Największy upadek w Europie. Spirala długów dawnego mistrza i koniec bajki
Dekadę temu byli największą sensacją w historii angielskiej piłki, ale tam, gdzie kiedyś był cud, dzisiaj pali się czerwona lampka ostrzegawcza. Przykład Leicester City to podręcznik, jak roztrwonić sukces, żyjąc ponad stan. Mistrz Anglii z 2016 roku właśnie spadł do trzeciej ligi. Niewiele już zostało z historii Vardy’ego, Kante i Mahreza. Widać tylko długi i mariaż z australijskim bankiem, który trzyma łapę na przychodach.
Za dwa tygodnie minie równo 10 lat. Czasem można odnieść wrażenie, że to było przed chwilą: klaksony w całym Leicester, tajski właściciel rozdający fanom piwo za darmo i Andrea Bocelli na murawie. Claudio Ranieri, trener Leicester, płakał wtedy jak dziecko. Przed sezonem kurs na zwycięstwo “Lisów” wynosił 5000:1. Do dziś w topowych ligach nie było bardziej sensacyjnego mistrza. Niestety cud po latach zamienił się w katastrofę. O Leicester już dawno mówiono, że zgubili mapę, ale dopiero spadek do League One pokazał pełnię dramatu.
Brak pokory
Kibic Leicester to w ostatnim czasie najbardziej rozchwiany kibic świata. W ciągu czterech lat jego zespół spadał trzy razy. W 2024 roku co prawda udało się ponownie wrócić do Premier League, ale trwało to chwilę. “The Foxes” mają piękny stadion i jeden z najnowocześniejszych ośrodków treningowych świata. Nie tak dawno ich trenerem był Ruud van Nistelrooy, choć od czasów Holendra przez półtora roku przewinęło się trzech innych. Teraz ten klub zagra na trzecim poziomie rozgrywkowym. Spadł z The Championship, mając największy budżet płacowy w lidze.
Dawniej Leicester uchodziło za tzw. mądry klub. Taki, który umie szukać swoich przewag i nie potrzebuje do tego milionów. Największe gwiazdy, jak N’Golo Kante czy Riyad Mahrez, były zasługą świetnego scoutingu. Klub potrafił kupować tanio i sprzedawać drogo. Za Harry’ego Maguire’a dostał 80 mln funtów, a za Bena Chilwella - 50 mln. Wydawało się, że mając taką bazę, można w spokoju reinwestować i budować fortece. Niestety w piłce wszystko jest ulotne jak dym. Sukcesy przychodzą nagle, ale upadki również. Brak pokory potrafi zniszczyć najpiękniejsze historie.
Punkt zwrotny
Leicester w 2016 roku rozkochało fanów na całym świecie, bo było grupą ludzi, którym nikt nie wróżył sukcesu. Jego symbolem był Jamie Vardy, czyli facet odrzucany przez różne kluby. Na salonach pojawił się dość późno, a kiedy już zaistniał, nie udawał kogoś, kim nie był. Do historii przeszła impreza w jego domu, kiedy Leicester jeszcze przed samą metą wydrapało tytuł. W tamtym momencie wszystkim wydawało się, że ten sukces ozłoci kolejne lata. Były nawet takie przesłanki, gdy Vardy i spółka grali w fazie pucharowej Ligi Mistrzów, a w 2021 roku wygrali Puchar Anglii.
To mniej więcej w tamtym czasie zaczęły się problemy. Przede wszystkim kupowano drogo i niezbyt celnie, czego przykładem Patson Daka, Boubakary Soumaré czy Jannik Vestergaard. Trener Brendan Rodgers dostał pensję na poziomie ośmiu milionów funtów rocznie, czyli najwyższą w historii klubu. Leicester uwierzyło, że stało się klubem z elity. Musiało płacić coraz większe tygodniówki. Do tego zbiegło się to wszystko z czasem pandemii - właściciel klubu mocno ucierpiał przez brak turystyki. W sezonie 21/22 zespół zajął ósme miejsce, co patrząc z tamtej perspektywy było rozczarowaniem. A już rok później przyszedł spadek z ligi.
Finansowe dno
Oczywiście po drodze był świetny sezon pod wodzą Enzo Mareski, zakończony powrotem do elity. Ten chwilowy błysk nie oznaczał jednak, że sytuacja w klubie stała się stabilniejsza. Premier League postawiła Leicester zarzut naruszenia przepisów o rentowności i zrównoważonym finansowaniu (PSR). Symbolem chaosu jest to, że od sezonu 22/23 drużyna miała siedmiu szkoleniowców. Dawniej Leicester kojarzyło się ze wszystkim, co dobre i kolorowe w Anglii. W pewnym momencie więcej było jednak artykułów o tym, jak chybotliwą organizacją stał się klub z King Power Stadium. Był to twór pozbawiony strategii, reagujący impulsywnie na porażki. Każdy kolejny szkoleniowiec był strażakiem gaszącym pożar, który wybuchł już przy poprzedniku.
Leicester w sezonie 2025/2026 prowadził Hiszpan Martí Cifuentes. Zimą w czterech meczach szefem był Andy King, a potem przyszedł Anglik Gary Rowett. Pod względem wyników gorsze w lidze okazało się tylko Sheffield Wednesday. A przecież w zespole nie brakowało graczy z doświadczeniem: Abdul Fatawu, Victor Kristiansen, Stephy Mavididi albo Oliver Skipp. Najgorsze jest to, że spadek do trzeciej ligi oznacza wypadnięcie z finansowego eldorado. Leicester jeszcze rok temu zarabiało z praw telewizyjnych 117 mln funtów. W League One dostanie dwa procent tej sumy. Nie będzie też tzw. spadochronowego. Klub zastawił przyszłe przychody jako zabezpieczenie pożyczki w banku Macquarie.
O mariażu z australijskim bankiem od dawno mówiono, że kiedyś odbije się czkawką. Leicester liczyło, że wróci do Premier League i będzie miało z czego spłacać długi. W tym momencie jest pod ścianą. Latem ruszy wyprzedaż. Trudno będzie wrócić na odpowiedni poziom, grając młodzieżą i taplając się w tak negatywnej atmosferze. Harry Winks po meczu z Hull miał dodatkową ochronę, żeby dotrzeć do samochodu. Transparenty żądały odejścia Khun Topa i dyrektora Jona Rudkina. Okrzyki „King Power, won z naszego klubu" mieszały się z bardziej wulgarnymi epitetami.
Aż trudno uwierzyć, że to wszystko rozpadło się tak szybko. W maju Leicester planowało zorganizować mecz charytatywny pt. „5000:1”. Zaproszenia zostały wysłane do wszystkich tych, którzy tworzyli mistrzowskie Leicester. Schmeichel, Morgan, Huth, Kanté, Mahrez, Vardy - oni wszyscy ponownie mają zjawić się w miasteczku w środkowej Anglii. Na jedną noc ta drużyna znowu ożyje. A potem wróci rzeczywistość: League One, Doncaster Rovers, Wycombe Wanderers i Bromley. Ten ostatni klub na 134 lata swojego istnienia aż 132 razy miał status amatora. To zimny kubeł wody dla Leicester, który zapomniał o swoim know-how i skromności, a to przecież te dwie rzeczy nadawały mu swoją wyjątkowość.