Sensacja stała się faktem. Mają drugie trofeum w XXI wieku! Nikt by nie uwierzył
Jeszcze kilka miesięcy temu przeżywali kryzys i mało kto wierzył wówczas w to, że sezon zakończy się dla nich jakimkolwiek happy-endem. Baskowie z Realu Sociedad podjęli jednak ryzyko, zatrudnili trenera spoza ligowej karuzeli i dziś z Pucharem Króla w gablocie mogą mierzyć wysoko.
La Cartuja w Sewilli to stadion, którym nam kojarzy się przede wszystkim z meczem Polski z Hiszpanią podczas EURO 2020, kiedy drużyna Paulo Sousy dzielnie stawiła czoła silnym gospodarzom i zremisowała 1:1. Dla wielu kibiców Realu Sociedad ten obiekt od 2020 roku miał jednak słodko-gorzki smak. Bo choć to właśnie wtedy “Txuri-Urdin” sięgnęli na nim po Puchar Króla, czyli ich pierwsze trofeum od sezonu 1986/1987, to ze względu na szalejącą pandemię żaden z fanów nie mógł tego triumfu oglądać z trybun. Los czasem potrafi oddać to, co wcześniej zabrał. I tak też było w tym przypadku, bo Baskowie do stolicy Andaluzji powrócili 18 kwietnia. Po 120 minutach gry remisowali z Atletico Madryt 2:2, ale okazali się lepsi w serii rzutów karnych i po raz drugi w ciągu sześciu lat triumfowali w Copa del Rey. Teraz chcą sięgać po takie laury znacznie częściej.
Emocjonalna rekompensata
Jeśli jeszcze cztery miesiące temu ktoś powiedziałby kibicom Realu Sociedad, że teraz będą mogli wręcz tygodniami świętować zdobycie Pucharu Króla, pewnie popukaliby się w czoło. RSSS w ten sezon wszedł mizernie. Sergio Francisco, następca Imanola Alguacila, miał być kolejnym trenerskim wychowankiem klubu, ale nie sprostał powierzonej mu misji. Zespół pod jego wodzą prezentował się słabo, czego efektem było dopiero 15. miejsce po 16 kolejkach. Kiedy na Anoetę zaczęło coraz mocniej zaglądać widmo gry o uniknięcie spadku, prezydent Jokin Aperribay podjął decyzję nieco ryzykowną. I choć jak sam przyznał, odradzała mu to sztuczna inteligencja - zdecydował się powierzyć pieczę nad pierwszym zespołem Pellegrino Matarazzo.
- Zmiana po objęciu zespołu przez Matarazzo była fundamentalna. Sociedad przekształciło się z drużyny kruchej mentalnie i pozbawionej jasnego kierunku w potentata o wyraźnej tożsamości. Nowy trener nie tylko wprowadził zmiany taktyczne - jak większą równowagę między formacjami, skuteczniejszy pressing czy lepszy sposób na wyprowadzanie piłki - ale przede wszystkim osiągnął coś trudniejszego, czyli odbudował zaufanie w szatni. Tam, gdzie wcześniej panowała obawa przed porażką, teraz jest przekonanie o możliwej rywalizacji. Drużyna odzyskała intensywność i porządek, a przede wszystkim wiarę w to, co robi - mówi nam Roberto Ramajo, dyrektor wydziału sportu Urzędu Prowincji Gipuzkoa, a w przeszłości dziennikarz Cadena SER i Diario AS.
48-latek to prawdziwy Mr. International. Amerykanin o włoskich korzeniach, który swojego fachu uczył się w Niemczech, świetnie odnalazł się w niezwykle wymagającym baskijskim środowisku. Zrozumiał, że aby zaskarbić sobie jego przychylność, ma nie tylko wygrywać, ale też prezentować odpowiednie wartości. W ciągu zaledwie czterech miesięcy ekipa z San Sebastian podskoczyła w La Lidze na dziewiąte miejsce i nadal może myśleć nawet o czołowej szóstce. Przede wszystkim napisała jednak piękną historię w Pucharze Króla. W 1/8 finału odprawiła po rzutach karnych Osasunę (po dogrywce było 2:2), później stoczyła bój z Alaves (3:2) i dwukrotnie pokonała Athletic (2:0 w dwumeczu). Emocji nie brakowało także w finale przeciwko “Rojiblancos”. Po 120 minutach na tablicy widniał wynik 2:2, ale podopieczni Matarazzo znów lepiej egzekwowali jedenastki. I tym razem mogli cieszyć się już razem z kibicami.
- Ten triumf wykracza swoim znaczeniem daleko poza sport. To nie tylko kolejne trofeum dla klubu, ale swego rodzaju emocjonalna rekompensata. Sześć lat temu kibice zostali pozbawieni czegoś niezwykle istotnego w kulturze piłkarskiej: wspólnego świętowania. Nie było żadnych zorganizowanych uroczystości, zatłoczonych ulic czy zbiorowej radości, a właśnie to sprawia, że zwycięstwo staje się niezapomnianym przeżyciem. Wtedy było znacznie bardziej intymnie, niemal powściągliwie. Teraz wszyscy poczuli się wręcz wyzwoleni, a cała społeczność “Txuri-Urdin” mogła wreszcie świętować tak jak należy, aby w ten sposób zatamować ranę, która powstała w 2020 roku i wzmocnić poczucie przynależności. Można powiedzieć, że fani celebrowali tu jednocześnie dwa puchary - mówi Ramajo.
Region obfity w talenty
Sześć lat temu gola na wagę pucharu strzelił Mikel Oyarzabal. Kapitan i żywa legenda klubu, który jego barwy reprezentuje już od ponad dekady, a wcześniej piłkarską naukę pobierał w Zubiecie, czyli słynnej akademii RSSS. 29-latek do siatki trafił również w tegorocznym finale, podobnie jak inny wychowanek - Ander Barrenetxea, który w marcu zadebiutował w kadrze Hiszpanii. W Sociedad możemy odnaleźć zresztą więcej piłkarzy wyszkolonych lokalnie. Jon Gorrotxategi, Igor Zubeldia, Benat Turrientes czy bohater pucharowej rywalizacji, nominalnie rezerwowy bramkarz Unai Marrero. Wymieniać można by długo. W liczącej zaledwie 700 tysięcy mieszkańców prowincji Gipuzkoa dorastali też Mikel Arteta, Andoni Iraola, Unai Emery czy Xabi Alonso oraz liczni utytułowani sportowcy w kolarstwie, koszykówce czy lekkoatletyce. Pod względem talentów sportowych to niezwykle urodzajny region.
- Tutaj sport to nie tylko rozrywka, ale też tożsamość. Istnieje tu bardzo szczególne połączenie pokory, ciągłej pracy i wysokich wymagań. Od najmłodszych lat dzieci dorastają, rywalizując w piłce nożnej, kolarstwie, wioślarstwie czy koszykówce. Istnieje bardzo silna tradycja klubów osiedlowych i sportu szkolnego, która zapobiega wczesnej specjalizacji i koncentruje się na wychowaniu sportowym jako stylu życia. Real Sociedad jest głównym motorem napędowym tego procesu. Prowadzi jedną z najbardziej uznanych akademii w Europie. Stawia na lokalne talenty. Oferuje swoim piłkarzom realistyczną ścieżkę do gry w elicie. I poprzez choćby współpracę z klubami partnerskimi podnosi poziom całego ekosystemu - tłumaczy nasz rozmówca.
Przy tym na Anoecie polityka kadrowa nie jest tak rygorystyczna jak na San Mames. Real w przeciwieństwie do Athletiku może sprowadzać piłkarzy, którzy nie mają nic wspólnego z Krajem Basków. Na tej zasadzie do klubu trafili przecież Takefusa Kubo, Brais Mendez, Goncalo Guedes, Carlos Soler czy Sergio Gomez, którzy odgrywają niezwykle istotną rolę w zespole Matarazzo. Obecne Sociedad łączy w sobie doświadczenie z młodością, na której klub już wkrótce może zarobić sporo zarobić. Historię sprzedażową ma co najmniej dobrą - w ciągu ostatnich czterech lat klub wydał w świat takich zawodników jak Alexander Isak (77,5 mln euro do Newcastle), Martin Zubimendi (70 mln, Arsenal), Robin Le Normand (34,5 mln, Atletico) oraz Mikel Merino (32 mln, Arsenal). Następni już ustawiają się w kolejce.
- Obecny Real Sociedad łączy w sobie doświadczenie i ugruntowany na rynku talent wraz z nowym pokoleniem, które stanowi sporą wartość dla klubu. Skład jest stosunkowo młody, a średnia wieku wynosi około 26 lat. Zespół opiera się na uznanych liderach takich jak Remiro czy Oyarzabal oraz wyjątkowy talentach, do których należy zaliczyć np. Kubo. To bardzo zrównoważona kadra, ale jego prawdziwą siłą jest przyszłość. Kilku młodych zawodników - Gorrotxategi, Barrenetxea czy Jon Martin już teraz jest wysoko wyceniani i z pewnością mają szansę, aby stać się niedługo bohaterami kolejnych wielkich transferów - dodaje.
Muszą być bezbłędni
W ostatnich latach to właśnie z Realu Sociedad, a nie Athleticu na świat wyszło więcej ciekawych piłkarzy. Ekipa z San Sebastian nie jest już w cieniu rywali z Bilbao. Triumf nad nimi sześć lat temu smakował wybornie szczególnie z uwagi na derbowy rodowód pomiędzy tymi ekipami. Wygrana nad Atletico, a więc rywalem o wyższym statusie niż “Los Leones” to już zupełnie inny kaliber. Na Anoecie po takim zwycięstwie mogli nabrać wiatru w żagle i uwierzyć, że teraz ich podopieczni być może już na stałe dołączą do ligowej czołówki - i to nie tylko takiej z miejsc pozwalających na grę w europejskich pucharach - ale może nawet tej ścisłej, rywalizującej o Ligę Mistrzów. A w niej RSSS w XXI wieku rywalizował tylko trzykrotnie.
- Sociedad może na dłużej zadomowić się w ligowej czołówce, ale nia ma takiego marginesu jak wielkie kluby. W ostatnich latach zbudował zrównoważony model, który nie opiera się na szczęśliwych zbiegach okoliczności, lecz jasnej strukturze, na którą składają się: akademia, przemyślane transfery i stabilność organizacyjna. A w dzisiejszym futbolu to już w połowie oznacza przynajmniej utrzymanie się w elicie. W przypadku ligi hiszpańskiej rywalizacja z topowymi klubami oznacza mierzenie się z organizacjami za znacznie większymi budżetami. I w tym tkwi przeszkoda dla Realu - nie może pozwolić sobie na błędy przy doborze trenerów czy transferach zawodników. Podczas gdy inni mogą wtedy korygować złe decyzje za pomocą pieniędzy, w Sociedad muszą zawsze trafiać w dziesiątkę - tłumaczy Ramajo.
Dobrze pokazuje to przykład choćby Atletico. Chociaż zespół Diego Simeone zanotował w ostatnim czasie kilka transferowych wtop, mógł sobie pozwolić po prostu na sprowadzenie innych zawodników. Real Sociedad takim spadochronem bezpieczeństwa nie dysponuje. Oczywiście w skali nawet europejskiej nie jest to klub biedny, według dostępnych informacji jego budżet w obecnym sezonie wynosi ponad 200 milionów euro, co plasuje go na szóstym miejscu w Hiszpanii. Nie zmienia to jednak faktu, że aby grać co roku o najwyższe cele - a takim bez wątpienia jest zarówno Puchar Króla czy kwalifikacja do Ligi Mistrzów - musi być bezbłędny, aby nie tracić dystansu do gigantów z Barcelony i Madrytu.
- Wielkim wyzwaniem będzie zrobienie kolejnego kroku bez zdradzenia swoich zasad. Klub musi umocnić się jako stały uczestnik europejskich rozgrywek, ale przy tym nie może utracić tego swojego wychowawczego charakteru. W gruncie rzeczy nie chodzi o to, aby Sociedad stało się ekipą “nowobogacką”, tylko aby doskonaliło to, co już robi dobrze. Jeśli zachowa swoją spójność, nadal będzie podejmować właściwe decyzje w kluczowych momentach oraz nie porzuci inwestycji w akademię, ma wystarczająco dużo argumentów, aby przez wiele lat utrzymywać się w czołówce. Choć musimy pamiętać, że obecnie w świecie futbolu ta stałość jest czasem zbyt ambitna nawet dla bardzo dobrze skonstruowanych projektów - kończy nasz rozmówca.