Nieprawdopodobne, kto ratuje Legię. "Żadnego z nich by w klubie nie było"
Spotkanie Legii z Wisłą było napakowane kontekstami aż po brzegi. Znaczenie tego meczu wykraczało daleko poza sytuację w tabeli. Ba, ono się tam dopiero zaczynało.
Legia wygrała mecz w gruncie rzeczy nieprawdopodobny. Choćby ze względu na tych, którzy jej trzy punkty dali. Z jednej strony Rafał Adamski, z drugiej Kacper Chodyna. Gdyby o transferach mieli decydować kibice, żadnego z nich przy Łazienkowskiej by nie było.
Nie chodzi o to, aby chwalić poczynania pionu sportowego Legii, absolutnie. Wiele podjętych dam decyzji wciąż wygląda absurdalnie. Z Adamskim i Chodyną sprawa też nie wygląda różowo. Sprowadzenie pierwszego poprzedziły dość uwłaczające negocjacje, zwłaszcza w kwestii tego, jak Legia zamierzała się rozliczyć z Pogonią. W dodatku rzecz dotyczyła zawodnika, który raptem rok temu był za słaby na Wartę Poznań.
Z Chodyną natomiast, rzecz wiadoma. Skrzydłowy od dłuższego czasu nie dawał argumentów za tym, aby występować w podstawowym składzie. Wnioski o to, aby 26-latka sprzedać, były całkowicie zasadne. Przed meczem z Wisłą czekał 11 miesięcy na gola w Ekstraklasie i 10 na jakiegokolwiek. Teraz jednak Chodyna, do spółki z Adamskim właśnie, został bohaterem Legii. Piłkarzem, który podał jej tlen, gdy tego najbardziej potrzebowała. Bo sytuacja w lidze ułożyła się tak, że przy Łazienkowskiej nikt już nie dba o styl. Liczą się wyłącznie punkty. Remis z "Nafciarzami" oznaczałby kontynuację uwłaczającej serii i brak zwycięstwa na krajowym podwórku od... września.
Ale, jako się rzekło, nie chodzi o sam wynik. Był to również mecz istotny ze względu na decyzje Papszuna. Trener zmienił sześciu zawodników względem pierwszego składu z GKS-em Katowice, trafił też ze zmianami. Po trzech nieudanych spotkaniach spoczywał na nim spory ciężar. Nawet jeśli nie nakładali go kibice, to on sam nie mógł być zadowolony z dwóch remisów i porażki na start. Teraz nieco ciśnienia zeszło, chociaż pole do poprawy pozostaje gigantyczne.
Kontekstu starciu przy Łazienkowskiej nadawały też więzy rodzinne. Z jednej strony bracia - Dominik oraz Patryk, z drugiej kuzyni - Rafał i Jan. To naprawdę nie było zwyczajne spotkanie. Cieszyli się Patryk z Janem, chociaż wynik pozostawał na styku.
- Nasza praca w końcu została nagrodzona. To najbardziej pocieszające. (...) Nie gramy jeszcze tak, jak byśmy chcieli i zdajemy sobie z tego sprawę, ale teraz najważniejsze są dla nas punkty - powiedział Papszun po sobotnim spotkaniu.
To dobrze, że nie czarował rzeczywistości. Nie wypada, a Legia w ostatnich tygodniach robiła wiele rzeczy, których, no właśnie, nie wypada. Nie tylko na boisku, nie tylko w gabinetach, nie tylko w wywiadach dla zagranicznych portali, ale nawet w dziale medialnym. W środowisku trudno o euforię, Legii przecież nadal bliżej jest do mijanki z Polonią niż mistrzostwa lub pucharów, w które niezmiennie celuje Dariusz Mioduski. Ze skutkiem miernym rzecz jasna, bo tytułu nie ustrzelił od 2021 roku i czekać będzie jeszcze co najmniej 12 miesięcy.
Sobotni mecz był również ważny dla Wisły, która złapała zadyszkę. Niedawny lider przegrał trzecie spotkanie z rzędu i na niewiele zda się pocieszenie, że remis mógłby wyglądać bardziej zasłużenie. "Nafciarze" spadli na czwartą pozycję, a mogą zostać wyprzedzeni choćby przez Lecha, bo ten zagrał mecz mniej. Puchary zaczęły Płocczanom odjeżdżać.
Warto natomiast zwrócić uwagę na Wiktora Nowaka. Środkowy pomocnik, ściągnięty na wypożyczenie z Górnika, zaliczył naprawdę udany występ. Tym dla niego ważniejszy, że przeciwko Legii. 21-latek był związany z Warszawiakami na początku swojej kariery, lecz podziękowano mu bez żadnych wyjaśnień. Teraz zaś Nowak sprawił, że w Legii przynajmniej na moment zaczęto bardzo nerwowo obgryzać paznokcie.
- Kiedy usłyszałem w akademii Legii, że nie jest zainteresowana dalszą współpracą ze mną, było to dla mnie ogromnym ciosem. Poszedłem tam jako młody chłopak z małej miejscowości. Stawiałem pierwsze poważniejsze kroki w piłce. Każdy marzy wtedy o debiucie w pierwszej drużynie. Mnie podziękowano i siłą rzeczy marzenia szybko legły w gruzach. Wróciłem do domu. Pamiętam, że opowiadając tę historię kolegom na podwórku, rozpłakałem się, bo coś we mnie pękło. (...) Nigdy tego nie usłyszałem. Po prostu powiedziano mi, że współpraca dobiega końca, a gdy zapytałem o powód, to usłyszałem, że go nie ma - powiedział dla TVP Sport.
Przed Legią i Wisłą jeszcze 12 meczów. O ile jednak "Nafciarze" zrealizowali plan minimum, o tyle Legia wciąż musi drżeć o byt. Przewaga nad Arką jest iluzoryczna, nie mówiąc już o Widzewie, którego portfel nie ma dna. "Wojskowych" zaś czeka swoista ścieżka zdrowia - Jagiellonia, Cracovia, Radomiak, Raków, Pogoń, Górnik, Zagłębie, Lech, Widzew, Termalica, Lechia i Motor. Zdobyte ostatnio trzy punkty nie sprawiają, że już teraz możemy z pełnym przekonaniem wskazać tu mecz, do którego Legia podejdzie jako zdecydowany faworyt.