Piłkarskie jaja w Ekstraklasie. Zapamiętamy to na lata. "Nieprawdopodobne"
Zagłębie Lubin ma 14 punktów zapasu nad strefą spadkową, a mimo tego Leszek Ojrzyński wyraża niepewność dotyczącą utrzymania. Przesada? Niekoniecznie. Raczej najbardziej niezwykły sezon naszego ulubionego serialu.
Spotkanie Legii z Cracovią (kto jeszcze pamięta, że "Pasy" przewodziły stawce?) nie zachwyciło i to delikatnie mówiąc. Jeszcze gorsze widowisko kilka godzin wcześniej zaserwowały Motor do spółki z Górnikiem. Ale chyba nikt ze stałych widzów Ekstraklasy narzekać nie będzie. Bo wygrana Legii i kolejna strata punktów przez Górnika znów sporo namieszały w tabeli, której końcowego układu nie da się przewidzieć.
Dożywotni program na EzoTV (cześć jego pamięci) temu, który bezbłędnie odgadnie ostateczny układ. Wszystko ściśnięte jest poza granice możliwości. Obecny lider - Zagłębie - ma 14 punktów zapasu nad strefą spadkową. Niby dużo, tym bardziej, że zostało jeszcze raptem 10 kolejek. Ale Leszek Ojrzyński nie tylko ostrożnie podchodzi do kwestii mistrzostwa, ale też utrzymania. W tej rundzie jego zespół jako jedyny nie przegrał od lutego i... nie ma to gigantycznego znaczenia wobec wiatru zmian mogącego porwać absolutnie każdą drużynę.
- Nie wiem, czy to wystarczy do utrzymania... Jeszcze niedawno tak się wydawało, ale życie toczy się dalej. Na razie jesteśmy na bardzo dobrej drodze, by sprawić niespodziankę. 90 procent fachowców widziało w nas pewniaka do spadku - przytomnie ocenił Ojrzyński po meczu z Lechem. "Kolejorz" też kwalifikuje się do grona drużyn niestabilnych, wszak po sześciu zwycięstwach z rzędu przyszły dwie porażki, które mogą odcisnąć stałe piętno na ocenie pracy Nielsa Frederiksena. Mogą, ale nie muszą, bo w dużej mierze wszystko opiera się na wróżeniu z fusów.
Oczywiście, w teorii pewne statystyki potrafią dość skutecznie naświetlić temat i zasygnalizować, która drużyna ma największe szanse na określone cele. Ale obecna Ekstraklasa dworuje sobie z takiego podejścia. Liczby wskazują, że Lechia powinna strzelić blisko 10 goli mniej, podobnie jak Zagłębie. Po drugiej stronie barykady w tym względzie byłaby Legia, Widzew powinien stracić sześć goli mniej, Lechia 11, zaś Piast sześć więcej. I tak dalej, i tak dalej.
Osiem drużyn miało serię przynajmniej trzech zwycięstw z rzędu, ale z drugiej strony cztery przegrały przynajmniej trzy kolejne spotkania. Większość miała serię z maksymalnie jednym punktem w trzech meczach. Trudno mówić o pełnowartościowej stabilizacji formy, drużyny żyją swoimi momentami. Lech, Jagiellonia czy Raków trzymają się czołówki od startu rozgrywek, ale ich przewaga nad 16. Widzewem to 11 punktów. Mijanka to myśl uroniona, lecz w mniejszym stopniu niż, załóżmy, w Czechach - trzecia Viktoria zdobyła blisko dwa razy więcej punktów niż 14. Slovacko.
Szósta Wisła, niedawno liderująca stawce, zaczyna z coraz większym niepokojem spoglądać na ostatnią trójkę. Papszun pozbierał Legię, Widzew wybrał najlepszą opcję na rynku i w końcu zaczęło sprzyjać mu szczęście. I taka Wisła jak najbardziej może spaść - zespół Mariusza Misiury przeczytano, jeden z liderów defensywy odszedł, zaczęły się nieprawdopodobne schody. Jeśli w najbliższej kolejce klątwę meczu wyjazdowego zdejmie Arka, co zarazem będzie stanowiło kolejny dowód na tezę, że w tym sezonie brakuje już tylko smoków i rycerzy w lśniących zbrojach, w Płocku będą powoli zapominać o spokojnym śnie. A przecież to szósta siła Ekstraklasy. Szósta!
W ostatniej kolejce wygrały tylko trzy zespoły z górnej połowy tabeli. Jeśli chodzi o ekipy z miejsc pięć-siedem, to w ostatnich 15 meczach odniosły one... jedno zwycięstwo. W dodatku zrobiła to Wisła, o której kłopotach pisałem przed chwilą. Radomiak ma pięć punktów do pucharów i pięć punktów nad strefą spadkową. Obecna forma podopiecznych Goncalo Feio kieruje bardziej w stronę I ligi, ale hej, umówiliśmy się już, że tutaj nie ma rzeczy przesądzonych.
Nie wystawia to być może najlepszego świadectwa sile ligi - zdecydowanie za bardzo wzięto sobie do serca stwierdzenie: tutaj każdy może z każdym - lecz granicę nieprawdopodobnego przekroczono do tego stopnia, że chyba nikt nie zamierza się zżymać i udawać braku zafascynowania. Ten sezon Ekstraklasy to zjawisko samo w sobie. Najbardziej wykręcony sezon ulubionego serialu, o czym świetnie już jakiś czas temu opowiadał Leszek Milewski. Ekstraklasę nie zawsze da się w ogóle oglądać tylko ze względów sportowych, niezwykłego znaczenia nabiera kontekst. Tego zaś nie brakuje, każde spotkanie dostarcza czegoś. Być może moglibyśmy się nawet obrazić na scenarzystów, ale zaręczam, że przy spokojniejszym sezonie z rozrzewnieniem będziemy wspominać trwający.
Nie dopuszczam do siebie innej myśli. Przecież dzięki zwycięstwu nad Lechem skonstruowany za miliony Widzew - który do starcia w Łodzi podszedł bez najdroższego nabytku w Ekstraklasie, piłkarza za milion i reprezentanta Polski - przeskoczył Legię i ta znalazła się na musiku w spotkaniu z Cracovią. Warszawiacy wygrali, bohaterem został krytykowany mimo strzelenia gola Mileta Rajović, a kluczowe znaczenie dla stołecznych znów miała postawa nieprzejednanego Patryka Kuna (o nim więcej pisaliśmy ostatnio TUTAJ). Gdyby ktoś przedstawił taki plan w sierpniu, zostałby uznany za obłąkanego. Ale każdy geniusz ma w sobie coś z wariata.