Niewiarygodne, co zrobili sędziowie w Ekstraklasie. Cyrk i żenada. Pokrzywdzeni reagują

Gdyby Wisława Szymborska wzięła przykład z Jerzego Pilcha, krakowskiego kolegi, i wnikliwie śledziłaby Ekstraklasę, wiedziałaby, że niby nic dwa razy, a jednak kompromitujące błędy sędziów w Ekstraklasie zdarzają się raz za razem. Zakończona właśnie kolejka stanowi najlepszy możliwy dowód.
Czeka człowiek na zakończenie przerwy reprezentacyjnej i wznowienie zmagań ligowych, a chwilę później dostaje obuchem przez głowę, zbiera się na wymioty, odechciewa śledzić ligę. Nawet w studiu Ligi+Extra maszty opuszczono do połowy. To, co wydarzyło się w ostatnich spotkaniach Ekstraklasy, nie może przejść bez echa. Sędziowie kolektywnie się zhańbili, przesadzili. Niemal w każdym meczu doszło do kontrowersji rzutującej na końcowy wynik, był to spektakularny pokaz niekompetencji.
Bez żadnego trudu możemy wskazać sześć dużych błędów. Umowne rzuty karne dla Cracovii oraz GKS-u Katowice, brak "jedenastek" dla Jagiellonii i Wisły Kraków (do tego kontrowersja w starciu Widzewa). Nieuczciwie cofnięty gol Jagiellonii. Bramka dla Legii po wrzucie z autu, którego nie powinno być, bo piłka należała się Wiśle. Koszmarny, zawstydzający bilans, za który nikt nie poniesie odpowiedzialności.
Mało kto jeszcze się łudzi, że którykolwiek z sędziów zostanie zawieszony na dłużej. Takie rzeczy w polskiej piłce się zdarzają, ale w zupełnie innych okolicznościach, o czym boleśnie przekonał się Arkadiusz Kamil Wójcik, obecnie punktujący pomyłki kolegów w mediach społecznościowych. Wójcika wykluczono z polskiego futbolu, podobnych kar dla Damiana Kosa, Tomasza Marciniaka, Wojciecha Mycia i Damiana Sylwestrzaka (oraz zespołów odpowiedzialnych za VAR) z całą pewnością nie uświadczymy. W najgorszym dla siebie wypadku odpoczną przez krótki moment i za chwilę znów wrócą do wymierzania sprawiedliwości na polskich boiskach. Mawia się, że ta powinna być ślepa, ale wymienieni arbitrzy chyba potraktowali to zbyt dosłownie.
Doszło do tego, że VAR - z zasady naprawdę ułatwiający robotę - nie jest w stanie uratować sędziów. Wręcz przeciwnie - zdarza się, że pakuje ich w jeszcze większą kabałę. Prawdziwy popis dał Marciniak, który z boiska podjął dobrą decyzję o nieodgwizdaniu pierwszego karnego dla "Pasów". Wezwano go jednak do monitora i Marciniak na wapno wskazał, dopatrzył się nieprzepisowego zagrania ręką. Powód zna tylko on sam.
Po zakończeniu spotkania Marciniak przeprosił skrzywdzone Zagłębie Lubin, Leszek Ojrzyński wściekał się na konferencji prasowej, a PZPN oficjalnie poinformował, że sędzia się pomylił. I na tym w zasadzie koniec. "Miedziowym" nikt już punktów nie odda. Nie powinniśmy oczywiście sprowadzić zwycięstwa Cracovii jedynie do popisów Marciniaka, ale - jak słusznie zauważył wspomniany już Ojrzyński - to sędziowie podali tlen Krakowianom. W podobny sposób pękła Wisła, dobito GKS i kompletnie sponiewierano Jagiellonię.
Ta ostatnia może mieć chyba największe pretensje. Myć nie tylko cofnął zdobytą bramkę, ale też nie zauważył stempla Rafała Janickiego na Jesusie Imazie. Przewinienie stopera Górnika było tak oczywiste, że jeszcze w przerwie spotkania sam Janicki przyznał się do faulu i potwierdził, że sędzia mógł "jedenastkę" odgwizdać. Ostatecznie Jagiellonia przegrała to spotkanie 1:3. Sytuacja Imaza miała miejsce przy bezbramkowym remisie, zdarzenie z Klynge było akcją na 2:2.
W wypadku "Białej Gwiazdy" zaczęło się od braku rzutu karnego, jednak czarę goryczy przelał aut dla Legii. Raz, że podyktowano go po tym, gdy futbolówki jako ostatni dotknął Mateusz Szczepaniak. Dwa, że wrzucający Rafał Augustyniak oderwał stopę od murawy, a tak autów nie wykonujemy. Kto by tam jednak patrzył na zawodnika stojącego metr obok, przecież to zupełnie nieistotne didaskalia.
Nie wiem, jaki pomysł na naprawienie sytuacji ma Marcin Szulc, ale skoro już pozostał na stanowisku szefa sędziów - również z tego względu, że absolutnie nikt nie chciał podjąć się babrania w błocie po szyję - musi coś zrobić. Chociaż pokazał, że wymówkę potrafi znaleźć zawsze; ostatnio stwierdził, że cztery lata to za mało, aby zrealizować program, który miał na początku swoich rządów w Kolegium. Patologia. Ekstraklasa może rozwijać się jako ogólny produkt, ale podobne popisy arbitrów sprawiają, że cała otoczka premium nie ma większego znaczenia. Po co w ogóle wychodzić na boisko, skoro wynik bywa efektem działań maszyny losującej?
Klubom już zaczynają puszczać nerwy. Jagiellonia doliczyła się pięciu rażących błędów w swoich ostatnich dwóch meczach i zwróciła się do PZPN-u z prośbą o wyjaśnienie sytuacji. Nikt się nie powinien Białostoczanom dziwić, czołówka zaczyna powoli uciekać, a podopieczni Adriana Siemieńca punkty tracą nie tylko ze względów sportowych. Uważam przy tym, że Jagiellonia powinna zareagować znacznie ostrzej, bo smyranie się z sędziami nie przynosi żadnego efektu, zupełnie niczego nie zmieni. A tutaj potrzeba gruntownej przebudowy.
Do historii przeszedł wywiad Szulca, który w 2007 roku przed kamerami Canal+ relacjonował słowa, jakie usłyszał od Mariusza Ujka. Z całym szacunkiem, ale obawiam się, że obecnie podobną opinię na temat szefa Kolegium ma większość piłkarzy, nie mówiąc już o kibicach drużyn krzywdzonych kolejka po kolejce. Jeśli jakiś kibic uważa przy tym, że jego drużyny takie problemy nie dotyczą, niech zastanowi się nad tym dwa razy. Sędziowie pokazali, że mylą się niezależnie od okoliczności, zespołu, wyniku, powagi sytuacji. Niesprawiedliwość czeka na każdego.
Arbitrzy ochoczo domagają się szacunku, ale nie pracują na niego uczciwie. Muszą ratować się akcjami promocyjnymi, serialami czyniącymi z nich głównych aktorów przedstawienia. Panowie, w piłce naprawdę nie chodzi o was. Chodzi przede wszystkim o to, żebyście nie przeszkadzali. W tym momencie większość z was nie potrafi się wywiązać z tego banalnego zadania.