Mistrz i krajowy hegemon zagra w grupie spadkowej. Szok! Tak źle nie było od 26 lat

Mistrz i krajowy hegemon zagra w grupie spadkowej. Szok! Tak źle nie było od 26 lat
Joan Gosa / pressfocus
Adam - Kowalczyk
Adam KowalczykDzisiaj · 16:00
26 trofeów w rodzimych rozgrywkach, najsłynniejsza akademia w kraju, wielkie możliwości finansowe i… najgorszy wynik w lidze od początku XXI wieku. Aż trudno uwierzyć, co w sezonie 2025/26 wydarzyło się z FC Kopenhaga. Klub, który jeszcze dwa lata temu walczył z Manchesterem City o awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, na wiosnę tego roku będzie musiał kontynuować rywalizację ligową w grupie spadkowej.
Przez ostatnie 25 lat nie było sezonu, w którym FC Kopenhaga nie znalazła się w czołowej szóstce ligi duńskiej. Mało tego, przez ten czas tylko raz zakończyła rozgrywki poza podium - w kampanii 2017/18 zajęła czwarte miejsce w tabeli, z punktem straty do trzeciego. Skala obecnego kryzysu w klubie jest więc niespodziewanie duża, gdyż na krajowym podwórku praktycznie cały czas walczył on o najwyższe cele, niezależnie od tego, czy musiał łączyć rywalizację w lidze z europejskimi pucharami. Na dziś wiemy jednak, że FCK wiosną będzie grać mecze poza grupą mistrzowską, co bez wątpienia można nazwać sensacją.
Dalsza część tekstu pod wideo

Wydają, ale nie grają

Czerwona lampka zaczynała tlić się jeszcze przed startem sezonu 2025/26. Letnie okienko transferowe w wykonaniu klubu pozostawiało bardzo wiele do życzenia zarówno jeśli chodzi o transfery wychodzące, jak i przychodzące. Victor Froholdt zdążył rozegrać zaledwie jeden sezon w Kopenhadze, zanim został sprzedany do FC Porto, a uznawany za wielki talent od kilku lat Roony Bardghji trafił do Barcelony za promocyjne dwa i pół miliona euro. W skrócie - dwaj piekielnie zdolni wychowankowie zmienili kluby, a w ich miejsce nie sprowadzono żadnych następców. Głośnym transferem był oczywiście Youssoufa Moukoko, który w wieku 21 lat stał się zawodnikiem nieco zagubionym i potrzebował zmiany otoczenia. Borussia Dortmund oddała go za pięć milionów euro, które z perspektywy Kopenhagi po ośmiu miesiącach trudno uznać za trafioną inwestycję. Napastnik ani nie odbudował się sportowo, ani nie wszedł w buty żadnego z piłkarzy, którzy opuścili klub latem.
Za ruchy Kopenhagi na rynku do niedawna odpowiedzialny był Sune Smith-Nielsen. Do niedawna, bowiem od 23 lutego nie ma go już w klubie. Został zwolniony po 17 latach pracy, a tłem decyzji zarządu były zażarte spory ze współwłaścicielami, których szczegóły przedstawiła duńska gazeta Berlingske. Dowiadujemy się z niej, że przy transferze Froholdta klub kalkulował. Zasiadający w Radzie Nadzorczej Erik Skjaerbaek i Michael Stenskrog byli zdania, że należy “kuć żelazo póki gorące” i sprzedać młodego pomocnika za konkretną kwotę, podczas gdy Smith-Nielsen nalegał, by zatrzymać go jeszcze na jeden sezon.
To oczywiście nie wszystko, bo zarząd Kopenhagi nie był też zadowolony ze wzmocnień. Poza Moukoko mianem nieudanego ruchu został okrzyknięty bramkarz Dominik Kotarski, sprowadzony z PAOK-u Saloniki za pięć milionów euro. Nie zabrakło też polskiego wątku i dość surowej oceny transferu wychowanka Górnika Zabrze, Dominika Sarapaty.
- 17-letni Polak kosztował Kopenhagę około 30 milionów koron [czyli cztery miliony euro - przyp. red.]. Ale nigdy nie pojawia się na boisku. Erik Skjaerbaek nie potrafi tego zrozumieć i w ten sposób młody Polak uosabia problem Sune Smitha-Nielsena. Jak podsumował jeden z informatorów, “wydaliśmy mnóstwo pieniędzy tego lata, ale nie widać efektów na boisku” - czytamy.

Kiedyś podwójna korona, dziś grupa spadkowa

Na korzyść byłego już dyrektora sportowego FCK bez dwóch zdań mógł działać fakt, że wyżej wspomniane nabytki w większości mogą być uznawane za ruchy przyszłościowe, a nie wzmocnienia na “tu i teraz”. Problem w tym, że wzmocnienia na “tu i teraz” są klubowi potrzebne bardziej niż kiedykolwiek, szczególnie że od samego początku sezonu Kopenhaga swoją grą w dużej mierze nie spełnia oczekiwań. Z Ligi Mistrzów odpadła, a w rundzie jesiennej zaczęła coraz częściej tracić punkty, co odbiło się na niezadowalającej pozycji w tabeli. Mimo to, trenerowi Jacobowi Neestrupowi zarzucano niewiele - kibice wciąż bowiem mają w pamięci drugi sezon w Europie pod wodzą 37-latka, podczas którego Kopenhadze udało się wywalczyć awans do 1/8 finału Ligi Mistrzów. Wtedy jeszcze bramkarzem duńskiego klubu był Kamil Grabara, a samemu klubowi udało się zatrzymać Bayern Monachium (0:0) czy pokonać Manchester United (4:3) po absolutnie szalonym meczu. A przecież rewelacyjna jesień w Europie była tylko kwintesencją poprzedniego sezonu, podczas którego stołeczna ekipa zdobyła podwójną koronę na krajowym podwórku.
Te czasy jednak już dawno za nami. Oczywiście, na temat gry w Europie trudno wydawać jednoznaczne osądy - kopenhaska drużyna co prawda nie dostała się do gwarantującego grę dalej miejsca w TOP24, jednak zabrakło jej zaledwie jednego punktu. A i tak nieraz potrafiła pokazać charakter, bo nie dała się pokonać Napoli (1:1) czy Bayerowi Leverkusen (2:2).
Fatalnej kampanii w lidze nie da się już w żaden sposób usprawiedliwić, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę okoliczności. W fazie zasadniczej ligi duńskiej rywalizuje ze sobą 12 drużyn, które po 22 kolejkach dzielą się na dwie równe grupy - mistrzowską i spadkową. Kopenhaga nigdy w swojej historii nie miała problemu, żeby dostać się do tej pierwszej. Co więcej, najczęściej kończyła tę fazę na jednym z czołowych dwóch miejsc w tabeli, by później rywalizować o mistrzostwo kraju. Ligę w całej swojej historii wygrała aż 16 razy, a na koncie ma też 10 pucharów Danii, co czyni ją najbardziej utytułowanym zespołem w rozgrywkach krajowych.
Już w październiku były problemy z regularnym punktowaniem. Powód? Kontuzje. Rekordowy pod względem absencji był wyjazdowy mecz z Silkeborgiem (1:3), w którym nie mogło wystąpić łącznie aż ośmiu piłkarzy. W tym także ci ważni lub kluczowi - Andreas Cornelius, Thomas Delaney, Mohamed Elyounoussi czy Magnus Mattsson, który swój uraz leczy do dziś. Co jednak najbardziej niepokojące, Kopenhaga nie zawodziła tylko i wyłącznie w hitach i potrafiła przegrać nawet z czerwoną latarnią ligi, czyli Velje (0:2). Mało tego, decydujące gole często traciła w ostatnich minutach. Tendencja ta była szczególnie widoczna w ostatnich kilku kolejkach. Nordsjaelland u siebie? 1:0 do 72 minuty, 1:2 na koniec meczu. Midtjylland na wyjeździe? 0:0 do 83 minuty, 1:2 na koniec meczu. Decydujący mecz z Randers? 1:1 przez niemal cały mecz i stracony gol na 1:2 w 12. minucie doliczonego czasu gry.

Kibice mają dość

To właśnie ostatnie z wymienionych spotkań przelało czarę goryczy, a także wywołało reakcję Fanklubu FC Kopenhagi, który wystosował list otwarty do klubowego zarządu. Ale na samych zarzutach o sportową degrengoladę drużyny się nie skończyło - w oświadczeniu zaapelowano o niezwłoczne powołanie kibicowskiej Rady Doradczej, której spotkania miałyby się odbywać nawet do czterech razy w roku.
- Popieramy pomysł powołania rady doradczej złożonej z kibiców z różnych trybun Parken. Teraz jest moment, by ten pomysł wreszcie wdrożyć i regularnie konsultować z fanami kluczowe decyzje. Nie domagamy się mniejszej ilości profesjonalizmu. Domagamy się równowagi. Szacunku dla historii. Dla kultury. Dla wspólnoty, która niosła ten klub na długo przed strategiami i wykresami wzrostu. Bo bez solidnych fundamentów nawet najmocniejsza konstrukcja prędzej czy później zaczyna się chwiać - napisano.
Po całej treści listu można odnieść wrażenie, że jest on krytyką komercjalizacji klubu, która nastąpiła w ostatnich latach. Kibice wytknęli władzom nie tylko obecny sposób zarządzania, ale i kontrowersyjne decyzje sprzed lat - w tym m.in. zwolnienie Stale Solbakkena, który zdaniem wielu nie tylko powinien pozostać na stanowisku, ale i mieć zapewnione miejsce w Klubie Legend.
- Radość z obserwowania, jak chłopcy stają się mężczyznami, została zredukowana do liczb w arkuszu Excel. Zmiany w składzie drużyny stały się tak gwałtowne, że wielu kibicom wydaje się, iż stracili kontakt z osobami, które śledzą tydzień po tygodniu. Kibic, który zaczynał jak my wszyscy i zapracował na swoją pozycję, przejmując wiodącą funkcję w największym klubie piłkarskim Skandynawii [chodzi o byłego już dyrektora operacji piłkarskich w Kopenhadze, Daniela Rommedahla - przyp. red.], został zwolniony i wyrzucony tylnymi drzwiami, bez zrozumienia dla kultury i więzi z kibicami, które reprezentował. Najbardziej utytułowany trener piłkarski w Danii [Stale Solbakken - przyp. red.] został zwolniony w taki sposób, że pięć i pół roku później nadal nie mieliśmy okazji uczcić go i powitać w Klubie Legend, do którego zresztą powinien mieć zapewnione miejsce. Karty platynowe nagle stały się produktem, który należało wycofać, ceny w kioskach rosną i rosną, a zniżki na karnety sezonowe w kioskach zostały zniesione. Bar piłkarski na stadionie został zamknięty, aby zrobić miejsce dla większej ilości dań na wynos. Nieustannie kładzie się nacisk na ulepszanie udogodnień dla VIP-ów, podczas gdy rodziny z dziećmi nadal są wyrzucane ze stadionu, gdy przybywa wielu kibiców drużyny gości. Mamy smutne i przestarzałe obiekty treningowe oraz trybuny, na których nie wolno skakać - można przeczytać.
Warto zaznaczyć, że brak awansu do grupy mistrzowskiej nie oznacza dla Kopenhagi całkowicie przegranej walki o puchary. Paradoksalnie może być jej nawet… łatwiej dostać się do Europy z grupy spadkowej. W jaki sposób? Otóż najlepsza drużyna grupy spadkowej ma taką samą szansę na grę w pucharach, co czwarta drużyna grupy mistrzowskiej. Zespoły te mierzą się później w bezpośrednim meczu, którego stawką jest miejsce w eliminacjach do Ligi Konferencji. Rok temu właśnie tak do Europy prześlizgnął się Silkeborg, który w przedostatniej rundzie kwalifikacyjnej przegrał dwumecz z Jagiellonią Białystok.
Tak czy inaczej obecna sytuacja w FCK nie wygląda kolorowo. Wiadomo już, że po sezonie klub pożegna się ze swoim dotychczasowym kapitanem - Viktorem Claessonem. 79-krotny reprezentant Szwecji zdecydował się na powrót do rodzimego IFK Varnamo, do którego transfer już oficjalnie udało mu się dopiąć. Do jego zastąpienia powoli szykowany jest 17-letni napastnik z akademii, Viktor Dadason. Zdążył on już zrobić bardzo dobre wrażenie, strzelając trzy gole w tej edycji Ligi Mistrzów. Pozostaje tylko pytanie, czy jest to decyzja poparta głównie rozwojem sportowym, czy - podobnie jak w przypadku Froholdta i Orriego Oskarssona - chęcią szybkiego spieniężenia kolejnego wielkiego talentu.

Dyskusja

Przeczytaj również