Nowa reprezentacja w strukturach UEFA? "Chodzi o kasę, nie poziom sportowy"

Stała się kością niezgody między Europą i Ameryką Północną. O ile oba te kontynenty zaciekle walczą, aby Grenlandia pozostała lub dołączyła do ich strefy wpływów, o tyle żaden z nich nie chce jej piłkarzy. Ci są jednak przyzwyczajeni do przeciwności losu. I dlatego drogi do sukcesów zamiast na trawie szukają na parkiecie.
Kwestia Grenlandii była jednym z głównych tematów dyskursów wokół polityki zagranicznej w 2025 roku. Od kiedy Donald Trump zaczął publicznie opowiadać o potencjalnej aneksji terytorium należącego formalnie do Danii, wybuchła wielka dyplomatyczna afera. Gdzieś w jej cieniu, z dala od medialnego szumu, pozostawali zwykli Grenlandczycy, którzy sami coraz mocniej dążą do uzyskania niepodległości. Takowa na pewno mocno pomogłaby tamtejszemu futbolowi, który od lat stara się o uznanie na arenie międzynarodowej. Dotąd wszelkie próby okazywały się jednak nieskuteczne. Niechęć ze strony kontynentalnych konfederacji nie jest jedynym wyzwaniem, z którym muszą mierzyć się grenlandzcy pasjonaci piłkarscy. A mimo to starają się dzielnie rozwijać ten zdecydowanie najpopularniejszy u nich sport.
Zakręceni na punkcie futbolu
Choć Grenlandia to największa wyspa na świecie, aż 81 procent jej powierzchni pokrywa lądolód, co znacznie wpływa na życie codziennie mieszkańców. Surowy, arktyczny klimat nie sprzyja rozwojowi piłki. W stołecznym Nuuk, które leży w cieplejszej, południowej części wyspy, średnia temperatura dobowa wynosi powyżej zera jedynie od maja do początku października. Takie warunki atmosferyczne nie pomagają rozwojowi futbolu, ale nie zrażają też tamtejszych pasjonatów tego sportu. Według Visit Greenland, aktualnie na wyspie działa aż 76 klubów piłkarskich, które zrzeszają łącznie pięć i pół tysiąca zawodników. To stanowi zaś 10 procent liczącej 55 tysięcy populacji.
- Pogoda jest zdecydowanie naszą największą przeszkodą. Przez większość roku na Grenlandii panują warunki atmosferyczne, które po prostu nie pozwalają nam grać w piłkę. Jeśli mamy szczęście, sezon zaczynamy w okolicach maja, ale jeśli nadal jest zimno, to na boiska wychodzimy dopiero w czerwcu. Gramy na dworze więc przez dwa, a czasem trzy miesiące w roku. Nie zmienia to faktu, że futbol odgrywa tu dużą rolę. Dzieciaki kibicują klubom z Premier League, La Ligi, Serie A czy duńskiej Superligi. Tutaj wszyscy śledzą piłkę. Nawet kiedy jedziemy na mecze wyjazdowe, to tam również wspierają nas kibice. Mamy swoich fanów w Ameryce Północnej, przyjeżdża też do nas coraz więcej sympatyków z innych krajów - opowiada w rozmowie z nami Patrick Frederiksen, kapitan reprezentacji Grenlandii - zarówno tej grającej na trawie, jak i na hali.
31-letni defensor to ikona tamtejszej piłki. Na przełomie lipca i sierpnia wraz z B-67 Nuuk sięgnął po mistrzostwo Grenlandii. Jego zespół został najlepszą drużyną na wyspie już po raz szesnasty, co czyni go najbardziej utytułowanym w historii rywalizacji, która po raz pierwszy miała miejsce w 1954 roku. Finałowy turniej trwał łącznie sześć dni. Aby stworzono regularne rozgrywki, poprawie musiałaby ulec miejscowa infrastruktura. Na całej wyspie istnieje obecnie około 20 boisk ze sztuczną nawierzchnią. Nuuk Stadium, główny obiekt piłkarski w kraju, posiada nawet taką o najwyższym możliwym standardzie FIFA. Sęk w tym, że może pomieścić tylko dwa tysiące kibiców i nie ma stałych trybun, a w czasie meczów fani gromadzą się się wzdłuż band reklamowych lub siadają na okalających stadion zboczach skał. Do tego brakuje też odpowiedniej bazy treningowej.
- Brak infrastruktury, która pozwoliłaby nam na grę w piłkę przez cały rok, stanowi aktualnie nasz największy problem. Potrzebujemy więcej pieniędzy na rozbudowę istniejących obiektów. Rząd lub prywatni przedsiębiorcy powinni mocniej zainwestować w futbol. Gdyby powstał tu zamknięty stadion lub boiska pod balonem, moglibyśmy wreszcie trenować nie tylko latem, ale również w zimniejszych miesiącach. Ta decyzja nie leży w gestii federacji czy klubów, ale głównie naszych władz, które muszą się opowiedzieć, w jak dużym stopniu chciałyby finansować sport i rozwój kultury fizycznej na Grenlandii. To od nich zależy, czy spełni się nasze wielkie marzenie - tłumaczy nasz rozmówca.
Nikt ich nie chce
Od lat 70. grenlandzkim futbolem zarządza Kalaallit Arsaattartuta Kattuffiat (KAK), który stara się, aby tutejsza reprezentacja mogła wreszcie uczestniczyć w oficjalnych rozgrywkach międzynarodowych. Jeszcze w 2010 roku Sepp Blatter, ówczesny prezydent FIFA, podczas swojej wizyty na wyspie przekonywał, że obok niepodległości to właśnie brak odpowiedniego stadionu stoi na przeszkodzie przed przyjęciem KAK do grona międzynarodowej rodziny piłkarskiej. Budowa Arktisk Stadion, w pełni zadaszonego obiektu, utknęła jednak w miejscu. Aplikacja o przyjęcie do UEFA stała się natomiast nierealna, choć przecież dziewięć lat temu - mimo protestów Hiszpanów - w struktury federacji wszedł Gibraltar. Obecne przepisy są dużo ostrzejsze i nowym członkiem europejskiej konfederacji może zostać jedynie związek reprezentujący terytorium uznawane w pełni za autonomiczne przez ONZ.
Skoro przy nowych zasadach UEFA nie mogłaby powtórzyć się nie tylko historia Gibraltaru, ale również Wysp Owczych, które przecież podobnie jak Grenlandia należą do Danii, KAK zwrócił się w kierunku CONCACAF. W maju 2024 złożył nawet oficjalną aplikację o przyjęcie w struktury północnoamerykańskie. Wyspiarze wiązali z nią spore nadzieje, ale te zostały zniweczone w czerwcu 2025, kiedy podczas kongresu w Miami 41 federacji podjęło jednomyślną decyzję o odrzuceniu wniosku. Grenlandczycy poczuli się wtedy porzuceni, a w kuluarach spekulowano, że za taką decyzją członków CONCACAF wcale nie stały kwestie formalne, tylko lobbing ze strony USSF, czyli amerykańskiego związku piłkarskiego. Inna teoria mówiła natomiast, że pozostałe federacje były niechętne do przyjęcia Grenlandii z uwagi na ogromne koszty związane z podróżą na tę wyspę.
- Pieniądze są jedynym z głównych powodów, dla których nadal nie jesteśmy członkiem żadnej konfederacji. Wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że koszty związane z podróżą na Grenlandię są bardzo wysokie. Do tego jeśli dołączylibyśmy do UEFA czy CONCACAF, te organizacje musiałyby nam też w jakimś stopniu pomóc finansowo. Tu nie chodzi więc wcale o poziom sportowy naszej kadry czy klubów, tylko kasę. Aktualnie znajdujemy się w ciężkiej sytuacji. Obecne przepisy nie pozwalają nam na rywalizację przeciwko reprezentacjom innych krajów i możemy mierzyć się jedynie z zagranicznymi klubami. Gdybyśmy chcieli stawić czoła np. Duńczykom, moglibyśmy zagrać wyłącznie z zespołem złożonym tylko z samych amatorów - żali się Frederiksen.
Halowa furtka na świat
Grenlandia musi szukać więc własnej drogi, aby się rozwijać. Od 2016 roku jest członkiem CONIFA, czyli konfederacji zrzeszającej federacje nieuznawane przez FIFA. Występuje też regularnie na Island Games, igrzyskach dla reprezentacji wysp i terytoriów autonomicznych, na których dwukrotnie - w 2013 i 2017 roku - sięgnęła nawet po wicemistrzostwo. W swojej historii 15 razy mierzyła się z reprezentacjami będącymi członkami FIFA - po raz ostatni dwa lata temu, kiedy w Turcji przegrała 0:5 z Turkmenistanem. Na mecze z wyżej notowanymi rywalami ma większe szansę za to w halowej odmianie piłki. Podczas styczniowego Futsal Week w Chorwacji jej rywalami były Rumunia (4:8), Malta (6:2) i Szwajcaria (0:3).
- W futsalu zasady rzeczywiście są mniej restrykcyjne, dlatego w ostatnich latach mogliśmy zagrać też z takimi ekipami jak Brazylia czy Dania. Fakt, że gram zarówno na hali, jak i na trawie, uważam za dobre połączenie. Jeśli pomyślisz o tym nieco szerzej, na dużym boisku zdarzają się sytuacje, w których gra toczy się na małej przestrzeni - tak jak ma to miejsce w futsalu. Dzięki grze na hali wiemy więc, jak reagować, kiedy przeciwnik jest blisko ciebie. Te umiejętności można potem wykorzystać na trawie. W ten sposób jesteśmy w stanie rozwijać się w różnych kierunkach i ta uniwersalność przydaje nam się potem w grze 11 na 11. Na razie sam preferuję futsal, ponieważ mogę go uprawiać przez cały rok. Jeśli mielibyśmy tu odpowiednie warunki do trenowania klasycznej odmiany piłki, czuję, że miałaby ona dużo większe znaczenie w moim życiu - opowiada Frederiksen.
Grenlandczycy oprócz gry w futsal starają się też rozwijać rodzimy futbol poprzez wysyłanie najzdolniejszych piłkarzy do innych krajów, głównie Danii. W ostatnich latach to właśnie tam występowali Nemo Thomsen, Mathias Christensen czy Adam Ejler, a Rene Eriksen Petersen grał w drugiej drużynie Klaksviku z Wysp Owczych. Na razie najcenniejszym grenlandzkim towarem eksportowym pozostają futsaliści. Wszyscy piłkarscy entuzjaści na wyspie marzą jednak o tym, że pewnego dnia ich zawodnik pojawi się w klubie z TOP5 lub zagra w Lidze Mistrzów.
- To byłoby niesamowite i miałoby ogromne znaczenie dla rozwoju piłki nożnej na Grenlandii. Dobrym przykładem jest tutaj William Gantzhorn. To rodowity Grenlandczyk, który aktualnie występuje dla reprezentacji Danii i jest jednym z najlepszych zawodników tamtejszej ligi. Tu wszyscy go znają i bardzo chcieliby podążyć jego śladem, czyli trafić do Europy i spełniać swoje marzenia o grze w futsal lub piłkę nożną na profesjonalnym czy przynajmniej półprofesjonalnym poziomie. W ostatnim czasie widzimy coraz więcej młodych ludzi, którzy do tego dążą - dodaje.
Początek mundialowego domino
Grenlandia od kilku miesięcy jest na ustach całego świata nie ze względu na jej dokonania piłkarskie czy futsalowe, lecz z uwagi na konflikt na linii Waszyngton - Kopenhaga i plany aneksji tego terytorium przez prezydenta Stanów Zjednoczonych, Donalda Trumpa. Pod koniec stycznia pojawiły się głosy, że w związku z ekspansywną polityką USA europejskie kraje mogą nawet zbojkotować nadchodzące mistrzostwa świata. To byłby policzek w stronę Trumpa i jego administracji. W Holandii pod petycją w tej sprawie podpisało się ponad 168 tysięcy osób. Choć biorąc pod uwagę potencjalne konsekwencje, szanse takiego bojkotu są raczej mało prawdopodobne, futbol może stanowić element gry politycznej.
- Bez wątpienia sport, w tym piłka nożna mogą zostać użyte jako narzędzie polityczne, ale zdecydowanie nie powinno to tak wyglądać. Uważam, że futbol i polityka powinny zostać rozdzielone. Kiedy gramy w piłkę, wszyscy czujemy się jednością. Niezależnie od twojego pochodzenia, rasy czy też orientacji seksualnej, jesteś więcej niż mile widziany na boisku czy trybunach. W piłce nożnej nie ma więc miejsca na politykę. Poprzez nasz sport możemy za to pokazać, że jako Grenlandczycy znacznie się rozwijamy i czynimy coraz większe postępy, i że możemy być niezależni od innych - mówi Frederiksen.
Grenlandzkie środowisko piłkarskie być może po cichu liczy, że na całej tej grze politycznej uda mu się zbić własny kapitał. Ruchy niepodległościowe na wyspie są coraz mocniejsze. Według zeszłorocznego sondażu przeprowadzonego przez Verian dla duńskiego dziennika Berlingske i grenlandzkiego Sermitsiaq, aż 84 procent mieszkańców terytorium chciałoby jego niepodległości. Taka postawa Grenlandczyków oraz niezmienne zainteresowanie ze strony Trumpa może skłonić duński rząd do większych inwestycji na wyspie. I właśnie na tym mógłby zyskać futbol, gdyby wreszcie ruszyły prace nad Arktisk Stadion. To byłby kamień milowy w dziejach grenlandzkiej piłki.
- Moim największym marzeniem byłoby rozegranie meczu domowego w piłkę nożną tutaj, na Grenlandii, przy pełnym stadionie i przeciwko innemu krajowi. Nie ma dla mnie większego znaczenia, co to byłby za rywal. Może to w konsekwencji przybliżyłoby nas do występów w eliminacjach do któregoś z wielkich turniejów. Oczywiście, że pewnego dnia chciałbym, aby Grenlandia zagrała na mistrzostwach świata. To jest marzenie, którego ja sam już pewnie nie spełnię, ale które mogę osiągnąć dla przyszłych pokoleń naszych piłkarzy poprzez dawanie im przykładu na co dzień - podsumowuje Frederiksen.