Mogą wejść do LM pierwszy raz w historii. A ten transfer to sensacja! Miliarder wyłożył kasę na stół

Zdecydowanie nie był to transfer z listy spodziewanych w letnim okienku. Dusan Tadić właśnie został zawodnikiem NEC Nijmegen - klubu, który w tym roku może wedrzeć się do Ligi Mistrzów po raz pierwszy w swojej historii. Cóż, jeżeli wzmacniać się przed startem historycznego występu w pucharach, to właśnie w ten sposób.
Teoretycznie nie powinno być zaskoczeniem, że Dusan Tadić wybrał akurat Holandię. Największe sukcesy w karierze święcił bowiem w Ajaksie Amsterdam, gdzie uznawany jest za legendę. Kto by jednak pomyślał, że jego powrót na największą europejską scenę klubową nastąpi w takich okolicznościach - NEC to przecież klub, który przez 126 lat swojego istnienia międzynarodowe rozgrywki widział wyłącznie od święta. Nie zanotował w nich ani jednego spektakularnego występu, a najlepszym w dziejach okazał się ten z sezonu 2008/09, zakończony na 1/16 finału Pucharu UEFA.
Niedoceniany
Sam Tadić przez wielu uznawany jest za piłkarza niedocenianego, co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę, jak prezentował się w szczytowych latach kariery. Nie grał w żadnym z topowej klasy klubów - swoje złote lata spędził w Southampton i Ajaksie, które w skali Europy są co najwyżej klasą średnią. “Święci” z Serbem w składzie zaliczyli bajkową przygodę w sezonie 2015/16, kończąc rywalizację w Premier League na szóstej pozycji. On sam strzelił w lidze siedem goli i zanotował 14 asyst, a poza nim o sile drużyny stanowili m. in. Victor Wanyama, Virgil van Dijk czy Sadio Mane. Każdy z wymienionej trójki w perspektywie kilku miesięcy dopiął transfer do wielkiego klubu. Tadić został.
Został, natomiast wtedy słodka angielska przygoda przemieniła się w słodko-gorzką. Stanowisko trenera Southampton opuścił Ronald Koeman, czyli ten, któremu zawdzięczany był awans do Ligi Europy. W samej LE “Święci” zupełnie sobie jednak nie poradzili - nie udało im się przejść nawet fazy grupowej, a mający wahania formy Tadić nie był szczególnie pomocny. Drastycznie sytuacja zmieniła się w kampanii 2017/18, kiedy klub nagle przestał walczyć o puchary, a jego celem stało się utrzymanie. Cudem uciekli wtedy spod topora strefy spadkowej, a serbski gwiazdor, który zaliczył kolejny słabszy sezon, postanowił się ewakuować.
Przygarnął go - jak już pewnie wiecie - Ajax, który postanowił przekręcić wajchę i rozpocząć inwestycje w zawodników znacznie bardziej doświadczonych, mogących stanowić o sile drużyny. Tadić był pierwszym z nich. I choć w Eredivisie błyszczał już wcześniej, w barwach Groningen i Twente, to raczej nikt nie spodziewał się, że po powrocie do Holandii zje i wypluje tę ligę, jak nigdy dotąd. 28 goli i 13 asyst - takimi liczbami nowa gwiazda “Joden” mogła pochwalić się w samym sezonie ligowym. A to przecież nie koniec, bo w tym samym czasie Ajax zaliczył fantastyczną przygodę w Lidze Mistrzów, docierając aż do półfinału. Po drodze udało mu się rozbić 4:1 Real Madryt na Estadio Santiago Bernabeu - w meczu, który został zapamiętany nie tylko jako koniec dominacji “Królewskich” w Europie, ale i jako genialny performance Tadicia.
L’Equipe przyznał Serbowi za to spotkanie ocenę 10, najwyższą możliwą. Nie dość, że asystował on przy dwóch pierwszych bramkach, to dołożył od siebie trzecią. Na koniec okazał się być też najbardziej bramkostrzelnym graczem Ajaksu w całych rozgrywkach - łącznie zdobył sześć goli, co oznacza, że w klasyfikacji strzelców znalazł się jedynie za Leo Messim i Robertem Lewandowskim. Wspomniany mecz z Realem do dziś pozostaje jednym z najwybitniejszych występów indywidualnych, jeśli chodzi o najnowszą historię rozgrywek.
Wielki pomnik i wielkie zarobki
Kampania 2018/19 zapoczątkowała niezwykle udany etap kariery Tadicia w Ajaksie, który potrwał łącznie przez pięć sezonów. W tym czasie Serbowi udało się rozegrać dla “Joden” 241 spotkań, w których strzelił aż 105 goli i zanotował 112 asyst. Jest w ścisłym gronie 16 zawodników, którzy osiągnęli barierę 100 trafień w barwach Ajaksu. Nad nim są głównie ci najlepsi - Johan Cruyff, Luis Suarez, Klaas-Jan Huntelaar, Dennis Bergkamp czy Marco van Basten. I nie da się ukryć, że w Amsterdamie muszą tęsknić za Serbem, skoro klub po jego odejściu przestał dominować ligę holenderską. Nowym hegemonem zostało PSV, które pod wodzą Petera Bosza zdobyło trzy tytuły mistrzowskie z rzędu. I niewykluczone, że na szczycie pozostanie.
Co w tym czasie działo się u bohatera tekstu? Tuż po opuszczeniu stolicy Niderlandów dołączył do tureckiego Fenerbahce, gdzie z miejsca stał się gwiazdą. Przez jeden sezon tworzył kapitalną linię ofensywną m. in. z Edinem Dzeko i Sebastianem Szymańskim, lecz nawet to okazało się być zbyt mało, by wygrać wyścig o mistrza Turcji z Galatasaray. Minionego lata było zaś blisko, by dołączył do Crveny zvezdy Belgrad - temat upadł jednak przez kwestie finansowe oraz oferty z Bliskiego Wschodu, jakie piłkarz zaczął otrzymywać. Ostatni rok przed dołączeniem do NEC spędził więc w emirackiej Al-Wahdzie, gdzie według serbskich mediów zarabiał siedem milionów euro za sezon.
Tym bardziej może zaskakiwać, że zamiast dalszego “odcinania kuponów” Serb wybrał powrót do Europy, i to do miejsca na pierwszy rzut oka kompletnie niespodziewanego. Z pozoru wydawać by się mogło, że spośród klubów Eredivisie nikt poza PSV, Ajaksem i Feyenoordem nie będzie w stanie spełnić wymagań finansowych 37-latka. Co dopiero mówić o NEC Nijmegen, które nigdy nie było klubem z wielkimi sukcesami na koncie. Pięć lat temu fani “Eniesee” dopiero cieszyli się z awansu drużyny do elity, jednak dziś ich ukochany klub może walczyć o znacznie wyższe cele dzięki mądremu zarządzaniu.
Przełomem okazało się zatrudnienie Dicka Schreudera - szkoleniowca, który w CV miał już m. in. awans do drugiej ligi hiszpańskiej z CD Castellon. To dzięki niemu NEC zaczęło grać bardzo ofensywny, brawurowy, ale i skuteczny futbol, który przełożył się na trzecie miejsce w tabeli na koniec sezonu. Oznacza to, że klub z Nijmegen po raz pierwszy w historii zawalczy o Ligę Mistrzów. Pierwszym z dwóch rywali, jakich musi pokonać na drodze do fazy ligowej, będzie grecki Olympiakos.
Ten zaś, który dołożył sporą cegiełkę do sensacyjnego transferu Tadicia, to Marcel Boekhoorn - holenderski miliarder, od kilku lat regularnie inwestujący w klub. Wbrew pozorom nie jest akcjonariuszem, a zwykłym kibicem, dlatego środki na dalszy rozwój drużyny przeznacza jako darczyńca. Nie mając oficjalnie udziałów w klubie, pokrywa więc deficyty budżetowe klubu ze swoich prywatnych pieniędzy. Gdyby nie jego wsparcie finansowe, NEC nie byłoby w stanie rozwinąć się w takim tempie.
Najstarsza ofensywa w Lidze Mistrzów?
Znacznie szerzej o historii samego NEC Nijmegen i Boekhoorna pisaliśmy TUTAJ, natomiast musicie wiedzieć, że klub ten jeszcze nigdy nie osiągał takich sukcesów, jak obecnie. W sezonie 2025/26 poza kapitalną kampanią ligową udało mu się dotrzeć też do finału Pucharu Holandii (przegranym ostatecznie 1:5 z AZ). Przyjście Tadicia to jednak wyraźny sygnał, że jest chrapka na więcej - bardzo możliwe, że czarno-czerwono-zielone barwy NEC nie będą już nam się kojarzyć głównie z Telegazetą informującą o kolejnych golach Andrzeja Niedzielana.
Jeżeli NEC z Dusanem Tadiciem w składzie osiągnie w Lidze Mistrzów dziejowe wyniki, to bez dwóch zdań o tym będzie się mówić w pierwszej kolejności. Trener Schreuder z podopiecznymi muszą przebrnąć wymagającą drogę, aby się tam dostać - ale jak już to zrobią, to szybko mogą dokonać rzeczy historycznej. Nowy ofensywny tercet ekipy z Nijmegen ma bowiem w sumie… 110 lat. Zgadza się, dobrze przeczytaliście - stworzyliby go 37-letni Tadić, 35-letni Bryan Linssen i 38-letni kapitan, Tjaronn Chery.
Gdyby UEFA prowadziła oficjalne statystyki, mogłoby się okazać, że byłby to najstarszy ofensywny tercet w historii rozgrywek. Wiemy natomiast, że w przypadku awansu NEC do fazy ligowej mielibyśmy do czynienia z bezdyskusyjnie najstarszą ofensywą w tej edycji LM. Prowadzący profil o statystykach piłkarskich Cezary Kawecki zauważył, że tylko trzy kluby z najwyższych klas rozgrywkowych w Europie mają bardziej wiekowych graczy w ofensywnej trójce. Przy czym mówimy tu o zespołach z Andory i Białorusi, które na awans do Champions League nie mają już żadnych szans.
Powyższa informacja jest jedynie ciekawostką, ale NEC w Europie raczej ciekawostką być nie zamierza. 4 sierpnia rozpocznie dwumecz z Olympiakosem w przedostatniej rundzie kwalifikacji do LM. I choć faworytem nie będzie, to z Tadiciem w składzie szanse na sprawienie niespodzianki rosną. Pozostaje więc czekać na debiut Serba i liczyć na “wejście smoka” po powrocie do Europy.