Niebywałe, co wyprawia klub Ekstraklasy. Ile razy można?

Niebywałe, co wyprawia klub Ekstraklasy. Ile razy można?
Mikołaj Barbanell / shutterstock
Dominik - Budziński
Dominik BudzińskiDzisiaj · 17:30
Nie wiem, czy jest na świecie jakiś klub, który tak bardzo nie radzi sobie, gdy gra w przewadze jednego piłkarza. Lechia Gdańsk do “perfekcji” opanowała w tym sezonie sztukę wyrzucania prezentów do kosza. Czerwone kartki rywali jej nie pomagają. Wręcz przeciwnie.
W poniedziałkowy wieczór Lechia Gdańsk zmierzyła się na wyjeździe z Radomiakiem. Ciężar gatunkowy spotkania był naprawdę duży, wszak obie drużyny, jeszcze przed startem spotkania, nie mogły czuć się bezpiecznie w kwestii utrzymania na poziomie Ekstraklasy. Teraz wiemy już, że ekipa z Mazowsza nie spadnie. Czarne chmury zawisły natomiast nad stolicą Pomorza.
Dalsza część tekstu pod wideo
Radomiak wygrał z Lechią 3:1. Wygrał, i to całkiem pewnie, choć od 36. minuty grał bez jednego piłkarza, bo czerwoną kartkę otrzymał Jeremy Blasco. W tamtym momencie gospodarze prowadzili 1:0. Mieli więc mały handicap, ale w perspektywie mniej więcej godzinę gry w osłabieniu. W teorii scenariusz powinien więc wyglądać dość jasno - prowadzący Radomiak cofa się i próbuje utrzymać wynik, a Lechia - dysponująca przecież najbardziej skuteczną ofensywą w lidze - tłamsi przeciwnika.
Co jednak zrobili goście z Gdańska? Najpierw stracili gola na 0:2, a potem na 0:3. Jednocześnie bili głową w mur. Owszem, stworzyli sobie kilka okazji, natomiast w grze byli wyjątkowo nieporadni. Kompletnie nie wiedzieli, jak dobrać się do grającego w dziesiątkę rywala. Jedynego gola, ostatecznie tylko honorowego, strzelili z rzutu karnego.
Można pomyśleć - zdarza się. Nie zawsze przecież przewaga liczebna oznacza z automatu dobry wynik. Czasami osłabiony zespół potrafi skutecznie się postawić. Słowo klucz brzmi jednak “czasami”. W rzeczywistości, w większej skali, to wyjątki od reguły. Zazwyczaj jednak czerwona kartka diametralnie wpływa na obraz spotkania, a w rezultacie także wynik. Szczególnie taka pokazana w pierwszej połowie. Trudno jest postawić się komuś, kto na placu gry ma większą liczbę piłkarzy. Zwłaszcza, jeśli nie jest to starcie hegemona z kopciuszkiem, a dwóch jakościowo podobnych drużyn.
Tymczasem Lechia w tym sezonie notorycznie nie wykorzystuje liczebnej przewagi. To nie tylko przypadek z meczu przeciwko Radomiakowi, ale też:

13. kolejka: Raków - Lechia 2:1

  • Czerwona kartka dla rywala: 37. minuta
  • Wynik w momencie czerwonej kartki: 1:1
W tym spotkaniu Lechia była nawet w lepszej sytuacji. Gdy bowiem w 37. minucie czerwoną kartkę otrzymał Karol Struski z Rakowa, na tablicy wyników widniał wynik 1:1. Biało-Zieloni nie musieli więc nawet gonić. Mieli przed sobą ponad 50 minut gry w liczebnej przewadze. Co natomiast zrobili? W 78. minucie stracili kolejnego gola i ostatecznie przegrali 1:2. W drugiej połowie tamtego meczu wykreowali sobie mizerne xG (współczynnik goli oczekiwanych) na poziomie 0,26. Nie byli więc nawet blisko tego, by skarcić osłabionego przeciwnika.

20. kolejka: Lechia - Cracovia 1:1

  • Czerwona kartka dla rywala: 45. minuta
  • Wynik w momencie czerwonej kartki: 1:0
W tym przypadku piłkarze z Gdańska poszli o krok dalej. Gdy tuż przed przerwą z murawy wylatywał Karol Knap, Lechia prowadziła 1:0. Miała więc nie tylko przewagę jednego piłkarza na całą drugą część spotkania, ale i już wypracowaną, przy grze 11 na 11, przewagę jednego gola. Nawet taki scenariusz nie wystarczył natomiast podopiecznym Johna Carvera do zwycięstwa. Po przerwie jedynego gola strzeliły “Pasy”, które w 63. minucie, za sprawą Ajdina Hasicia, doprowadziły do remisu po skutecznie egzekwowanym rzucie karnym. Lechia wypuściła z rąk prowadzenie, a potem przez kolejne pół godziny nie potrafiła już na nie wrócić. W domowym meczu, którego była faworytem.

27. kolejka: Lechia - Korona 4:2

  • Czerwona kartka dla rywala: 27. minuta
  • Wynik w momencie czerwonej kartki: 1:0
W teorii wyjątek od reguły, ale… nie do końca. Jasne, Lechia wygrała, nie zmarnowała liczebnej przewagi, nawet ją powiększyła. Trzeba jednak pamiętać, że gola na 2:0 strzeliła z rzutu karnego tuż po wyrzuceniu z murawy piłkarza Korony, czyli Konstandinosa Sotiriou, który ową jedenastkę sprokurował. Potem, w czystej grze 11 na 10, było już 2:2. W pewnym momencie “Złocisto-Krwiści” byli naprawdę blisko tego, by doprowadzić do remisu. Jeżeli dokonaliby takiej sztuki, zamieniając 0:3 na 3:3, mówilibyśmy o rzeczy absolutnie niebywałej. W doliczonym czasie gry to jednak Lechia zadała ostatni cios i ostatecznie wygrała 4:2. Urwała się więc ze stryczka, ale znów pokazała, że kiepsko radzi sobie, gdy ma na placu gry większą liczbę piłkarzy niż rywal.

29. kolejka: Lechia - Piast 1:1

  • Czerwona kartka dla rywala: 24. minuta
  • Wynik w momencie czerwonej kartki: 0:0
Lechia podchodziła do tego meczu jako wyraźny faworyt. Piast przyjeżdżał do Gdańska po porażkach z ostatnim w tabeli Bruk-Betem i walczącą o utrzymanie Pogonią. I już od 24. minuty musiał grać w osłabieniu, bo czerwoną kartkę za brutalny faul otrzymał Ema Twumasi. Znów wydawało się, że wszystko układa się pod pewne zwycięstwo gospodarzy z Gdańska. Potem co prawda bili trochę głową w mur, ale skruszyli go w 63. minucie za sprawą kapitalnego strzału Iwana Żelizki. I tu powtórzył się niejako scenariusz ze spotkania przeciwko Cracovii. Lechia prowadziła 1:0, grała w przewadze jednego piłkarza, po czym sprokurowała rzut karny i po straconym z niego golu dopisała do swojego dorobku zaledwie jeden punkt.

Spadek na własne życzenie?

We wszystkich wspomnianych przypadkach, a było ich pięć, rywale Lechii czerwone kartki otrzymywali jeszcze w pierwszej połowie. Czasami “Biało-Zieloni” mimo gry w przewadze nie potrafili utrzymać prowadzenia, w innych przypadkach przerastało ich zamienienie remisu w zwycięstwo czy odrobienie minimalnej straty. Za każdym razem rywal grający w 10 strzelał im przynajmniej jednego gola, czasami nawet dwa.
Trzeba nazwać to po prostu kompromitacją Lechii. A nabierze ona na sile, jeśli ostatecznie punktów straconych w taki sposób zabraknie do utrzymania. Bo choć Tomas Bobcek i spółka jeszcze niedawno uchodzili za rewelację ligi, która mimo pięciu minusowych punktów może włączyć się do gry o europejskie puchary, to dziś znaleźli się w trudnej sytuacji. Mają tylko dwa punkty przewagi nad strefą spadkową, a za kilka dni zagrają na wyjeździe z otwierającym ją Widzewem. Jeśli przegrają, a to naprawdę realne, na dwie kolejki przed końcem sezonu wylądują pod kreską. Potem zagrają jeszcze z Legią (u siebie) i Bruk-Betem (na wyjeździe).

Dyskusja

Przeczytaj również