Niewiarygodne, co opowiada Jan Urban. Złe wyniki, zła selekcja. "Gorzej niż Probierz"
Jeśli selekcjonera nie bronią wyniki, spoglądamy na wszystko wokół: plan, styl, powtarzalność, selekcje, wybory, wypowiedzi, atmosferę. Jana Urbana natomiast nie broni dzisiaj nic. Nie porażka z Bośnią, a wygrana z Rumunią była wypadkiem przy pracy. To jest gorsza kadencja niż Michała Probierza.
“Po kolejnym słabym meczu reprezentacji Polski zadajmy sobie pytanie wprost: co przemawia za pozostawieniem Jana Urbana na stanowisku selekcjonera? Bo argument “nie no, znowu zmieniać…” możemy wyrzucić do kosza. A innych nie widzimy.”
To mój własny cytat, równo sprzed tygodnia, po brutalnej porażce ze Szwecją w Sztokholmie. Aktualny co do słowa także i dzisiaj. Z ostrożnym optymizmem podchodziłem do tego, co reprezentacja Polski zrobiła w piątek z Rumunią - jasne, było za co chwalić, ale jednocześnie w głowie siedział obraz tego meczu do czerwonej kartki, a także perspektywa gry w “bośniackim piekle”. Niestety, obawy sprawdziły się co do joty. Po raz kolejny za marnej kadencji Jana Urbana biało-czerwoni zawiedli. Znowu obserwowaliśmy podobny mecz: kilka fałszywie obiecujących momentów (zaprzepaszczonych), dziwne, absurdalne decyzje selekcjonera i końcowy efekt: klęska.
Obrazu rozpaczy dopełnia pomeczowa konferencja prasowa selekcjonera, który pomstował na sędziego za decyzję o rzucie karnym. Ewidentnym karnym, drugim w tym spotkaniu, tyle że wcześniej Polaków uratował spalony rywali. A prawdę mówiąc, to arbiter raczej pomagał niż przeszkadzał, bo gdyby uznał pierwszego gola Bośniaków, nikt nie powinien mieć do niego pretensji. Skupianie się na sędziowaniu po takim występie to sprytny zabieg selekcjonera, ale raczej bez zamierzonego efektu.
To nie sędzia bowiem był zły, to Polacy grali źle. Oczywiście, z wyłączeniem kilku fragmentów, może trzech akcji, gdy w pierwszej połowie faktycznie powinni znaleźć drogę do siatki. Nie znaleźli, a po przerwie Bośnia pokazała im miejsce w szeregu. Reakcją, planem, pressingiem, zawziętością, agresją. Biało-czerwoni dostali zasłużonego łupnia, w drugiej połowie wyglądali jak Liechtenstein czy inny Azerbejdżan, a podkreśleniem tej żenady była zerowa reakcja na straconego gola. Po nim bramkarz gospodarzy równie dobrze mógł zajadać między słupkami ćevapčići, pewnie leżakiem też by nie pogardził.
Wrócę jeszcze do konferencji plus wywiadu w TVP, bo to nie tylko krytyka decyzji sędziego, ale i zadziwiający (a może nie?) optymizm selekcjonera. Padło hasło “niezły mecz”, “zasłużyliśmy na więcej”, “wiele pozytywów” z wszystkich czterech spotkań. Paradne, że kadra dobrnęła do momentu, w którym obecne wyniki, w tym zero goli z Bośnią (!!!) w ponad 180 minut, prowadzą do jakichkolwiek optymistycznych wniosków. Selekcjoner broni się m.in., że:
- znalazł “jedynkę” w bramce,
- odkrył/zbudował Wiktora Nowaka,
- znalazł kogoś na lewą obronę.
Odbijmy piłeczkę: Marcina Bułkę między słupkami w tym zestawie bramkarzy wstawiłoby prawdopodobnie 99% kibiców, ekspertów i botów. Nowak, owszem, wszedł do kadry z drzwiami i futryną, dobrze, że selekcjoner akurat tutaj otworzył głowę na nowe nazwisko, ale też był to ruch oczywisty, naturalny, na newralgicznej pozycji, po wystrzale pomocnika w Slavii Praga. A Przemysław Frankowski na lewej obronie, z całą sympatią do niego, był niemiłosiernie objeżdżany przez Bośniaków i nie jest żadnym stałym rozwiązaniem, co najwyżej awaryjnym, niezbyt pewnym. Chyba że trener oglądał inny mecz albo skupił się na groźnych strzałach “Franka” w ataku.
Dobrze, że tym razem selekcjoner nie nawijał makaronu na uszy opowiadając o wielkim “wprowadzaniu młodzieży”, które po prostu nie miało miejsca. Jeden Nowak (doskonały, tak) wiosny nie czyni. Jan Urban stawiał na zgrane karty, w ogromnej większości na tych samych piłkarzy, tworzących tę kadrę od lat, notujących pasmo porażek, wtop, pogrążonych w generalnym marazmie, bylejakości. Niech nie broni się Potulskim, bo schował go do szafy po solidnym wejściu do zespołu, testując z opóźnieniem i kiepskim efektem duet z Porto. Niech nie broni dowołanym z czasem Regułą, ani tym bardziej Żukowskim czy Wojtuszkiem, którzy żadną młodzieżą nie są. Dwa ostatnie zgrupowania zostały koncertowo zmarnowane i nawet jeśli udało się znaleźć odpowiedź w bramce czy środku pola, to jedynie drobne krople w morzu potrzeb.
Jeśli selekcjonera nie bronią wyniki, spoglądamy na wszystko wokół: plan, styl, powtarzalność, selekcje, wybory, wypowiedzi, atmosferę. Tu Jan Urban wypada całościowo po prostu słabo, źle. Zostańmy przy selekcji. To sam selekcjoner sprowadził na siebie tarapaty, w wyniku których nie miał ŻADNEJ alternatywy dla męczącego się w Zenicy Mateusza Żukowskiego. Chciał grać wrzutkami na nikogo - gdyż nikogo o właściwym profilu nie powołał. Na własne życzenie został - we własnym mniemaniu - z jednym napastnikiem na Bośnię. To też selekcjoner wymyślił będącego bez formy Karola Świderskiego na skrzydle, twierdząc wcześniej, że jest “dziesiątką”, a nie napastnikiem. Na skrzydle, gdy akurat Polska skrzydłowych ma - Oskar Pietuszewski po dowołaniu dostał minutowe ochłapy, a Michał Skóraś z bliżej nieznanych przyczyn wylądował na końcu hierarchii, mimo gry od początku w pierwszym meczu z Bośnią.
Do tego powołanie jednego lewego obrońcy, by nie wykorzystać go na tej lewej obronie ani razu przez 360 minut. Do tego zastanawianie się, po ponad roku kadencji (!), czy lewym obrońcą może być Jakub Kiwior. Do tego wrzucenie Przemysława Wiśniewskiego na Szwecję, by ten zrobił ten sam błąd co w marcu, a potem wylądował na trybunach. Do tego trzy wejścia z ławki Kacpra Urbańskiego, dla którego miało być za wcześnie na powołanie. Do tego wrzucanie na boisko w długim wymiarze minut Roberta Lewandowskiego, gdy nie był przygotowany. Do tego kuriozalne zarządzanie Wojciechem Mońką.
W działaniach Jana Urbana nie widzimy rozsądnego planu, zaś zespół jest niepoukładany, nie poczynił żadnego progresu, znowu kadra zależy od indywidualnych przebłysków Zalewskiego, Szymańskiego czy Zielińskiego. W obronie panuje jeden wielki bałagan, zresztą dopiero co trener wędrował od ściany do ściany z trójką/czwórką z tyłu. Polacy bronią źle, są niezorganizowani, koszmarni przy stałych fragmentach gry. Rządzi przypadek, a jedyna powtarzalność to ta negatywna - rywalom łatwo strzelić gola, wykreować groźną okazję strzelecką, wejść w pole karne. Jednocześnie biało-czerwoni mają kłopoty w pressingu, kłopoty w ofensywie. Jak zauważył ceniony analityk Michał Zachodny: “w czterech meczach stworzonych zaledwie 12 strzałów o xG min. 0,10 to po prostu wynik bardzo słaby”. Opieranie się przez selekcjonera na pojedynczych akcjach to wygodna furtka - daleka od rzeczywistości.
Wreszcie, choć już o tym niejednokrotnie pisano i sam pisałem: Jan Urban pogrąża się nie tylko selekcją i wyborami pod hasłem “brak logiki i konsekwencji”, ale również wypowiedziami, podejściem do piłkarzy. Chaos, wiecznie im umniejszanie, narzekanie, próba wmówienia im i opinii publicznej, że brakuje potencjału, umiejętności. Gdy akurat teraz ten potencjał wydaje się naprawdę wysoki (tylko niech nikt nie wyjeżdża tutaj z 2:6 młodzieżówki), można patrzeć na przyszłość z optymizmem, trener ogłasza wszem i wobec, że “jest jak jest”, czyli biednie. Powtórzę się: selekcjoner, poza skuteczną selekcją, powinien przede wszystkim budować piłkarzy. Sprawnie dotrzeć do ich głów, napędzać do bycia lepszym, wzmacniać wiarę w siebie. Motywować, podnosić. Tymczasem jego kolejne słowa i wieczny lament, krytyka, to jasny sygnał: nie da się, jesteśmy marni. A jednocześnie dusi się we własnym sosie, wybiera generalnie te same nazwiska. Dźwięczy mi w uszach tekst “nie można powołać wszystkich” po pytaniu przed zgrupowaniem o Bartosza Mazurka.
Nie znajduję dziś sensu w dalszej pracy Jana Urbana. Pojedyncze przebłyski kadry czy niemiarodajne lanie Rumunii? Dajcie spokój. Nie trafia do mnie argument o “kolejnej zmianie”. Nie trafia do mnie argument, że kolejnego selekcjonera znów wybierze grzebiący polską piłkę Cezary Kulesza. Owszem, wybierze, bo środowisko nie odważyło się nawet wysunąć przeciwko niemu kandydata w ostatnich wyborach. Ale czy to oznacza, że do końca kadencji obecnego prezesa należy kurczowo trzymać się obecnego trenera, bo następcę wybierze notujący w tym aspekcie pomyłkę za pomyłkę pan Kulesza? No nie. Dość już zmarnowaliśmy czasu - ostatnie pół roku i dwa finalnie beznadziejne zgrupowania mówią same za siebie. Jan Urban dostał szansę po barażu ze Szwecją i ją w mojej ocenie zaprzepaścił. Negatywnie przebił Michała Probierza, który chociaż awansował na duży turniej i zbierał baty od Chorwacji i Portugalii, a nie Bośni. Po prostu nie ma na co czekać. Bo będzie tylko gorzej - trzeci koszyk el. EURO uśmiecha się do nas złowrogo. Trzeci koszyk imienia Jana Urbana.