Niewiarygodne, co zrobił Liverpool. "Skreślenie się w walce o tytuł"

Odejście Arne Slota, Mohameda Salaha, Andy’ego Robertsona i Ibrahimy Konate. Do tego sprzedaż Curtisa Jonesa. Liverpool miał co robić w trakcie letniego okienka, ale nie wydaje się, aby zrobił to dobrze. Andoni Iraola ma ból głowy zamiast komfortu.
Już w poprzednim sezonie Liverpool miał kłopot z odpowiednim zbilansowaniem kadry. W oczy rzucały się przede wszystkim braki prawego obrońcy oraz defensywnego pomocnika. W związku z kłopotami zdrowotnymi Conora Bradleya i Jeremiego Frimponga, oraz transferem Trenta Alexandra-Arnolda, Arne Slot musiał przesunąć Dominika Szoboszlaia do pierwszej linii. W drugiej podobnego rozwiązania nie udało się znaleźć.
Holender miał do dyspozycji wspomnianego “Szobo”, Floriana Wirtza, Alexisa Mac Allistera, Curtisa Jonesa, Ryana Gravenbercha oraz Wataru Endo. W teorii nieźle, w praktyce żaden z nich nie realizuje się w roli “szóstki”. Najbliżej byłby pewnie Gravenberch, ale podjęte testy pokazały, że nie jest on zawodnikiem pokroju Fabinho. Brazylijczyk odszedł z Liverpoolu w 2023 roku i od tamtej pory nie został naturalnie zastąpiony. Kiedy więc otworzyło się letnie okienko, wszyscy kibice na Anfield oczekiwali trzech rzeczy - następcy Salaha, następcy Fabinho i następcy Alexandra-Arnolda.
Cóż.
Następca Salaha
Najlepiej, przynajmniej teoretycznie, poradzono sobie ze ściągnięciem nowej gwiazdy do ofensywy. Liverpool krążył dookoła rozmaitych nazwisk, z “The Reds” byli łączeni między innymi Chwicza Kwaracchelia, Yan Diomande czy Michael Olise, ale każdy z nich okazał się marzeniem ściętej głowy. Ostatecznie włodarze z Anfield skupili się na Bradleyu Barcoli, ale mimo tego nie potrafili doprowadzić do szybkiego transferu zawodnika PSG. Przez kilka tygodni przerzucano się ofertami, a Liverpool dawał się coraz bardziej spychać pod ścianę. Ostatecznie nie miał już żadnej pozycji negocjacyjnej, bo wszyscy zrozumieli, że Anglicy kogoś kupić muszą, a pieniądze mają, więc można dyktować wygórowane warunki.
Doszło do tego, że Brighton podyktowało zaporową kwotę za Yankubę Minteha, natomiast Crystal Palace za Ismailę Sarra. Liverpool z podkulonym ogonem wrócił do rozmów z PSG i zaakceptował niemal dokładnie to, czego francuski hegemon oczekiwał od początku negocjacji. Za Barcolę zapłacono 106 milionów funtów, do tego kolejne 17 milionów zapisano w formie bonusów. Suma daje jeden z najdroższych transferów w historii Premier League.
A przecież Barcola, chociaż jest nazwiskiem ekscytującym, nie ma za sobą rewelacyjnego sezonu. 24-latek kiepsko wypadł choćby w Lidze Mistrzów, nieprzypadkowo w czterech ostatnich spotkaniach Luis Enrique sadzał go na ławce rezerwowych. W Ligue 1 Francuz odgrywał nieco ważniejszą rolę, co wynikało z dużej skłonności do rotowania składem przez hiszpańskiego szkoleniowca. Szczególnie owocny był dla Barcoli okres od stycznia do marca, kiedy grając na lewej stronie lub w środku ataku zdobył pięć bramek i zanotował asystę w ośmiu meczach.
Nowy skrzydłowy jest niewątpliwie zawodnikiem piekielnie szybkim. Według danych The Athletic czwartym najszybszym, jeśli chodzi o reprezentantów lig TOP5. Nie ma żadnego problemu z wyprzedzeniem rywala, o ile tylko otrzyma podanie na wolną przestrzeń. Więcej problemów sprawiają mu więc bardzo nisko ustawione defensywy, które nie dają się wyciągnąć rozegraniem piłki w środku pola. Jednocześnie Barcola chętnie angażuje się w pressing, ale to była immanentna cecha całego PSG Enrique i dopiero czas pokaże, czy młody zawodnik będzie potrafił przenieść podobne zaangażowanie na angielskie boiska.
Analiza WyScout wskazuje natomiast, że Barcola przeciętnie radzi sobie w rozegraniu. Był przeciętny w skali całej Ligue 1, jeśli chodzi o krótkie podania, podania progresywne, ale też skuteczność dryblingu. Tę ostatnią miał na poziomie 50%, co rodzi obawy o użyteczność piłkarza z zespołami zorientowanymi na defensywę. Z drugiej strony Salah dryblował ostatnio ze skutecznością 44% i jeszcze gorzej wyglądał w rozegraniu, chociaż trzeba mieć na uwadze, że Egipcjanin był za swoją dyspozycję krytykowany.
- Wielu kibiców może się ze mną nie zgodzić, ale nie uważam, że Barcola będzie następcą Salaha. Klub spróbuje raczej stworzyć nowy zespół oparty na nowej taktyce. Wątpliwe, żeby znowu od jednego piłkarza zależało tak wiele, jak zależało od Egipcjanina. Widać również, że Andoni Iraola ma płynne podejście do skrzydłowych, zmienia im strony. Victor Munoz z Newcastle zagrał na prawej stronie, z Nottingham zaczął mecz na lewej. Wszyscy skrzydłowi muszą być gotowi na zmiany. To podejście nie musi być złe, o ile zawodnicy spełnią oczekiwania. W wypadku Barcoli będą bardzo duże. Bycie następcą Salaha jest również trudne z tego względu, że to był piłkarz zespołowy - mówi nam Sebastian Borawski z LFC.pl.
Następca Fabinho
W gonitwie za Barcolą Liverpool zatracił się do tego stopnia, że znów nie sprowadził nikogo do środka pola. Ba, do Interu sprzedano Curtisa Jonesa, natomiast Harvey Elliott poszedł na wypożyczenie do Valencii. Strata drugiego z Anglików nie będzie odczuwalna, ale trudno przeoczyć fakt, że Iraola ma jeszcze mniejszy komfort wyboru niż jego poprzednik.
“The Reds” przeznaczyli na wzmocnienia grubo ponad 250 milionów euro, a do tego wypożyczono Ronalda Araujo z Barcelony. Mimo tego nawet euro nie zostało przeznaczone na wzmocnienie drugiej linii. Zatrzymano wprawdzie Treya Nyoniego, o którego pytało kilka angielskich klubów, ale za taki ruch trudno włodarzy chwalić. Był koniecznością, ostatnią oznaką, a właściwie złudzeniem trzymania sytuacji pod kontrolą.
Szkopuł w tym, że Liverpoolowi nadal będzie brakowało “szóstki”. Gravenberch nie sprawdza się w tej roli, co pokazał w poprzednim sezonie, ale też w bieżącym, choćby w starciu z Newcastle United. Endo to zawodnik naznaczony kontuzjami, zdecydowanie nie do pierwszego składu aspirującego zespołu Premier League. Szoboszlai może wskoczyć na prawą stronę obrony, ale nie stanie się pełnoprawnym defensywnym pomocnikiem. Nyoni i Mac Allister również są sklasyfikowani jako “ósemki”. Wreszcie zaś Wirtz, który potrzebuje obstawy, aby błyszczeć, o czym pisaliśmy już TUTAJ. Nieumiejętność Liverpoolu we wzmocnieniu tej strefy szkodzi drużynie jako całości, ale również ma negatywny wpływ na indywidualności.
Wspomniany Wirtz nie bez powodu błyszczał w Bayerze, kiedy za jego plecami biegali piłkarze nacechowani defensywnie, choćby Robert Andrich. W tej sytuacji trudno będzie zbalansować drużynę w efektywny sposób. Przegrywanie kolejnych pojedynków w linii pomocy - znów, jak miało to miejsce w starciu z Newcastle United, ale też Nottingham Forest - to proszenie się o kłopoty. Trudno porównać obsadę pomocy “The Reds” z Arsenalem czy pogrążonym w rewolucji Manchesterem City.
- Nie rozumiem braku defensywnego pomocnika nie tylko jako kibic Liverpoolu, ale w ogóle piłki. Każdy czołowy klub musi mieć dobrą, nominalną "szóstkę". Pomysł Arne Slota z Gravenberchem działał krótko, działał jeden sezon. W tym momencie najbliżej tej pozycji jest pewnie Nyoni, co jest dużym problemem. Mówimy o 19-latku, którego Premier League może mocno zweryfikować. Tak wielki klub nie powinien pokładać nadziei w tak młodych zawodnikach. Według The Athletic Liverpool chce poczekać rok na Lamina Camarę z AS Monaco, ale to dziwna opieszałość. Już pierwsze mecze w tym sezonie pokazały, że "The Reds" da się zaskoczyć jak w poprzednim sezonie. Brak "szóstki" to skreślenie szans w walce o mistrzostwo. Jeśli uda się zrobić TOP4, będzie to wynik świetny - dodaje Borawski.
Następca Alexandra-Arnolda
Obsadzenie prawej obrony pozostaje największą niewiadomą, zagadką. Bo o ile brak nowego defensywnego pomocnika da się jakkolwiek wytłumaczyć tym, że można zmienić formację, coś przesunąć, zmusić się do wystawiania Mac Allistera kosztem Gravenbercha, o tyle bok defensywy woła o pomstę do nieba. Na lewej stronie wcale nie jest znacznie bardziej różowo, bo Milos Kerkez i Kostas Tsimikas zbierają co najwyżej przeciętne recenzje, jednak to przede wszystkim prawa flanka skupia wzrok
Jeremie Frimpong prezentuje się poniżej poziomu gwarantującego coś na kształt spokoju. Reprezentant Holandii ma za sobą nieudany debiutancki sezon, a w kolejny wszedł naprawdę słabo. W spotkaniach z Newcastle United i Nottingham wygrał łącznie 42% pojedynków. Nie potrafi dośrodkowywać, co w sposób kapitalny odróżnia go od Alexandra-Arnolda. Słabo radzi sobie w ofensywie, natomiast w obronie ma te braki, które tak często punktowano u reprezentanta Anglii. Regres względem zawodnika Realu Madryt pozostaje zatrważający.
Co więcej, Frimpong ma spore problemy ze zdrowiem, co tyczy się też Conora Bradleya. W efekcie bywało, że Liverpool nie miał nikogo na prawą stronę, więc grał tam Szoboszlai. Węgier wywiązywał się kompetentnie z narzuconej roli, ale w oczywisty sposób cierpiał środek pomocy, Teraz, w związku z opieszałością działaczy, może dojść do powtórki z wątpliwej rozrywki. Sztab szkoleniowy “The Reds” musi szyć, chociaż wydawało się, że zasługuje na komfort.
- Jeszcze chwilę temu wydawało mi się, że prawa obrona jest dobrze obsadzona ze względu na Bradleya i Frimponga. W tym drugim pokładałem bardzo duże nadzieje. Bywało, że pokazywał rajdy, waleczność, ale też dublowanie pozycji z Salahem. Wyszło na to, że Frimpongowi bliżej do wahadłowego niż prawego obrońcy. W ten sezon Frimpong znów wszedł źle - słabo broni, a przede wszystkim okropnie atakuje. Nie ma dośrodkowania, nie umie podnieść piłki na dobrą wysokość, źle wygląda z futbolówką przy nodze. Z Frimponga znanego z Bayeru nie zostało chyba nic. Szoboszlai jest lepszym prawym obrońcą, chociaż nie jest prawym obrońcą. To dobrze podsumowuje kadrę Liverpoolu. Prawa strona Liverpoolu pozostaje pozycją, na której każdy może się odbudować, bo jest tak słabo obsadzona. Kto wie, może Ronald Araujo dostanie na niej szansę - podkreśla Borawski.
Jak konkurować, kiedy ich jest więcej?
Niestety, za wiele spraw zabrano się zbyt późno. Mnóstwo energii oraz uwagi pochłonęło doprowadzenie do końca transferu Barcoli. W kwestii prawej obrony Liverpool tak naprawdę obudził się dopiero w Deadline Day. RMC Sport ujawniło, że “The Reds” wysłali do Chelsea ofertę wypożyczenia Malo Gusto. Ligowy rywal był nawet skłonny negocjować, ale tylko pod warunkiem transferu definitywnego. Liverpool nie miał na to pieniędzy - pozostałe transakcje pochłonęły zdecydowanie ponad 200 milionów funtów.
Czy wszystkie były potrzebne już teraz? Wątpliwe. Uwagę zwraca przede wszystkim 18-letni Lucca Brughmans. Za bramkarza Genku wyłożono 30 mln, wobec czego Liverpool ma na utrzymaniu trzech kosztownych golkiperów - Alissona, Giorgiego Mamardaszwiliego oraz Brughmansa. Tego ostatniego natychmiast wysłano na wypożyczenie do Genku, zatem ewentualne wzmocnienie składu odłożono w czasie. Być może za kilka lat Belg będzie jawił się jako jeden z najlepszych golkiperów świata, ale w tym momencie “The Reds” mieli znacznie ważniejsze sprawy na głowie niż zamartwianie się przyszłością między słupkami.
Wątpliwe pozostaje wypożyczenie Ronalda Araujo. Jasne, klub potrzebował środkowego obrońcy, a ryzyko w przypadku Urugwajczyka jest o tyle mniejsze, że nie trzeba było płacić już teraz. Jednak Araujo w nowy zespół wszedł słabo, czyli tak, jak wyglądał pod koniec przygody z Barceloną. To nigdy nie jest dobry znak, gdy kibice byłego klubu świętują odejście zawodnika. W przypadku 27-latka takie właśnie były nastroje, a klauzula wykupu ustalona na poziomie 50 mln funtów wygląda irracjonalnie. Co więcej, “The Reds” opłacają pełną gażę Araujo, który zarabia tyle, że znajduje się w klubowej czołówce.
Mimo tego głębia składu wygląda przeciętnie. Lepiej mają się nie tylko Arsenal i Manchester City, ale też, z racji braku uczestniczenia w europejskich pucharach, Chelsea. W Londynie narzeka się oczywiście na braki w pomocy, lecz Liverpool niedostatków wciąż ma więcej. Trudno uwierzyć, że tak ułożony zespół będzie w stanie walczyć o mistrzostwo Anglii lub zdziałać coś na Starym Kontynencie.
Gdyby jeszcze zarząd Liverpoolu zgodził się na odejście Gakpo - do klubu wpłynęła propozycja z Manchesteru City, który ostatecznie wyciągnął Ilimana Ndiaye z Evertonu - można byłoby go pozwać za działanie na szkodę spółki. Mimo tego trudno chwalić Richarda Hughesa. Odchodzący dyrektor sportowy, który ma gotową ciepłą posadkę w Arabii Saudyjskiej, zawiódł na całej linii. Mimo zainwestowanej fortuny Liverpool wcale nie wygląda dużo lepiej niż w poprzednim sezonie. O ile w ogóle wygląda lepiej.