Ostatnio ławka, teraz pierwszy skład ze Szwecją? To może być plan Urbana na gwiazdę rywali
Czas zrobić decydujący krok. We wtorkowy wieczór reprezentacja Polski w finale baraży powalczy z reprezentacją Szwecji o awans na tegoroczny mundial. Biało-czerwoni, głównie przez miejsce rozgrywania spotkania, faworytem nie będą. Ale bez wątpienia stać ich na to, aby kolejny raz zagrać na nosie ekipie “Trzech Koron”. Sprawdzamy, co słychać w szeregach obu zespołów.
29 marca 2022 roku. Dziś od tego dnia mijają niemal dokładnie cztery lata. To wówczas reprezentacja Polski w finale baraży do mistrzostw świata pokonała Szwecję 2:0 i mogła bukować loty do Kataru. Czy wieczorem historia zatoczy koło? Mamy taką nadzieję. Cel jest ten sam, rywal ten sam, ale okoliczności już nieco inne. Pierwsza, która przychodzi do głowy, to miejsce rozgrywania meczu. Nie Chorzów, a Sztokholm. I to na pewno działa na korzyść naszych rywali.
Ostatni raz Polska na wyjeździe pokonała bowiem Szwecję w… 1930 roku. Szmat czasu temu. Nie jest to zwyczajnie teren, który nam leży. Nie jest też za bardzo przeciwnik, który nam leży, choć - no właśnie - cztery lata temu udało się go przecież pokonać. Może więc nie ma sensu zwracać dziś dużej uwagi na historię, a skupić trzeba się na tym, co tu i teraz.
Który obraz Szwecji zobaczymy?
Gdybyśmy mecz ze Szwecją rozgrywali kilka miesięcy temu, bylibyśmy pewnie większymi optymistami. Podczas gdy biało-czerwoni już pod wodzą Jana Urbana dwukrotnie zatrzymywali Holandię, a eliminacje kończyli mimo wszystko w dobrych humorach, Szwedzi uderzali o dno. W grupowych eliminacjach do mundialu spisali się katastrofalnie. W sześciu meczach zdobyli zaledwie dwa punkty, zamykając stawkę. Musieli uznać wyższość Szwajcarii, Kosowa i Słowenii.
Jeszcze w trakcie tamtych zmagań na selekcjonerskim stołku Szwedów doszło do zmiany. Jona Dahla Tomassona, który na stanowisku wytrwał 592 dni, zastąpił Graham Potter. Szkoleniowiec już z dużą marką, przede wszystkim w świecie klubowym, ale też trener ewidentnie potrzebujący odbudowy po zupełnie nieudanych przygodach w Chelsea i West Hamie.
Efektu nowej miotły nie było. Anglik przejął Szwecją na dwie ostatnie kolejki eliminacji, po czym przegrał 1:4 ze Szwajcarią i zremisował 1:1 ze Słowenią. Wtedy miał jednak wyjątkowo mało czasu na wprowadzenie konkretnych zmian. Dziś wiemy już, że zdecydowanie lepiej wykorzystał potem prawie cztery miesiące pod znakiem przygotowań do baraży.
No właśnie, Szwedzi kompletnie zawalili eliminacje, ale dziś to żaden problem, bo jest jeszcze furtka boczna. Baraże, do których można trafić dzięki wcześniejszej grze w Lidze Narodów. Ekipa “Trzech Koron” dostała więc drugie życie. I teraz jest krok od tego, by wykorzystać je perfekcyjnie. Do awansu na mundial pozostał jeden krok. Ten drugi Szwedzi zrobili w miniony czwartek. Na etapie barażowego półfinału pokonali bez większych problemów Ukrainę (3:1). Zrobili to, chociaż przystępowali do spotkania bez kilku bardzo ważnych gwiazd.
Z Gyokeresem, ale bez Isaka i Kulusevskiego
Potter, niczym jego bardziej znany rodak o tym samym nazwisku, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmienił rzeczywistość. Drużynę rozbitą, pogubioną, tęskniącą za smakiem zwycięstwa, przeobraził w solidnie funkcjonujący zespół. Nadal mający swoje braki i mankamenty, ale wyglądający już na murawie o niebo lepiej.
Na kogo Polacy muszą szczególnie uważać? Oczywiście na Viktora Gyokeresa. Napastnik Arsenalu przeciwko Ukrainie ustrzelił hat-tricka. Jest więc w dużym gazie i może być sporym utrapieniem dla polskiej defensywy. Na szczęście do pomocy nie będzie miał Alexandra Isaka z Liverpoolu oraz Dejana Kulusevskiego z Tottenhamu. Te dwie gwiazdy, wyceniane łącznie na 135 mln euro, leczą kontuzje. Podobnie jak podstawowy środkowy obrońca, Isak Hien. On akurat był w kadrze na baraże, ale uraz złapał w półfinale. To dla “Trzech Koron” spora strata.
- Kontuzjowane są nasze dwie inne supergwiazdy: Dejan Kulusevski i Alexander Isak. Gdybyśmy mieli ich do dyspozycji, ten mecz wyglądałby zupełnie inaczej. A tak, poza Gyokeresem, nie mamy wielu opcji. Jest Lucas Bergvall z Tottenhamu, który dobrze się pokazał wchodząc z ławki z Ukrainą. On dopiero wraca po kontuzji i nie jest jeszcze w topowej formie, ale może te kilka dni spędzone z reprezentacją pozwoli mu poprawić kondycję meczową. Jest jeszcze Elanga, który ma oczywiste atuty, ale nie rozgrywa dobrego sezonu w Newcastle. Myślę, że musimy polegać głównie na Gyokeresie - tłumaczy w rozmowie z Meczyki.pl szwedzki dziennikarz, Theo Bylund. Więcej TUTAJ.
Szwedzi nie wyjdą więc we wtorkowy wieczór na galowo. Ale nawet mimo tego uchodzą za delikatnego faworyta meczu z Polską, co potwierdzają też kursy bukmacherskie.
Co zmieni Urban?
Biało-czerwoni kadrowo będą silniejsi niż we wtorek, bo po pauzie za kartki wróci Nicola Zalewski. To znakomita informacja z kilku względów. Po pierwsze - mówimy o piłkarzu, który potwierdzał już w kadrze, że potrafi być jej motorem napędowym. Po drugie - zawodnik Atalanty w końcu gra bardzo regularnie w klubie i po prostu jest w dobrej formie. No i po trzecie - daje on selekcjonerowi kilka dodatkowych opcji. Może zagrać i jako jedna z dwóch “dziesiątek”, i jako wahadłowy.
Mimo wszystko bardziej prawdopodobne wydaje się ustawienie Zalewskiego w roli ofensywnego pomocnika, pod Robertem Lewandowski, a obok Jakuba Kamińskiego. Wówczas na lewej flance najprawdopodobniej pozostanie Michał Skóraś. On co prawda w meczu z Albanią wyglądał przeciętnie, ale i tak cieszy się dużym zaufaniem Urbana, grając właściwie cały czas od deski do deski. Ze składu wypadnie więc zapewne Filip Rózga.
Czy selekcjoner zdecyduje się jeszcze na jakieś zmiany? Można zastanawiać się, czy w miejsce Tomasza Kędziory nie powinien wskoczyć obrońca o nieco innej charakterystyce, bardziej mobilny, szybki, mogący dzięki takiemu zestawowi cech lepiej poradzić sobie z Gyokeresem. Do głowy przychodzi Przemysław Wiśniewski. W kadrze zdążył on już pokazać, przede wszystkim podczas starcia z Holandią, że nawet wielkie gwiazdy nie są mu straszne.
Inne znaki zapytania? Trudno wskazać, choć pewna lampka ostrzegawcza pali się pewnie w środku pola. Piotr Zieliński i Sebastian Szymański dobrze spisali się w półfinale, a ten drugi błyszczał nie tylko w ofensywie, ale i w odbiorze, natomiast kto wie, czy Urban nie będzie chciał bardziej zaryglować tej strefy boiska. Może wówczas wrzucić do jedenastki Bartosza Slisza lub Jakuba Modera, a Szymańskiego przesunąć wyżej, na jedną z dwóch “dziesiątek”. Wtedy Zalewski powędrowałby pewnie na wahadło, a ze składu wypadłby Skóraś. Pachnie tu jednak wtedy już daleko idącym kombinatorstwem. Do głowy przychodzi od razu EURO 2024, gdy Michał Probierz na kluczowy mecz z Austrią nagle ustawił środek pola zdecydowanie bardziej defensywnie, co skończyło się katastrofą.
Cash, pobudka
Tyle o składzie. Przed meczem ze Szwecją na pewno cieszy postawa kilku kluczowych postaci. Zieliński we wtorek potwierdził klasę, został bohaterem, choć trzeba przyznać, że (pomijając gola) nie rozegrał wcale wielkiego spotkania. Lepiej wyglądał imponująco rosnący w kadrze Szymański. Swoje zrobił też Lewandowski, a kluczową interwencję, utrzymującą zespół przy życiu, zanotował Grabara,
Lepiej w Sztokholmie muszą natomiast zagrać Cash czy Bednarek. Ten pierwszy podczas spotkania z Albanią zanotował fatalną pierwszą połowę. Na szczęście później się obudził. Drugi z kolei całościowo nie prezentował się źle, miał wiele ważnych interwencji, ale przy golu dla Albańczyków zawalił po całości. Pozostaje mieć nadzieję, że to wypadek przy pracy. Przecież defensor FC Porto rozgrywa naprawdę świetny sezon.
Chociaż przez lata to Szwedzi lepiej prezentowali się na wielkich turniejach, częściej niż my przedzierając się do fazy pucharowej, ostatnio w ogóle nie potrafią na nie awansować. W telewizji oglądali i MŚ 2022, i EURO 2024, podczas gdy biało-czerwoni grają na każdej wielkiej imprezie, począwszy od EURO 2016. To być może też dla Polski pewna przewaga psychologiczna. Szwedzi są bardziej głodni awansu, ale jednocześnie stoją przed większą presją.