywalczyli też IV rundę Pucharu Anglii, a w Carabao Cup zatrzymali się dopiero na ćwierćfinale, wcześniej eliminując dwa zespoły z elity.
Na ten moment Andrews traci tylko dwa punkty do miejsca premiowanego awansem do Ligi Mistrzów, ale nade wszystko ma 19 "oczek" zapasu nad strefą spadkową oraz sześć nad dawnym mentorem. To efekt nie tylko beznadziejnej dyspozycji Wolverhampton, Burnley, West Hamu United i Tottenhamu, ale też tytanicznej pracy wykonanej przez obecny sztab z Community Stadium. Zespół skazywany na walkę o każdy oddech ma mnóstwo spokoju - to osiągnięcie niebagatelne.
Jak do tego doszło? Cóż, inteligencją
U podstawy stoi styl wypracowany przez Franka. Andrew nie porwał się z motyką na słońce, ale oparł funkcjonowanie drużyny na znanych już fundamentach. Wykonawców dobrano mu pod to, co "The Bees" grają od kilku sezonów. Irlandczyk skupił się więc na polerowaniu niedoskonałości.
Względem poprzedniego sezonu Brentford ma bardzo zbliżone posiadanie piłki, a także celność długich podań. Nieco mniejszą uwagę przywiązuje się natomiast do stałych fragmentów, bardziej stawiając na kontrataki, co tym ciekawsze, że wcześniej Andrews odpowiadał właśnie za stałe fragmenty. W każdym razie - szybkie wypady przyniosły drużynie spod Londynu już dziewięć goli, co jest najlepszym wynikiem w Premier League. Lepiej wygląda również jakość strzałów, a konkretnie wypracowywanie dogodnych sytuacji. "The Bees" nie kopią po próżnicy - ich uderzenie ma około 16% szans na pokonanie bramkarza rywala, co również jest najlepszym rezultatem w lidze.
- Jesteśmy w dobrej formie i gramy naprawdę dobrze. Gramy z odwagą i przekonaniem we wszystkim, co robimy. Nieważne, czy mamy piłkę - stwierdził szkoleniowiec, cytowany przez BBC. W swoich wypowiedziach Irlandczyk często koncentruje się na podkreślaniu tego, co jego drużynie wyszło, a to przekłada się na dobrą atmosferę. 45-latek ewidentnie nie należy do grona wyobcowanych przez szatnię trenerów, szybko zdobył jej zaufanie. Wyniki, ale też ekspresja, choćby po zdobytych bramkach, zdecydowanie działają na jego korzyść.

Nie ma miejsca na panikę

Brentford to klub absolutnie wyjątkowy. Być może nigdy nie zaangażuje się w walkę o mistrzostwo, ale z obecnymi właścicielami niezmiennie stanowi wzór stabilizacji. Niezależnie od tego, ile wydarzy się na Community Stadium, klub znajduje swoją drogę, aby wyjść na prostą. Wynika to z doskonałego wręcz planowania. Ewolucji, nie rewolucji. Rozsądku, nie szaleństwa.
"The Bees" grają w elicie od sezonu 2021/22 i konsekwentnie miały ujemne saldo transferowe. Sytuacja zmieniła się przed startem bieżących rozgrywek, kiedy zysk przekroczył 50 milionów funtów. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie poczynione wcześniej wydatki. Matthew Benham i jego ludzie doskonale wiedzą, że sukces nie bierze się z niczego. Najpierw trzeba zainwestować, aby zebrać plony. I tak za Mbeumo, Wissę, Norgaarda, Davida Rayę, Ivana Toneya i Madsa Bidstrupa zapłacono łącznie około 28 milionów, ale otrzymano... 216 milionów. Pieniędzy nie trzymano w skarpecie, ale przeznaczono na dalszy rozwój.
Brentford wyłożyło wielką kasę za Dango Ouattarę, Antoniego Milambę i Michaela Kayode, przy czym każdy z nich to piłkarz U23 o wysokim potencjale sprzedażowym. Jednocześnie Outtara i Kayode okazali się transferami na już, z powodzeniem wskakując do pierwszego składu. Zachwycił przede wszystkim Outtara, znakomicie zastępujący Mbeumo. Reprezentant Burkina Faso ma na koncie już trzy gole i cztery asysty, dzięki czemu odejście rewelacyjnego Kameruńczyka boli mniej. Tym bardziej, że aktualnie Manchester United ogląda plecy "The Bees".
Z powodzeniem zastąpiono jednak nie tylko Mbeumo, ale też pozostałych liderów. Mark Flekken nie został może sprzedany z zyskiem, a do Caoimhina Kellehera trzeba było nieco dopłacić, ale reprezentant Irlandii stanowi progres względem Holendra - w tym sezonie "jedynka" Brentfordu ma lepszy współczynnik xGA względem faktycznie wpuszczonych goli.
Korzystnie wypadło również sprowadzenie Jordana Hendersona, który wszedł w buty Norgaarda. Kadrowicz Thomasa Tuchela ma przy tym jeszcze większe rozeznanie w lidze i wydaje się zawodnikiem bardziej charyzmatycznym. Podaje przy tym z podobną skutecznością, a jednocześnie tworzy nieco więcej sytuacji. Najlepiej jednak "The Bees" wyszły na sprzedaży Wissy, o czym pisaliśmy już TUTAJ.
29-latka posłano do Newcastle United za 55 milionów, a w blokach już czekał Igor Thiago, w poprzednim sezonie raptem rezerwowy. W bieżących rozgrywkach Brazylijczyk nie daje Wissie najmniejszych szans. W Premier League zdobył już 16 bramek i zanotował asystę, natomiast drugi z zawodników najpierw walczył z nabytym jeszcze w Brentford urazem, a teraz ma problem, aby przebić się do wyjściowego składu "Srok". Thiago tym samym stał się kolejnym przykładem rewelacyjnego skautingu drużyny spod Londynu. Cóż z tego, że za 24-latka wyłożono 30 milionów, skoro teraz jego wartość znacznie przewyższa tę kwotę, a po sezonie, wszystko na to wskazuje, jeszcze poszybuje? Jeśli były piłkarz Club Brugge zadebiutuje w kadrze i pojedzie na mundial, "The Bees" staną przed kolejną szansą na rozbicie banku.
Będzie to szansa w pełni zasłużona. Efekt logiki, sumienności, perspektywicznego planowania i zmarginalizowania przypadku do absolutnego minimum. Będzie to efekt bycia Brentford, co samo w sobie urosło do miana jednego z największych komplementów angielskiej piłki.

Przeczytaj również