Nieprawdopodobne, gdzie mógł trafić Lewandowski. Krok od transferu
16 lat temu Robert Lewandowski był niezwykle blisko od przenosin do Premier League. Blackburn Rovers jako pierwszy zobaczył w nim pokoleniowy talent. Na drodze do transferu stanęły jednak zupełnie nieoczekiwane kłopoty…
Wiosną 2010 roku Robert Lewandowski był bez wątpienia najgorętszym nazwiskiem polskiej piłki. Miał zaledwie 21 lat, ale po drugim udanym sezonie w Lechu Poznań coraz trudniej było wyobrazić sobie, że na dłużej pozostanie w Ekstraklasie. Wcześniej błyszczał w Zniczu Pruszków, a po przenosinach do Poznania (Legia go nie chciała, bo “miała Arruabarrenę”) przez dwa lata zdążył udowodnić niezwykle dużą jakość także na najwyższym szczeblu. W sezonie 2009/2010 zdobył 18 ligowych bramek, został królem strzelców i pomógł “Kolejorzowi” wywalczyć mistrzostwo Polski.
Coraz głośniej robiło się o nim także za granicą, a debiut w reprezentacji Polski w 2008 roku i pierwszy gol dla kadry, zdobyty przeciwko San Marino w kwietniu 2009 roku, dodatkowo zwiększyły zainteresowanie napastnikiem. Było jasne, że prędzej czy później spróbuje sił na zachodzie. Pytanie brzmiało nie „czy”, lecz „dokąd?”.
Kierunek: Anglia?
Chętnych nie brakowało, a na liście zainteresowanych znalazło się Blackburn Rovers, występujące wówczas w Premier League. Po prawie 15 latach od nieudanego polowania na Marka Citkę, Anglicy postanowili spróbować z innym polskim napastnikiem, jak sądzili - nowej generacji.
Działacze z Ewood Park nie ograniczali się do obserwowania Polaka z trybun. Ich zainteresowanie wyraźnie przekraczało jedynie ciekawość. Menedżer Sam Allardyce i szef skautingu Martyn Glover przyjechali do Poznania, by rozmawiać ze swoimi odpowiednikami z Lecha. Napastnik dostał już zaproszenie, by obejrzeć stadion, zaplecze treningowe, poznać też ludzi, którzy pozwolą mu szybko zaaklimatyzować się na Wyspach.
W tle w dalszym ciągu toczyła się rywalizacja o piłkarza, którego prawdziwy potencjał dopiero miał objawić się całej Europie. Wśród chętnych na usługi przyszłego kapitana reprezentacji była również Borussia Dortmund. Obecność Jakuba Błaszczykowskiego w niemieckim klubie stanowiła dodatkowy atut, ale zachodni sąsiedzi nie ukrywali, że potrzebują jedynie rezerwowego.
Blackburn zaś było gotowe sprowadzić do siebie jeszcze nieociosany diament. W tamtym czasie zdobywanie bramek przychodziło Rovers z trudem. W sezonie 2009/10 ich napastnicy Jason Roberts, Franco Di Santo, Nikola Kalinic i David Hoilett zdobyli trafili do siatki łącznie osiem razy w najwyższej klasie rozgrywkowej. Wszystko wskazywało więc na to, że krótka saga zakończy się definitywnym sukcesem. Los spłatał jednak wszystkim niezłego figla.
Wulkan zamknął niebo
Do gry wkroczyła siła, której nie przewidział żaden skaut ani dyrektor sportowy: natura. W kwietniu 2010 roku wybuchł islandzki wulkan Eyjafjallajökull, a chmura pyłu wulkanicznego sparaliżowała ruch lotniczy nad znaczną częścią Europy. Lewandowski miał polecieć do Anglii, ale nie dotarł na miejsce. Lot odwołano.
- Cokolwiek miało się spieprzyć, to się spieprzyło - wspomina tamte dni Martyn Glover, który obecnie pełni funkcję szefa skautingu w Leicester City. Trener Allardyce wspominał później, że wraz z innymi pracownikami klubu czekał na zawodnika na lotnisku w Manchesterze. W rozmowie z BBC trener podsumował tę historię słowami: „Myślę o tym za każdym razem, kiedy widzę, jak gra”. Nieprawdą jest natomiast fakt, że jedyną przeszkodą był ten nieszczęsny wulkan.
Blackburn mimo gry w Premier League delikatnie mówiąc nie śmierdziało groszem. Prezes klubu John Williams i zarząd mieli wątpliwości, czy warto przeznaczyć kilka milionów euro na młodego napastnika z polskiej ligi. Allardyce wspominał, że klub nie chciał zobowiązać się do tak dużego wydatku, a ograniczenia budżetowe utrudniały sfinalizowanie transakcji. - Mój szef martwił się, że Polska nie słynie ze snajperów. Powiedziałem mu: “on z pewnością jest na szczycie listy marzeń innych klubów”. Nie pomyliłem się - żalił się Glover w rozmowie ze Sky Sports.
W rozmowie z The Times w 2017 roku Lewandowski wyjaśniał, że chciał przede wszystkim zobaczyć obiekty Blackburn, zanim zdecydowałby, czy to właściwe miejsce dla niego. Przyznał też, że gdyby dotarł do Anglii, wizyta mogłaby wpłynąć na jego wybór. Transfer nie był więc przesądzony. Przeciwnie. W wywiadzie dla magazynu FourFourTwo opublikowanym w zeszłym roku, stwierdził: “Deal z Blackburn nie był tak blisko, jak niektórzy sądzą”. Jak później podkreślał, zależało mu na klubie występującym w europejskich pucharach. I dopiął swego.
A co, gdyby?
Latem 2010 roku Lewandowski ostatecznie podpisał kontrakt z Borussią Dortmund. “Die Schwarzgelbe” zapłacili za niego około 4,5 miliona euro, a transfer okazał się jedną z najważniejszych inwestycji w historii klubu. Początki nie należały do najłatwiejszych. “Lewy” musiał przyzwyczaić się do nowej ligi, rywalizować o miejsce w składzie i udowodnić, że potrafi regularnie zdobywać bramki na znacznie wyższym poziomie. Pod wodzą Juergena Kloppa rozwinął jednak umiejętności, które uczyniły go jednym z najlepszych napastników świata. Reszta to już historia, którą dobrze znamy.
Ale co by było, gdyby zamiast do Dortmundu trafił do Blackburn Rovers? To jeden z najbardziej fascynujących scenariuszy alternatywnych. Angielski klub mógłby zapewnić mu regularną grę w Premier League, kontakt z fizycznym stylem angielskiej piłki i szansę na promocję, ostatecznie pewnie też transfer do bogatszych zespołów. Sam Allardyce sugerował nawet, że Blackburn mogłoby stać się dla Polaka trampoliną do nieśmiertelności.
Futbolowa kariera nie rozwija się jednak w próżni. W Dortmundzie Lewandowski trafił pod skrzydła trenera, który potrafił doskonalić napastników, do zespołu budowanego wokół młodych, ambitnych piłkarzy i do środowiska, w którym mógł uczyć się od naprawdę topowych zawodników.
Nie wiadomo, czy równie szybko stałby się gwiazdą, czy później trafiłby do Bayernu i Barcelony, a może szybko wróciłby do Polski. Kto wie, czy jego kariera nie potoczyłaby się jeszcze inaczej. Nie można też zakładać, że sam transfer do Anglii przekreśliłby jego szanse na osiągnięcie wielkości. Lewandowski dysponował talentem, ambicją i pracowitością niezależnie od miejsca, w którym grał.
Historia Lewandowskiego i Blackburn pozostaje więc nie tyle opowieścią o transferze, który na pewno odmieniłby losy klubu, ile przypomnieniem, że każdą dziedziną życia w pewnym stopniu rządzi przypadek. Czasami o historii decydują gole, czasami decyzje trenerów, innym razem kontuzje, a niekiedy chmura pyłu unosząca się tysiące kilometrów od stadionu, na którym ma się rozpocząć się nowy rozdział kariery.