Niewiarygodny wyczyn Lewandowskiego. Barcelona już wie, co musi zrobić
Nieśmiertelny Robert Lewandowski. Polak zapewnił Barcelonie bezcenny komplet punktów z Atletico, przybliżając ją do zdobycia mistrzostwa. 37-latek pokazał klubowi, że warto zatrzymać go na dłużej.
To był mecz dosłownie o podwyższonej temperaturze. Piłkarze Atletico i Barcelony zaserwowali kibicom pasjonujące widowisko pełne nie tylko składnych akcji, ale też brudnej gry, fauli, przepychanek, chęci pokazania, kto tu jest samcem alfa w stadzie. Czerwona kartka Nico Gonzaleza pod koniec pierwszej połowy przechyliła szalę z napisem “faworyt” wyraźnie w stronę Katalończyków. Podopieczni Hansiego Flicka przez większość drugiej odsłony męczyli się jednak, grali w grę gospodarzy, nie potrafili sforsować zwartych zasieków “Los Colchoneros”. Aż pojawił się Robert Lewandowski.
Kapitan reprezentacji Polski nie mógł wyobrazić sobie lepszego powrotu do piłki klubowej po nieudanych barażach. Oczywiście, że bilety na mundial przepadły i dla “Lewego” to mecz ze Szwecją był zdecydowanie najważniejszym w tym roku. Snajper wciąż ma jednak o co grać w Barcelonie. Mistrzostwo Hiszpanii jest niemal na wyciągnięcie ręki, a na horyzoncie już majaczą kolejne potyczki z “Atleti”, które zapowiadają się równie spektakularnie.
As w rękawie
- Robert Lewandowski rozegrał dwa mecze w barażach o mistrzostwa świata. Dlatego zdecydowaliśmy się umieścić na "dziewiątce" Daniego Olmo. Olmo grał już na tej pozycji w dwóch naszych meczach i zaprezentował się bardzo dobrze. Chodzi o kontrolowanie spotkania, kontrolę nad piłką. Właśnie tego od niego oczekujemy - mówił Flick przed sobotnim meczem.
Niemiec mógł być pośrednio zadowolony z eksperymentalnego zestawienia ataku. Olmo raczej sprawdził się jako fałszywa “dziewiątka”. W pierwszej połowie zagrał solidnie, utrzymał perfekcyjną skuteczność podań, zaliczył asystę przy wyrównującej bramce Marcusa Rashforda. W miarę dobrze funkcjonowała też wymienność pozycji 27-latka z Ferminem. Barcelona jako całość była dość chwiejna, ale akurat białogłowy zdał egzamin.
W 46. minucie Flick wpuścił Ferrana w miejsce Fermina, przesuwając Olmo na “dziesiątkę”. Trener ewidentnie chciał mieć nominalnego napastnika przy przewadze jednego zawodnika. Trzeba jednak otwarcie powiedzieć, że długi fragmentami trudno było odczuć to, że Atletico gra w dziesięciu. “Rojiblancos” zamykali niemal wszystkie korytarze, neutralizowali sporo akcji gości w zarodku, świetnie kryli przestrzeń w polu karnym przed światłem bramki. Więcej miejsca miał jedynie Ferran, który oddał trzy strzały, z czego żaden nie stanowił problemu dla Juana Musso.
Czas uciekał, a kibice Barcelony mogli się niecierpliwić. Zgubienie punktów z osłabionym rywalem, który gra rezerwowym składem, nosiłoby znamiona ogromnej wpadki. Lewandowski uchronił przed nią swój zespół. Weteran zrobił to, co potrafi najlepiej, czyli doszedł do jednej okazji, którą od razu zamienił na gola. Wykazał się instynktem, trafiając barkiem z bliskiej odległości. Możemy tylko zgadywać, co w identycznej sytuacji zrobiłby Torres i dlaczego piłka nie wylądowałaby w siatce.
Lewandowski po raz kolejny przeszedł do historii. Zdobył 118. bramkę w barwach Barcelony, dzięki czemu w klubowej klasyfikacji wyprzedził legendarnego Christo Stoiczkowa. Obecnie Polak zajmuje 14. miejsce na liście, mogąc realnie myśleć o wskoczeniu do TOP10. Dziesiąta lokata należy do Mariano Martina, autora 129 goli dla “Blaugrany”. W tym sezonie może być trudno go doścignąć, ale być może “Lewy” będzie miał jeszcze całe następne rozgrywki. Katalończykom powinno bardzo mocno zależeć na tym, aby 37-latek podpisał nowy kontrakt. Ostatnie miesiące pokazują, że posiadanie takiej opcji w kadrze to po prostu skarb. Szczególnie, że on już nie musi zawsze być pierwszoplanową postacią. Warto jednak mieć takiego gracza, aby wszedł i potencjalnie uratował ci mecz. W tym sezonie strzelił już przecież sześć goli jako rezerwowy, co ex aequo z Griezmannem stanowi najlepszy wynik w lidze hiszpańskiej.
- Zwycięzca Lewandowski. Po świetnej akcji Cancelo strzelił bardzo ważnego gola, który przybliża Barcelonę do mistrzostwa - opisało Mundo Deportivo. - Był w odpowiednim miejscu i czasie, aby zadać cios, który może okazać się decydujący dla ligowej tabeli - ocenił dziennik Sport.
Kontrolowana porażka Atletico
Barcelona po zwycięstwie 2:1 ma siedem punktów przewagi nad drugim Realem Madryt. Z kolei Atletico nieszczególnie musi przejmować się sytuacją w tabeli. “Rojiblancos” są na czwartej lokacie, wyprzedzając piąty Betis o 12 oczek. Nie ma zatem szans, aby podopieczni Diego Simeone spadli poniżej pozycji gwarantującej grę w Lidze Mistrzów. Ewidentnie widać, że “Cholo” podchodzi już do meczów La Liga niemal jak do sparingów.
“Rojiblancos” rzucają wszystkie siły na puchary. Właśnie dlatego w sobotę Antoine Griezmann, Giulieno Simeone i Alex Baena rozegrali tylko po godzinie. Z kolei Julian Alvarez czy Ademola Lookman nawet nie wstali z ławki, a Marcos Llorente grzecznie odbębnił zawieszenie za kartki. Trener wolał zaś wpuścić w drugiej połowie kompletnie niedoświadczonych Javiego Morcillo i Taufika Seidu, którzy dopiero stawiają pierwsze kroki w seniorskiej piłce. To był jasny sygnał: Panowie, jeśli zapunktujemy drugim garniturem, to świetnie. Jeśli nie, nic się nie stanie. Prawdziwa rywalizacja z Barceloną dopiero się rozpocznie.
Ognisty tryptyk
“Atleti” z pewnością będzie dodatkowo zmotywowane na dwumecz w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. A to za sprawą dość kontrowersyjnej pracy sędziego w sobotnim spotkaniu. Mateo Busquets Ferrer niestety w pewnym momencie stał się główną gwiazdą wydarzenia. Na początku drugiej odsłony podjął szokującą decyzję, anulując czerwoną kartkę dla Gerarda Martina. Profil Archivo VAR, który regularnie komentuje wydarzenia sędziowskie z hiszpańskich boisk, przychylił się do tej decyzji. Łatwo można jednak zrozumieć pretensje “Atleti”. Obrońca wybił piłkę, ale później brutalnie, z naprawdę dużym impetem kopnął Thiago Almadę. Jeśli decyzja o braku wykluczenia jest w zgodzie z przepisami, to może problem leży właśnie w nich. Trudno mówić o ochronie zdrowia zawodników, skoro takie zagranie w kostkę nie kończy się wydaleniem z boiska.
Simeone nie będzie musiał silić się na długą przemowę podczas odprawy. Wystarczy, że pokaże stopklatkę z faulu Martina, aby jego zawodnicy wyszli na murawę z ogniem w oczach. A przecież właśnie w tym tkwi siła “Atleti”. W poczuciu jedności, duchu wspólnoty i grze na maksymalnym poziomie intensywności. Te atuty pozwalały madrytczykom eliminować Barcelonę z Ligi Mistrzów w 2014 i 2016 roku. Od tego czasu wymieniła się prawie cała kadra, ale Jose Gimenez, Koke czy przede wszystkim “Cholo” muszą pamiętać smak tamtych zwycięstw nad “Dumą Katalonii”.
Naprawdę trudno wskazać faworyta ćwierćfinałowej potyczki Barcelony z Atletico. Paradoksalnie niska porażka “Los Colchoneros” w lidze wcale nie musi stawiać ich w gorszym położeniu. Skoro rezerwowy skład potrafił przetrwać 40 minut bez straty gola, to galowa jedenastka z Alvarezem, Lookmanem czy Llorente spokojnie może powalczyć o zwycięstwo. Pewne jest to, że na Camp Nou i Metropolitano szykują się prawdziwe piłkarskie uczty. Za niecałe dwa tygodnie zobaczymy, który z dwójki Flick - Simeone opracuje lepszy przepis na sukces.