Niebywałe, co palnął Van Dijk. Wszyscy łapią się za głowy. "Brzmi jak cytat z kabaretu"

Niebywałe, co palnął Van Dijk. Wszyscy łapią się za głowy. "Brzmi jak cytat z kabaretu"
IMAGO / pressfocus
Jan - Piekutowski
Jan PiekutowskiDzisiaj · 18:00
Na Anfield wiele rzeczy wydaje się wyglądać inaczej niż w rzeczywistości. Imponująca seria meczów bez porażki okazała się nie mieć aż tak dużego znaczenia. Dotychczasowi liderzy zaś robią wszystko, aby zniknąć z podstawowej jedenastki. Ba, ich wystawianie zakrawa o działanie na niekorzyść całej drużyny. Reszta sezonu nie może być spokojna.
Wydawało się, że po klęsce z PSV (1:4) Arne Slot zaczął kupować sobie czas. Holender uniknął zwolnienia w listopadzie, a od grudnia jego zespół konsekwentnie kolekcjonował punkty. Liverpool nie przegrał 13 kolejnych spotkań - aż sześć wprawdzie zremisował, ale siedem wygrał. Dzięki temu zbliżył się do 1/8 finału Ligi Mistrzów i awansował do 1/16 FA Cup. Na tym jednak pozytywne aspekty powoli zaczynają się kończyć.
Dalsza część tekstu pod wideo
Przez dwa miesiące "The Reds" nie poprawili swojej sytuacji w Premier League w sposób znaczący, wciąż pozostają poza czołową czwórką. Nie zdołali również wskazać nowego lidera, nadziei na pozostałą część sezonu. Dominik Szoboszlai pozostaje postacią kluczową, lecz reprezentantowi Węgier mało kto poszedł w sukurs. Florian Wirtz błyszczy jedynie w starciach z nisko notowanymi rywalami, Cody Gakpo irytuje podejmowanymi decyzjami, Hugo Ekitike jeszcze nie jest w stanie ustabilizować formy. Ale to nie oni najbardziej martwią kibiców z Anfield.
Potyczka z Bournemouth (2:3) rozpoczęła nie tylko kolejne dywagacje na temat zwolnienia Slota. Stała się również przyczynkiem do całkowicie zasadnej dyskusji na temat tego, co w ostatnim czasie robią Virgil van Dijk i Mohamed Salah. Bo chociaż obaj mieli bezpośredni wkład w bramki zdobyte przez Liverpool, to chyba nikt nie podpisze się pod stwierdzeniem, że były to dobre występy Holendra i Egipcjanina. Obaj spadają z bardzo wysokiego konia, ale, no cóż, naprawdę spadają.

Koszmar znów tu jest

Van Dijk miewał już sezony naprawdę słabe, przykładem 2023/24, w pewnym momencie stoper więcej pojedynków przegrywał niż wygrywał. W tym koszmar wraca i uderza ze zdwojoną siłą. Właściwie każdy mecz służy jako ekspozycja błędów starzejącej się legendy. 34-letni Holender ostatni raz odpoczął w październiku przy okazji porażki z Crystal Palace (0:3) w Carabao Cup. Od tamtej pory rozegrał 19 meczów dla Liverpoolu. Wszystkie w podstawowym składzie, wszystkie w pełnym wymiarze czasu. To tempo, którego nie jest w stanie wytrzymać.
Ale Slot ma związane ręce. Chociaż "The Reds" dokonali kolosalnych inwestycji w letnim okienku, pozycja środkowego obrońcy pozostaje wybrakowana. Wobec kontuzji Giovanniego Leoniego i powracających problemów Joe Gomeza jedynymi alternatywami dla Holendra pozostają Ibrahima Konate i Wataru Endo. Francuz również nie błyszczy formą, a upragniony transfer do Realu Madryt zdaje się odchodzić w zapomnienie, natomiast mierzący 178 centymetrów Japończyk zwyczajnie nie jest rozwiązaniem na dłuższą metę. Van Dijk więc gra i popełnia błąd za błędem.
W tym sezonie pomyłki stopera przyczyniły się do strzelenia dwóch goli przez rywali Liverpoolu. To najgorszy wynik wśród obrońców w całej Premier League, przy czym sześciu zawodników wypada równie słabo. Jednocześnie warto nadmienić, że żaden z nich nie reprezentuje absolutnie czołowego klubu ligi angielskiej. Ponadto Van Dijk sprokurował rzut karny. Najważniejsza jednak pozostaje rwąca serce kibica niezdolność do wzięcia odpowiedzialności. Dotychczasowy lider powoli przeistacza się we własną karykaturę. Więcej u niego machania rękami, podejmowania złych decyzji i absurdalnych wręcz wypowiedzi niż jakości, jakiej oczekuje się od piłkarza walczącego o miano jednego z najlepszych w historii Premier League.
Holender wciąż wygrywa sporo pojedynków, przy czym rzadko do nich staje. W tym sezonie uzbierał raptem 29, co stanowi 71. rezultat wśród obrońców. W samym Liverpoolu znacznie więcej mają Milos Kerkez (59), Ibrahima Konate (58), a nawet Conor Bradley (46). Van Dijk regularnie cofa się wobec nacierającego rywala, ale nie robi tego tak skutecznie, jak w przeszłości. Jego zachowanie często zakrawa o asekuranctwo. Przykładem starcie z Chelsea (1:2), kiedy opieszałość weterana ukarał Moises Caicedo.
Z Bournemouth (2:3) zaś doszło do kumulacji sumy wszystkich strachów. Van Dijk zbagatelizował zagrożenie przy pierwszej bramce dla "Wisienek", złamał linię spalonego przy drugiej, dał się przepchnąć Aminowi Adliemu przy trzeciej. Wszystko poszło źle.
- Nie ma osoby, która byłaby liderem. Nikt nie rządzi - bramkarz nie rządzi, Van Dijk nie rządzi, nikt sobie nie ufa, wszyscy zastanawiają się, co tu robią. To po prostu chaos. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek widział Van Dijka grającego gorzej w koszulce Liverpoolu - wściekał się Steve Nicol (Liverpool 1981-1994) w studiu ESPN.
Pół biedy, gdyby problemy z Holendrem dotyczyły jedynie jego formy. Być może mankamenty udałoby się ukryć przy korekcie taktyki, zmianie na ławce trenerskiej, kilku spotkaniach odpoczynku. Szkopuł w tym, że, jako się rzekło, Van Dijk stał się postacią irytującą. Z pewnością dla kibiców, ale istnieje podejrzenie, że dla kolegów z szatni również, choćby ze względu na ustawiczne machanie rękami i wyrażanie pretensji do całego świata.
- Pierwsza bramka była trudna do oceny, ze względu na okoliczności. Wiatr był zdradliwy - usprawiedliwiał się 34-latek po meczu z Bournemouth, co brzmi bardziej jak cytat z Kabaretu Moralnego Niepokoju niż wypowiedź profesjonalnego zawodnika, walczącego niegdyś o Złotą Piłkę.
Van Dijk jest wypruty z energii. Cały Liverpool jest wypruty z energii, co podkreślił sam Slot. Problemy nie kończą się na obronie, obecnie dopiero 11. pod względem liczby straconych bramek. Atak również nie dojeżdża.

Nieudany powrót

Przed rozpoczęciem Pucharu Narodów Afryki Slot wdał się w konflikt z Salahem. Wojenka odbiła się szerokim echem w całym piłkarskim świecie (podsumowywaliśmy ją TUTAJ), ale nie przyniosła właściwego rozstrzygnięcia. Odejście Egipcjanina zamrożono, a także wrócił on do wyjściowego składu Liverpoolu na mecz Premier League. Starcie z Bournemouth było pierwszą taką okazją od listopadowej potyczki z Nottingham Forest (0:3). Okazją, której 33-latek nie zdołał wykorzystać.
Na jego koncie widnieje wprawdzie asysta do Szoboszlaia, ale cóż to za asysta. Przerolowanie piłki, które poprzedziło genialne uderzenie Węgra. Oklaski należą się wyłącznie pomocnikowi, pozostającemu motorem napędowym zespołu z Anfield. Dla Salaha była to po prostu liczba, powiększenie dorobku i umocnienie pomnika. Jednocześnie trzeba się powoli godzić z tym, że już wkrótce pozostanie jedynie statua.
Salah, podobnie jak Van Dijk, nie potrafi nawiązać do występów z poprzedniego sezonu. Jest chroniczne zmęczony, rozkojarzony, a przecież wybiegał znacznie mniej minut niż kolega z obrony. Odpoczynek nie przełożył się pozytywnie na prezencję 33-latka, a wręcz przeciwnie. W spotkaniu z Bournemouth legendarny zawodnik znów był irytujący - zmarnował dogodną okazję, nie wygrał żadnej próby dryblingu, przegrał wszystkie pojedynki, a 82% celności podań to wynik po prostu w porządku.
Salah walnie przyczynił się do tego, że Liverpool nie istniał w ataku pozycyjnym. Bo chociaż "The Reds" zdobyli dwie bramki, to żadna nie padła z otwartej gry. Ba, nie było ku temu sposobności, co wypunktował przywołany wcześniej Nicol.
- Jedyną pozytywną rzeczą po tym spotkaniu była gra w środku pola. Druga linia dawała dużo piłek do przodu, to oni nie wywiązali się ze swojego zadania. Salah był okropny, Gakpo nic nie zrobił, a Wirtz musiał częściej podawać do zawodników Bournemouth niż Liverpoolu - stwierdził Szkot.
Nic więc dziwnego, że powrót Salaha stał się przyczynkiem do dyskusji nie o tym, że Slot popełnił błąd, ale że nadciągające miesiące mogą być ostatnimi, które Egipcjanin spędzi na Anfield. Jego umowa pozostaje ważna do połowy 2027 roku, letnie okienko stanowi zatem ostatnią okazję do tego, aby 33-latka sprzedać. Na starcie sezonu takie rozwiązanie wydawało się irracjonalne, ale upływ czasu niesamowicie sponiewierał skrzydłowego.
Wcześniej przeciwko rozstaniu oponowały doskonałe liczby Salaha. Teraz ich już nie ma. Cztery gole i cztery asysty w 15 ligowych spotkaniach to wynik cokolwiek niezły, ale weteran nie trafił do siatki od początku listopada. W Lidze Mistrzów zaś konsekwentnie przechodzi obok meczów. Być może to kwestia nieudanej współpracy ze Slotem, być może faktyczny regres niesamowitego niegdyś piłkarza, a być może, co chyba najbardziej prawdopodobne, kumulacja czynników.
W najbliższym czasie "The Reds" rozegrają mecze z Karabachem, Newcastle, Manchesterem City i Sunderlandem. To naprawdę trudny terminarz, który może ostatecznie przyklepać coś, co nad Anfield nadciąga nieubłaganie - prawdziwą rewolucję.

Przeczytaj również