Pachnie katastrofą w Realu Madryt. "Wyjście z niej zajmie całe dekady"

Pachnie katastrofą w Realu Madryt. "Wyjście z niej zajmie całe dekady"
charnsitr / shutterstock
Wojciech - Klimczyszyn
Wojciech KlimczyszynDzisiaj · 07:00
Cudem wyrwane zwycięstwo z Romą zamaskowało katastrofę, ale nie oszuka faktów. Real Madryt pod wodzą Jose Mourinho gra koszmarnie, a na boisku oglądamy zespół pełen absurdów i gwiazdek dbających bardziej o swoje sociale niż dobro klubu. Czy “Królewscy” właśnie kroczą drogą do wieloletniego marazmu?
W środę ponownie zrobili to, z czego od zawsze słynęli na boiskach Ligi Mistrzów. Real urządził prawdziwy dreszczowiec w samej końcówce, wyrywając dramatyczne zwycięstwo 4:3 nad Romą. Do 81. minuty Los Blancos przegrywali 1:3, lecz zdołali odwrócić losy spotkania dzięki trafieniom Carlosa Espiego, Endricka oraz Antonio Ruedigera, który w 90. minucie przypieczętował wygraną.
Dalsza część tekstu pod wideo
A jednak. Choć szalony pościg i wygrana mają w sobie pierwiastek dawnej magii Realu Madryt i Jose Mourinho, na dłuższą metę taka gra jest nie do utrzymania. Środowe starcie było kolejnym bezbarwnym występem “Królewskich” – widowiskiem, jakich w tym sezonie oglądaliśmy już zdecydowanie za dużo. Zespół gra poniżej oczekiwań i choć część odpowiedzialności leży po stronie piłkarzy, to na trenera spada największy ciężar. Mamy 2026 rok i nie da się ukryć, że „The Special One” powoli traci swój dawny blask i autorytet.

Dobra mina do złej gry

Błędne decyzje personalne, brak czytelnego planu taktycznego, szwankująca komunikacja z drużyną i gubione po drodze punkty – druga przygoda Mourinho na Santiago Bernabeu jak dotąd przypomina pasmo rozczarowań. A w meczu przeciwko Romie szkoleniowiec “Królewskich” nie mógł chyba dokonać więcej pomyłek dotyczących pierwszego składu.
Co to był w ogóle za pomysł wystawienia w środku pola duetu Federico Valverde - Aurelien Tchouameni? Piłkarzy mających odpowiadać za rozgrywanie, a totalnie niedysponujących takimi umiejętnościami? Zostawienie na ławce chyba najlepszego gracza Realu w tym sezonie, a więc Ardy Gulera, to kolejna zbrodnia. Podobnie jak usilne trzymanie się Viniciusa, który wygląda jak bohaterowie Kosmicznego Meczu pozbawieni swoich zdolności. Dramat. Ktoś powie: zmiany były trafione. Ale szczerze? Jakie inne wyjście przy takim wyniku miał Mourinho, jak nie wprowadzenie Turka, Carlosa Espiego czy Endricka? No właśnie.
Gian Piero Gasperini, trener Romy, miał rację mówiąc po zakończeniu meczu, że jego drużyna przewyższała “Królewskich” w każdym aspekcie. Ale to nie jego zasługa. Nie trzeba wielkiej wiedzy taktycznej, by wiedzieć, że lewa strona Realu będzie przeciekała dopóki, dopóty Vinicius będzie pozorować grę obronną, do której nie ma ani serca, ani umiejętności. Rzymianie wykorzystywali to aż do bólu, podobnie jak i poprzedni rywale.
Mimo że rozgrywki dopiero się rozpoczęły, Mourinho już przechodzi kryzys, jakkolwiek by temu nie zaprzeczał. Dalsza niemoc sprowadzi na Real zagrożenie jednego z najgorszych sezonów we współczesnej historii klubu. W gabinetach w Valdebebas muszą zachować czujność i być gotowym na podjęcie radykalnych kroków, w tym zwolnienie trenera, jeśli gra zespołu nie ulegnie szybkiej poprawie.
Cierpliwość kibiców i zarządu ma jednak swoje granice, a tradycja Realu Madryt nie wybacza stagnacji. W klubie, gdzie trofea są absolutnym obowiązkiem, a piękny styl tradycyjnym wymogiem, legitymacja Mourinho oparta wyłącznie na dawnych zasługach zaczyna wygasać. Jeśli Portugalczyk nie udowodni natychmiast, że potrafi przystosować swoje metody do realiów nowoczesnego futbolu, jego powrót do stolicy Hiszpanii zostanie zapamiętany nie jako wielki renesans, lecz bolesny upadek legendy.
Jednak nie wszystko jest wypadkową złych decyzji Jose. Czas przejść do wnętrza wulkanu.

Nie mają poczucia wstydu

Kiedy wspomina się starsze pokolenia piłkarzy “Los Blancos”, widać, że wszyscy mieli wolę walki. Cechowała ich pasja, determinacja i twardy charakter. Luka Modrić, Marcelo, Sergio Ramos czy Casemiro - wszyscy byli gotowi oddać życie za herb. Obecnej generacji daleko do jakiegokolwiek poświęcenia. Barwy to barwy. Mogą być takie lub zupełnie inne. Ma się wrażenie, że żaden z graczy trzonu Realu nie jest w stanie walczyć dla kibiców i zaprezentować się tak, by nie przynieść wstydu. Jeden wyjątek potwierdza regułę: Thibaut Courtois.
Występ przeciwko Romie przez 80 minut to pokaz słabości i braku zaangażowania. Zawodnicy snuli się po boisku, patrząc sobie w oczy, ale nie potrafiąc wykrzesać iskry. Gdzie się podziała ekipa wojowników walcząca o każdy skrawek boiska? Zamiast nich widzieliśmy 10 jednolitych koszulek. Przykro to stwierdzić, ale mamy do czynienia z jednym z największych upadków nowego pokolenia “Królewskich” - indywidualności dbających w zasadzie tylko o swój wizerunek (a i tak bardziej w social mediach niż na boisku), zapominających, z jakiego źródła czerpią swoją popularność.
Dziś widownia patrzy na zespół pozbawiony tożsamości, w którym brak reakcji na boiskowe wydarzenia stał się ponurą normą. Oczekiwanie, że młode gwiazdy w końcu zrozumieją ciężar gatunkowy reprezentowania Realu Madryt, ustępuje miejsca frustracji. Jeżeli ci piłkarze natychmiast nie zmienią swojego podejścia i nie przypomną sobie, na czym polega prawdziwy gen zwycięzców, ta generacja zostanie zapamiętana nie jako kontynuatorzy wielkiej historii, lecz jako grupa bogatych minimalistów, dla których biała koszulka była jedynie modnym dodatkiem.

Jak zejść z drogi donikąd?

Warto to raz jeszcze wyraźnie podkreślić: powierzchowny sukces w Rzymie nie zakryje głębokiego kryzysu w Realu Madryt. Czwarta pozycja w tabeli La Liga, sześć punktów straty do prowadzącej Barcelony, zatrważająca liczba traconych bramek oraz brak jakiejkolwiek płynności w grze to obecny, niezakłamany obraz zespołu. Dodatkowo niepokoi zjazd formy liderów. Vinicius, Valverde czy Tchouameni wyglądają na boisku jak własne cienie. Ponieważ brakuje jakichkolwiek sygnałów zwiastujących szybką poprawę, ciśnie się na usta pytanie: dokąd to wszystko zmierza?
Powiedzmy sobie wprost: w tym sezonie Real nie sięgnie ani po mistrzostwo Hiszpanii, ani po Ligę Mistrzów. Przy obecnej dyspozycji sukcesem będzie wicemistrzostwo kraju i zgarnięcie którejś z nagród pocieszenia: krajowego pucharu czy superpucharu. Co czeka drużynę w najbliższej przyszłości? W jaki sposób opanować ten chaos i wyprowadzić klub na prostą? Dziś nikt w Madrycie nie zna odpowiedzi na te pytania. Wszystko wskazuje na to, że “Królewscy” są w głębokim rozkładzie i mogą na dłużej utknąć w wieloletnim marazmie, stając się hiszpańskim odpowiednikiem Juventusu czy Manchesteru United z ich najgorszych lat.
Santiago Bernabeu nie toleruje jednak przeciętności, a widmo organizacyjnej i sportowej degradacji to dla władz klubu scenariusz absolutnie niedopuszczalny. Czas na półśrodki i godzenie się z losem definitywnie się skończył – bez natychmiastowych i odważnych decyzji na szczycie oraz gruntownej przebudowy zespołu, Real ryzykuje utratę statusu dominatora na długie lata. Jeśli sternicy klubu szybko nie przejmą sterów i nie wyznaczą nowego, jasnego kursu, obecna sytuacja może przekształcić się w katastrofę, z której wyjście zajmie całe dekady.

Dyskusja

Przeczytaj również