Niebywałe, co zrobiło PSG. Cały świat oszukany

Nie ma na nich mocnych. Kiedy wydaje się, że PSG osiągnęło już szczyt, nadchodzi kolejny sezon i jeszcze lepsza wersja maszyny Luisa Enrique. Wielka szkoda, że paradoksalnie tak rzadko można oglądać tę wersję najlepszej drużyny świata. Ona pokazuje swoje prawdziwe oblicze tylko w najważniejszych meczach.
Jak pięknie potrafi wyglądać futbol w wykonaniu topowych piłkarzy. Obserwując PSG, to wszystko wydaje się takie oczywiste, nieskomplikowane, momentami wręcz banalne. Jeden przyjmuje piłkę, drugi wychodzi na pozycję, trzeci rusza w ciemno do ataku, żeby być kolejną opcją do rozegrania. Pach, pach, kilka podań i gol. Bez zbędnych komplikacji, niepotrzebnych udziwnień, ozdobników. Luis Enrique doskonale wciela w życie maksymę Johana Cruyffa, który mówił, że gra w piłkę jest prosta, ale granie prostej piłki to najtrudniejsza rzecz na świecie. Wygrane starcie z Manchesterem City było najlepszym dowodem na skuteczność tej metody.
There’s a new sheriff in town
“The Citizens” mogli podejść do środowego hitu bez kompleksów. Przed pierwszym gwizdkiem Ruben Dias i Enzo Maresca podkreślali, że PSG jest najlepszą drużyną w Europie, ale ekipę z Etihad stać na zwycięstwo i pokazanie swojego futbolu. Nie był to żaden wyraz arogancji, ale trzeźwa ocena sytuacji. W końcu Manchester wygrał osiem poprzednich meczów na wszystkich frontach, jeszcze nie stracił punktu w tym sezonie Premier League. W miniony weekend “Obywatele” podbili Anfield, pokazując, że afera w związku z naruszeniem przepisów finansowych nie musi wpływać na boiskową postawę. Włoski trener podkreślał, że widzi zjednoczoną grupę, która nie przejmuje się zewnętrznym szumem. Trochę na zasadzie my przeciwko całemu światu. Wystarczyło jednak tylko jedenastu Paryżan, aby zburzyć wszelkie założenia.
PSG przyjechało na Etihad i w pierwszej połowie pokazało liderom Premier League miejsce w szeregu. To była różnica klas, piłkarska deklasacja. Gospodarze wystawili mocny skład, nie zagrali wcale katastrofalnie, teoretycznie powinniśmy mieć do czynienia z wyrównanym bojem. Tymczasem Paryżanie przeważali zarówno jako kolektyw, jak i indywidualnie. Chusanow w żaden sposób nie potrafił zatrzymać Doue, Mendes regularnie urywał się Semenyo, Vitinha i Ruiz górowali nad Fernandezem i Andersonem. Oczywiście, że w drugiej połowie piłkarze City grali już lepiej, ożywili się po zmianach, ale koniec końców to nie wystarczyło do nawiązania równej walki.
Komentujący na antenie Canal+ Sport Andrzej Twarowski powiedział, że momentami wygląda to tak, jakby PSG grało w dwunastu albo trzynastu. Faktycznie bowiem w praktycznie każdym sektorze uwidaczniała się przewaga gości. Co ważne, oni napędzali się wraz z rozwojem wydarzeń, przypominali kulę śnieżną, przed którą nie ma ucieczki. Wbili pierwszego gola, poszli po drugiego. Hakimi nie wykorzystał okazji, trafiając w słupek, więc w kolejnej akcji Vitinha trafił na 3:0. Już w 20. minucie kibice z Paryża krzyczeli “Ole, ole, ole” przy każdym celnym podaniu swoich ulubieńców. Dla fanów, a przede wszystkim piłkarzy Manchesteru, to musiało być upokarzające.
Bello di Notte
Paryżanie znów chcą oszukać cały świat. Delikatnie powtarza się schemat z poprzednich sezonów, kiedy grali w kratkę w rundzie jesiennej, regularnie gubili punkty, musieli grać w dodatkowej rundzie w Lidze Mistrzów. A potem nadchodziła decydująca faza rozgrywek i dotychczas cieniujący zespół przemieniał się w potwora pożerającego wszystko, co stanie mu na drodze. Teraz próbka jest mniejsza, ale ostatnie tygodnie wyglądały dość podobnie. Ekipa Enrique rozpoczęła przecież bieżącą kampanię od porażki w Superpucharze Francji i zdobycia dwóch punktów w trzech kolejkach Ligue 1. Po cichu można było pomyśleć, że coś się skończyło, wypaliło, zwycięska dynastia chyli się ku końcowi. Nic bardziej mylnego. W najważniejszych spotkaniach znów będziemy oglądać drużynę, która po prostu góruje nad wszystkimi innymi. Paradoksalnie prędzej straci punkty z Niceą czy Lens niż właśnie na wyjeździe z City.
- W Ligue 1 było kilka meczów, których nie wygraliśmy, ale jestem zadowolony ze startu sezonu. Czekają nas wyzwania, w których będziemy musieli pokazać pełnię umiejętności. Jest dopiero październik, więc do końca rozgrywek daleka droga. W poprzednich latach dobrze szła nam gra w play-offach Ligi Mistrzów, ale oczywiście chcemy wygrać z City i wejść do TOP 8 - powiedział Dembele na przedmeczowej konferencji.
Podejście napastnika najlepiej obrazuje styl PSG. W weekend “Dembouz” nawet nie znalazł się w kadrze na mecz z Le Mans. Nie próbowano nikogo oszukiwać bajkami o jakimś drobnym urazie. Klub wprost zakomunikował, że triumfator Złotej Piłki musi odpocząć, zregenerować siły, złapać oddech po zgrupowaniu. Faktycznie naładował baterie, po czym na Etihad zagrał doskonale, w szóstym kolejnym występie w Lidze Mistrzów trafił do siatki. Cały zespół funkcjonuje w identyczny sposób. Przeciwko rywalom z niższej półki gra w trybie ekonomicznym, zostawiając fajerwerki na takie wieczory, jak ten w Manchesterze.
Znośny ciężar wielkiego talentu
Luis Enrique został niedawno zapytany o potencjalne wyrównanie wyczynu Realu, który w latach 2016-18 trzykrotnie sięgał po Ligę Mistrzów. Hiszpan odpowiedział, że nie widzi żadnego powodu, aby jego zespół miał się zatrzymywać. Skoro w dwóch poprzednich sezonach był najlepszy w Europie, to dlaczego miałby tego nie powtórzyć? Kadra jest mocna i szeroka, piłkarze zgrani, styl opanowany do perfekcji. Na drodze Paryżan potencjalnie mógłby stanąć tylko wyczerpujący się głód sukcesów. Jednak właśnie “Lucho” dba o to, aby utrzymać poziom ambicji na maksymalnym pułapie.
Mistrzowie Francji są tak doskonali, że porażka z nimi, nawet dotkliwa, to żaden powód do wstydu. Raczej nie można powiedzieć, że Manchester City został w jakikolwiek sposób zweryfikowany, trudno mieć też większe pretensje do Mareski. Patrząc na cały dotychczasowy sezon, Włoch wykonuje bardzo dobrą pracę. Komplet punktów w Premier League świadczy o klasie “Obywateli”. Po prostu PSG jest z innej półki, a może już nawet z innej planety.