Niebywałe, co Arteta zrobił podczas treningu. W tym szaleństwie jest metoda?
Arsenal długimi miesiącami wygląda i gra jak absolutnie najlepsza drużyna w Anglii. A później nadchodzi kwiecień i rozpoczyna się dramat.
Arsenal przypomina postać z greckiej tragedii. Czegokolwiek nie zrobi, przeznaczenie zawsze go odnajdzie. Kolejne próby zdobycia mistrzostwa Anglii spalają na panewce. W bieżącym sezonie tytuł znów może uciec z rąk.
Mikel Arteta próbował już osiągnąć sukces poprzez grę piękną, grę rozważną, grę defensywną i wreszcie grę tak trudną do przyjęcia, że nawet najwierniejsi kibice mają problemy ze strawieniem. Siódmy rok pracy Hiszpana został naznaczony przede wszystkim obroną własnej bramki, strzelenie gola wydaje się dla "Kanonierów" opcją, a nie celem samym w sobie. Szczególnie w końcowych miesiącach sezonu.
O ile bowiem w klasyfikacji generalnej Arsenal ma drugi najlepszy dorobek bramkowy, o tyle kwiecień znów zaczyna się fatalnie. Jedyna ligowa potyczka w tym okresie zakończyła się porażką (1:2 z Bournemouth). Sygnałów ostrzegawczych pojawiło się jednak więcej. Na The Emirates rozbrzmiała istna syrena alarmowa - zespół odpadł z Pucharu Anglii (1:2 z Southampton), nie sięgnął po Carabao Cup (0:2 z Manchesterem City), ledwo wszedł do półfinału Ligi Mistrzów (1:0, 0:0 ze Sportingiem). To ostatnie pozostaje sukcesem, ale specyficznym. Gdyby było słodkością, to z pewnością nie czekoladą, lecz lukrecją lub inną cukierniczą abominacją.
W kwietniu, uwzględniając wszystkie fronty, Arsenal wygrał raz w czterech spotkaniach. Strzelił trzy gole, stracił cztery. Oddał 15 celnych strzałów, przyjął 13. Znów ma kłopot, znów kwiecień uwiera niczym kamień w bucie maratończyka. Znów zbierają się czarne chmury, które trudno będzie przegonić.
Miesiąc cierpienia
W kwietniu Arsenal przeistacza się w zespół słaby. Nie przeciętny, nie niezły, po prostu słaby. Za kadencji Artety Londyńczycy rozegrali w tym okresie 26 meczów ligowych. W aż ośmiu zeszli na tarczy, w siedmiu wyszarpali remis, w 11 zwyciężali. Punktują ze średnią 1,54 na spotkanie. To nie wystarczy na czołówkę Premier League, nie mówiąc już o Manchesterze City.
Tam, gdzie zaczyna się cierpienie Arsenalu, tam zaczyna się euforia Pepa Guardioli. Według LiveScore kwiecień to najmocniejszy miesiąc dla Katalończyka. Wyniki są na to najlepszym dowodem - współczynnik wygranych wynosi 78,9%, średnia punktowa zaś 2,5.
"The Citizens" mogą mieć nieco problemów na starcie sezonu, ale niemal nigdy nie pozwolą rywalowi na zdecydowane odskoczenie, natomiast w kwietniu rozpoczynają bezwzględną pogoń. Niejednokrotnie kończy się ona sukcesem. W łapaniu króliczka trudno znaleźć lepszych, zwłaszcza na Wyspach. Ponownie poczuli krew, a napędzani poczuciem wyższości kibice kpią, że Arsenal ponownie wyłoży się na metr przed metą (więcej TUTAJ).
Kwiecień potrafi przeorać Arsenal również poza boiskami ligowymi. Tom Ede wyliczył, że "Kanonierzy" Artety przegrali w tym miesiącu łącznie 12 meczów, co stanowi ich najgorszy wynik. Wobec wpadki z Bournemouth przeskoczono grudniowe niepowodzenia. W pozostałych miesiącach Londyńczycy mają na koncie maksymalnie dziewięć porażek.
Kontrast w procencie zwycięstw jest jednak gigantyczny. Bo o ile w grudniu wynosi 58%, o tyle w kwietniu raptem 42%. Gdyby więc Artetę rozliczać wyłącznie na podstawie kwietnia, już nie pracowałby na The Emirates. To bardzo bezpieczne stwierdzenie, biorąc pod uwagę, że o rozstaniu z wieloletnim szkoleniowcem i tak rozmawia się coraz głośniej. Zmęczenie narzuconym stylem i brakiem namacalnych sukcesów staje się uciążliwe. Arteta znów ryzykuje brakiem jakiegokolwiek poważnego tytułu - w ciągu ostatnich tygodni stracił szanse na dwa z czterech pucharów. Pozostały te najważniejsze, jednak margines błędu i nadziei na udobruchanie kibiców stopniały do absolutnego minimum.
A przecież niepowodzenie staje się coraz bardziej realne. Według Polymarket Sports Londyńczycy wygrają mistrzostwo kraju na 65%. Jeszcze w połowie marca współczynnik wynosił... 96%. Opta podchodzi do tematu nieco spokojniej, ale zmiana pozostaje zauważalna - z 97,3% na 86,1%. Kluczowa dla losów rywalizacji w Premier League będzie niedzielna potyczka z Manchesterem City. Arsenal pojedzie na stadion największego rywala i trudno znaleźć kogokolwiek, kto widzi "Kanonierów" w roli faworyta. W zapowiedzi przygotowanej przez The Athletic na podopiecznych Artety nie postawił żaden z opiniujących, natomiast algorytm wskazał na remis.
Zmęczenie materiału
Kwiecień można dalej odmieniać przez wszystkie przypadki. The Athletic podało, że Manchester City przegrał tylko jedno z ostatnich 40 (sic!) spotkań w kwietniu i maju. W tym okresie wygrał 19 domowych potyczek z rzędu. Ostatni raz stracił punkty w kwietniu 2022 roku, kiedy na The Etihad przyjechał Liverpool (2:2). Przeszłość stoi murem za "The Citizens", ale, co najgorsze dla Londyńczyków, wsparcia udziela też teraźniejszość.
Ekipa Guardioli utrzymuje się na fali, chociaż odpadła z Ligi Mistrzów. Wygrała jednak bezpośrednie starcie z Arsenalem, dała szkołę życia Liverpoolowi w Pucharze Anglii, natomiast w lidze rozprawiła się z Chelsea, zaganiając ją do kąta po wyrównanej pierwszej połowie. "The Citizens" przeszli suchą stopą przez trzy poważne przeszkody, tymczasem Londyńczycy spuścili z tonu tak bardzo, że niebawem mogą zostać przewróceni przez wiatr.
Guardiola liczy na piłkarzy na fali, Arteta stracił kilku dotychczasowych liderów, a wciąż dostępni obniżyli loty lub wyglądają na przemęczonych. W niedzielnym hicie nie wystąpi Bukayo Saka, pod dużym znakiem zapytania stoi obecność krytykowanego Martina Odegaarda. Declan Rice przypomina konia wypuszczonego z cyrku po kilkunastu latach ciągłej bieganiny. Reprezentant Anglii uzbierał w tym sezonie 3732 minuty (drugi wynik w zespole, jeśli chodzi o piłkarzy z pola), w zaledwie sześciu spotkaniach przebywał na boisku mniej niż 75 minut. Jeśli zaś spojrzymy na 2026 rok, Rice miał chwilę na oddech w dwóch meczach, przy czym oba rozegrano jeszcze w styczniu. Na Sporting został wyciągnięty prosto z łóżka, spędził w nim dwa dni toczony chorobą.
Tak bezwzględne podejście Artety wpływa na opinie o Hiszpanie. Powoli odwracają się nawet najwięksi z dotychczasowych zwolenników. Ian Wright uderzył w pesymistyczne tony tak wyraźnie, że nawet Roy Keane był w szoku.
- To boli. Zainwestowałem wiele w tego trenera, w ten zespół, wszystko, a to znów się rozpada. Zawodnicy popełniają błędy, a wszystko znów ucieka. Nie spodziewałem się, że to będzie bułka z masłem, bo to nigdy nie jest takie proste. Ale jesteśmy w miejscu, w którym byliśmy już trzy razy. Skąd mam czerpać wiarę i zarażać nią innych? - powiedział Wright w programie The Overlap.
Uderzające stwierdzenia, biorąc pod uwagę, że Arsenal pozostaje na szczycie Premier League od siódmej kolejki.
Za wszelką cenę
Kluczem do niedzielnego zwycięstwa jest nie tylko taktyka, ale i motywacja. Rolę siły mentalnej podkreślał Guardiola, który sprytnie zrzuca ciężar na barki rywala. Arteta stawia zaś na jeszcze bardziej niekonwencjonalne sposoby. Hiszpan zaskakiwał w przeszłości, kiedy wparował do szatni z żarówką, opowiadał o Edisonie i roli, jaką w życiu żarówki odgrywa kabel. Teraz, jak się wydaje, poszedł o krok dalej.
Przed spotkaniem ze Sportingiem szkoleniowiec stwierdził, że chce widzieć ogień w grze swojego zespołu. Metafora? Bynajmniej. Według The Athletic Arteta naprawdę rozpalił ogień podczas zajęć w London Colney. Być może "The Office", być może w tym szaleństwie jest metoda. Być może Manchester City podziała na Arsenal niczym ta dziewczyna na Bruce'a Springsteena, być może płomień utrzyma się do końca sezonu. Ryzyko wystawienia na śmieszność pozostaje jednak spore.
Jednocześnie to kolejna z metod Artety, stanowiąca dowód, że Hiszpan chce tego tytułu za absolutnie wszelką cenę. W walce o mistrzostwo nie cofnie się przed niczym, a zarazem, zupełnie paradoksalnie, znów ląduje w tym samym miejscu. Jeszcze przed chwilą Arsenal miał wszystko we własnych rękach. Teraz zaprosił do stolika Manchester City i musi dzielić się odpowiedzialnością za losy mistrzostwa. W takiej sytuacji wciąż nie potrafi się odnaleźć.