Tylko Zieliński i Urbański. Niespodziewane informacje dotyczące reprezentancji Polski

Gdy w 2022 roku ECA opublikowała raport o międzynarodowych transferach niepełnoletnich zawodników, okazało się, że Polska i Rumunia mają ze sobą coś wspólnego. Obydwa kraje były drenowane ze zdolnej młodzieży, która najczęściej ulegała pokusie robienia kariery we Włoszech.
Wspomniany raport odbił się szerokim echem w środowisku piłkarskim, bo obnażał bezsens migracji w nastoletnim wieku. Twarde dane ostatecznie zweryfikowały to, że na świeczniku mieliśmy historie nielicznych jednostek, które robiły za przykład dla zręcznych marketingowców z akademii piłkarskich w całej Europie.
- 49 spośród 1223 przypadków zmiany akademii na zagraniczną, lepszą od rodzimej, kończyło się więcej niż 20 meczami w pierwszym zespole;
- 13% zawodników zadebiutowało w pierwszym zespole przed 23. urodzinami, ale połowa z nich zaliczyła maksymalnie pięć występów;
- 80% przypadków kończyła się regresem kariery: powrotem do ojczyzny lub kontynuacją gry w gorszym klubie.
Z ziemi polskiej (i rumuńskiej) do Włoch
Według autorów opracowania jednym z krajów najchętniej przygarniających młode talenty były Włochy. Natomiast wśród czołówki państw tracących nastolatków na rzecz zagranicznych klubów znajdowały się Polska czy Rumunia. W latach 2011-2022 nasz kraj opuściło 117 niepełnoletnich piłkarzy. Rumuni stracili 139 zawodników.
49 Polaków i 51 Rumunów trafiło do Włoch. Był to odpowiednio 12. oraz 10. najpopularniejszy szlak „migracyjny” na świecie, przy czym wiele popularniejszych ścieżek dotyczyło sąsiadujących ze sobą krajów. Gdy wyłączymy takie przypadki, obydwa wyniki znajdą się w ścisłej czołówce.
Raport dowodzi, że bilans polskiej i rumuńskiej młodzieży był negatywny. Większość obniżyła loty. Gdy jednak spojrzymy na obecny skład reprezentacji Rumunii, okaże się, że mimo wszystko mówimy o jakimś sukcesie, zwłaszcza w porównaniu z Polską. Sześciu kadrowiczów Gheorghe Hagiego zaliczyło włoskie akademie w nastoletnim wieku, dwóch kolejnych wyjechało do Italii w momencie wejścia w dorosłość.
Można więc powiedzieć, że Włosi wychowali Rumunom tylu reprezentantów kraju, ile akademia założona przez obecnego selekcjonera, która miała seryjnie wypuszczać w świat następców Hagiego. To zaskakuje, bo w Polsce taką ścieżkę przeszli tylko Piotr Zieliński i Kacper Urbański. Ten drugi zresztą głównie dlatego, że w ostatniej chwili jego przyszłość w Bolonii uratował Thiago Motta.
Kadrowicze z zagranicznych akademii
W dobie coraz częstszych migracji, gdy synowie i wnukowie szarych obywateli, którzy wyjechali z ojczyzny za chlebem, chętnie wracają w rodzinne strony jako członkowie drużyn piłkarskich, wiele mówi się o zespołach złożonych z zawodników o skomplikowanej tożsamości narodowej. Rumunia rzadko bywała jednak wymieniana jako jedna z takich ekip. Gdyby szukać przykładów w polskiej grupie Ligi Narodów, każdy w ciemno wskazałby Bośnię i Hercegowinę. Tymczasem Gheorghe Hagi powołał do kadry:
- czterech piłkarzy urodzonych i wyszkolonych poza Rumunią (Coubis - Włochy, Racovitan, Strata - Francja, Eissat - Izrael),
- dziewięciu zawodników, którzy wyjechali z Rumunii jako nastolatkowie i weszli w seniorską piłkę po pobycie w zagranicznej akademii.
Wśród nich są postaci absolutnie kluczowe: Radu Dragusin, Andrei Ratiu, Tony Strata. Czterech z pięciu i siedmiu z dziesięciu najwyżej wycenianych Rumunów przeszło przez zagraniczne akademie, zna smak młodzieżowej piłki we Francji, Hiszpanii lub - najczęściej - we Włoszech.
Pamiętając wyniki wspomnianego na wstępie raportu, mówimy o wyjątku od reguły. Nawet jeśli zdecydowana większość Rumunów, którzy podbijali Primaverę, skończyła jak ich polscy koledzy - nie zaliczyła pozytywnego przejścia z juniora do seniora, nie rozwinęła skrzydeł.
Świetnym przykładem będzie słynny mistrz Włoch, młodzieżówka Lecce, w składzie której nie było żadnego Włocha. Znalazło się tam za to miejsce dla czterech Rumunów, ale po latach tylko jeden z nich gra w najwyższej lidze. I to głównie dlatego, że wrócił do ojczyzny.
Jednak Rumuni lgnęli tak do Italii nie tylko z powodu marzeń o karierze w Serie A napędzanych przez naganiaczy talentów z włoskich akademii. Emanuel Rosu, znany rumuński dziennikarz, rysuje dla Meczyków szerszy kontekst tego zjawiska.
- Migracja nastoletnich piłkarzy do Włoch to pochodna tego, że we Włoszech i Hiszpanii mówimy o największych, najdłużej istniejących rumuńskich mniejszościach. W pewnym momencie mówiliśmy o najliczniejszej, liczącej pod milion osób, diasporze w Italii. Było nam łatwo tam wyjechać, bo podobieństwo językowe pozwalało się szybko zaadaptować. Dzieci wielu z tych osób grają dziś dla rumuńskiej drużyny narodowej - tłumaczy nasz rozmówca.
- Włosi mają też jednak wielu skautów i często przyjeżdżają do Rumunii. Latem do Widzewa trafił Ioan Vermesan, który nie urodził się we Włoszech, ale przez lata grał w akademii Hellasu. Juventus, Sassuolo, Hellas, Lecce mają mnóstwo rumuńskich piłkarzy w młodzieżówce. Niektórzy z nich liczą nawet na szansę w kadrze Włoch. Takimi przypadkami są Daniel Boloca z Sassuolo czy Andrei Coubis, który był kapitanem młodzieżowego Milanu i miał powołanie do włoskiej młodzieżówki - dodaje.
Daleko nam do rywali
Reprezentacja Polski, w której za sprawą Matty’ego Casha, Nicoli Zalewskiego, Ellisa Simmsa, ale też „zwykłych” adeptów zagranicznych szkółek - Marcina Bułki, Jakuba Kiwiora czy Kacpra Urbańskiego - też zaczynają mnożyć się przypadki czerpania z owoców migracji, w tej edycji Ligi Narodów trafiła więc do wyjątkowo multikulturowej grupy.
Bośnia i Hercegowina zabrała na tegoroczny mundial 17 piłkarzy, którzy przyszli na świat poza ojczyzną. Szwedzi mają w składzie siedmiu zawodników z podwójnym paszportem oraz urodzonego w Anglii Johna Mellberga (z tych Mellbergów). Poza granicami Rumunii urodziło się tylko czterech kadrowiczów, ale aż 14 z nich albo całkowicie szkoliło się w zagranicznych akademiach, albo spędziło w nich istotną część kariery.
Na tym tle wciąż wypadamy bardzo skromnie. Podwójne obywatelstwo ma tylko dwóch podopiecznych Jana Urbana, inny niż polski system szkolenia poznała natomiast czwórka reprezentantów kraju. Może jednak z czasem i nas dogoni globalizacja światowego futbolu?