Nie do wiary, czego doświadczył Lech Poznań. "Można było złapać się za głowę"

Nie do wiary, czego doświadczył Lech Poznań. "Można było złapać się za głowę"
Pawel Jaskolka / pressfocus
Jan - Piekutowski
Jan PiekutowskiDzisiaj · 06:50
Fatalny początek spotkania znów rzucił cień na występ Lecha. Ostatecznie jednak z Sunderlandem udało się wyrwać cenny (i zasłużony) remis, a nade wszystko wyciągnąć kolejną lekcję, która najpewniej zaprocentuje w Ekstraklasie. Miał rację Niels Frederiksen, gdy podkreślał różnicę między krajowym podwórkiem i Ligą Europy.
Drugorzędne rozgrywki UEFA, a tak naprawdę inny świat. Benfica, Bayer, Bournemouth, Juventus, Sunderland, Crystal Palace, Real Sociedad, Besiktas czy Lyon są zespołami na innym poziomie niż kluby polskie. Możemy się starać tę rzeczywistość nieco zakłamywać, czasami urwać punkt, rzadziej trzy, ale w ogólnym rozrachunku przewaga długo jeszcze pozostanie widoczna gołym okiem. Dlatego tak ważne jest, aby z każdej potyczki wyciągać lekcję na przyszłość.
Dalsza część tekstu pod wideo
Lech stara się to robić. "Kolejorz" cały czas się uczy, a efekty widać przede wszystkim w Ekstraklasie, przekonała się o tym Korona Kielce, ale też cała stawka. Nie ma przypadku, że Poznaniacy wytrzymują tempo narzucone przez Górnika Zabrze, który mimo znacznie bardziej komfortowych warunków nie zdołał wypracować sobie żadnej przewagi. W tym momencie podopieczni Michala Gasparika są lepsi o punkt, lecz rozegrali mecz więcej.
- Tempo gry było o wiele wyższe niż to, do którego jesteśmy przyzwyczajeni w Ekstraklasie. Bayer to topowa europejska drużyna i mieliśmy problemy, by odnaleźć swoją jakość. (...) Nie podobają nam się te wyniki i ktoś może powiedzieć, że nie nadajemy się do gry tutaj, ale ja tak nie uważam, bo musimy też spojrzeć na naszych rywali. To jedne z najlepszych drużyny w tych rozgrywkach i przeciwko nim możemy mieć problemy - przestrzegał Frederiksen po starciu z Bayerem. Wiele osób ganiło Duńczyka za te słowa, ale potrzeba naprawdę dużo złej woli, aby odmówić im prawdziwości.
Jeśli spojrzymy na wynik i klasę rywala, Lech z Sunderlandem rozegrał najlepsze spotkanie w tym sezonie. Nie tylko pod względem rankingu Elo, w którym oba zespoły dzieli blisko 100 miejsc, oczywiście na korzyść Anglików. Przede wszystkim w związku z jakością i intensywnością, jaką "Czarne Koty" zaprezentowały. Obserwując pierwszych kilkanaście minut czwartkowego starcia przy Bułgarskiej można było złapać się za głowę, podobnego tempa zwyczajnie nie widać w Ekstraklasie. Sunderland zabiegał Poznaniaków w środku pola, wszystkie statystyki przemawiają na jego korzyść.
Podopieczni Regisa Le Brisa mieli więcej odbiorów, przechwytów, odzyskanych piłek. W strefie ataku zanotowali dziewięć odzyskanych futbolówek w porównaniu z dwiema po stronie gospodarzy. Jeszcze większa przepaść okazała się widoczna w drugiej linii - tam było 28:7 dla Sunderlandu. Ogólna skuteczność odbiorów Anglików wyniosła nieprawdopodobne 90,9%, natomiast Lecha 22,2%. "Czarne Koty" starają się to pokazywać tydzień w tydzień, trzymają się środka stawki w Premier League, jeśli chodzi o podane statystyki. Imponujące.
To nie jest tak, że podobne wyniki wypracuje większość uczestników Ligi Europy. Tylko wąskie grono drużyn stać na podobny wysiłek. Zła informacja dla Lecha polegała na tym, że na gros z nich trafił na początku rywalizacji w pucharze, przez co start wygląda raczej nieciekawie. Wytchnienie - przynajmniej potencjalne - stanowią dopiero trzy ostatnie potyczki. Drużyna Frederiksena musi w nich zagrać o pełną pulę i udowodnić, że faktycznie się czegoś nauczyła.
Z Koroną i Sunderlandem pokazała, że potrafi być studentem pojętnym. Oczywiście, wciąż przydarzają się katastrofalne błędy, rozegranie w wykonaniu Mateusza Lisa przyprawia o ból głowy (inaczej z jego ratującymi skórę paradami), a lepiej dysponowani rywale wchodzą w linię obrony jak w masło, jednak to już nie był ten sam zrezygnowany Lech, którego znaliśmy ze starć z Bayerem i Crystal Palace. "Kolejorz" w końcu pokazał własnego pazura, był w stanie zagrozić zespołowi ze wszech miar lepszemu. To lato było oszczędne w wykonaniu "Czarnych Kotów", a i tak wyłożyły 71 mln euro na transfery, rok wcześniej wzmocnienia pochłonęły ponad 213 mln. Drużyna, która zaczęła spotkanie w Poznaniu, kosztowała ponad 170 mln. Jedenastka Lecha... niespełna dziewięć mln. Niby pieniądze nie grają, ale tak, jednak tak, gdy mówimy o podobnych dysproporcjach. Wyjątki się pojawią, lecz pozostaną jedynie wyjątkami.
Sunderland może być zespołem przeciętnym w Premier League, w tym momencie będącym nawet w niemałych opałach. Szkopuł w tym, że gdy ten Sunderland wchodzi do Europy, większość rywali ma problemy. To samo tyczy się Crystal Palace. Skala tego, jak gigantyczna jest angielska piłka w zestawieniu z pozostałą częścią Starego Kontynentu, trudno pojąć, przynajmniej do momentu, gdy teoretyczni średniacy Premier League mierzą się z pretendentami lig aspirujących. Wszystko toczy się w tempie, do którego w Ekstraklasie dopiero zaczynamy aspirować.
Tym bardziej doceniam ten remis z Sunderlandem. Lechowi udało się podnieść po fatalnym starcie nie tylko zespołowo, ale też indywidualnie. Lis i Michał Gurgul, wydatnie uwikłani w stratę pierwszej bramki, ostatecznie zanotowali udany występ. Patrik Walemark znów pokazał się ze świetnej strony, dość powiedzieć, że Szwed wykreował już dziewięć okazji do strzelenia gola, co jest czołowym wynikiem w skali całej Ligi Europy. Lech ma swoje argumenty, aby coś jeszcze na europejskiej scenie zdziałać, a jeszcze więcej, aby ugruntować pozycję najlepszego klubu w Ekstraklasie. Jagiellonia już wypisała się z wyścigu o mistrzostwo, a nikt inny nie musi stawiać czoła wyzwaniom o podobnej skali.

Dyskusja

Przeczytaj również