"Pirat" rzuca wyzwanie Mbappe i podbija Hiszpanię. "Pierwsze wrażenie? Co za olbrzym!"
Stracił ojca, gdy miał siedem lat. Ukrywał się przed serbskimi żołnierzami, a jako dziewięcioletnie dziecko już pracował, żeby pomóc rodzinie. Dla futbolu porzucił edukację, i choć po fakcie twierdzi, że miał bardzo wiele szczęścia, to trudno pozbyć się wrażenia, że ciężkie dzieciństwo zbudowało jego boiskowy charakter. Dziś Vedat Muriqi podbija hiszpańską LaLigę - na Majorce zbudował sobie pomnik, a bardziej bramkostrzelny w tym sezonie jest od niego tylko Kylian Mbappe.
Wiele osób spoglądających na klasyfikację strzelców LaLigi może się zdziwić, że rywalizacja o tytuł króla strzelców nie toczy się między piłkarzami Realu Madryt i FC Barcelony. Poza Kylianem Mbappe, który do siatki trafił już 19 razy, w wyścigu bierze udział jeszcze jeden, znacznie mniej oczywisty zawodnik. Mowa o Vedacie Muriqim. Kosowianin jest w trakcie najlepszego sezonu w karierze - ma na koncie 14 bramek i niemal w pojedynkę odciąga Mallorcę od strefy spadkowej.
Pirat z Balearów
Muriqi gra w Mallorce od niecałych czterech lat. Dość krótki okres, biorąc pod uwagę fakt, że 31-latek zdążył już sobie zapracować na miano klubowej legendy. Nie licząc Samuela Eto’o i Abdona Pratsa, jest najbardziej bramkostrzelnym piłkarzem w historii klubu, a w lipcu tego roku oficjalnie przedłużył kontrakt aż do końca sezonu 2028/29. Kto wie, czy nie zostanie tu do końca kariery.
- Mam wrażenie, że Bóg chce, żebym tu został. Po pierwszych sześciu miesiącach gry tutaj [na wypożyczeniu z Lazio - przyp. red.] byłem krok od transferu do Club Brugge, ale nie przeszedłem testów medycznych, więc wróciłem. Uważam, że miałem spore szczęście, bo od pierwszego dnia zarówno drużyna, jak i kibice mnie uwielbiali - opowiadał w sierpniowym wywiadzie dla ESPN.
I zdecydowanie mają go za co uwielbiać. Muriqi, choć technicznie - delikatnie mówiąc - nie ma zbyt wiele do zaoferowania, to we wzorowy sposób potrafi wykorzystać swoją przewagę fizyczną. Mając 194 centymetry wzrostu jest praktycznie nie do powstrzymania w powietrzu, a grając bez piłki nie boi się konfrontacji, więc często nakłada agresywny pressing na wyprowadzających akcję piłkarzy rywali. Waleczność, pracowitość i poświęcenie dla drużyny były obecne w jego grze od zawsze, dzięki czemu zaskarbił sobie sympatię kibiców bardzo szybko. Jeszcze za czasów gry w Lazio otrzymał pseudonim “Pirat” - początkowo wzięła się ona od jego wyglądu, ale już na Majorce zaczął celebrować bramki symbolicznie zasłaniając jedno oko. W meczu poprzedniej, 20. kolejki LaLigi z Athletikiem Bilbao (3:2) mógł wykonać tę cieszynkę aż trzykrotnie - strzelił bowiem swojego pierwszego hat-tricka w karierze dla “Los Bermeillones”. Fakt, że jedynie legendarny Eto’o jest on niego lepszy, jeśli chodzi o gole strzelone dla Mallorki w hiszpańskiej ekstraklasie, mówi już wystarczająco wiele.
Porysowany w bałkańskim kotle
Nie zawsze jednak było tak kolorowo. Na początku 2022 roku, tuż przed pierwszym wypożyczeniem do klubu z Majorki, Muriqi miał za sobą katastrofalne półtora sezonu w Lazio, dla którego w 49 rozegranych meczach strzelił zaledwie dwa gole. Sam fakt, że w okresie pandemii COVID-19 tak renomowany klub postanowił wydać na niego aż 21 milionów euro, był kwintesencją uporu napastnika i dowodem na to, że ciężką pracą można osiągnąć naprawdę wiele. Do tego momentu przeszedł bowiem bardzo wyboistą drogę.
Vedat przyszedł na świat w 1994 roku w Prizren, czyli obecnie drugim największym mieście Kosowa. Gdy miał dwa lata, jego rodzinna miejscowość stała się centrum krwawych napięć, podczas których serbscy żołnierze przeprowadzali czystki etniczne na muzułmańskiej ludności pozostałej w Kosowie. Wraz ze swoimi bliskimi, Muriqi od najmłodszych lat musiał ukrywać się przed policją, która mordowała lub przymusowo wysiedlała albańskich cywili.
- W domu było nas 50-55 osób i przez dwa dni musieliśmy spać na butelkach w spiżarni. Każdy z nas wypijał dziennie po dwa litry mleka. Byliśmy dziećmi i na prośby o jedzenie nasze mamy reagowały płaczem, ponieważ nie miały nam co dać. Na śniadanie, obiad i kolację jedliśmy chleb z cebulą. Serbscy żołnierze zabrali nam pieniądze i kosztowności. Grozili, że zbombardują nasz dom, jeśli nie opuścimy go w ciągu dwóch godzin - opowiadał w rozmowie z Mondo Napoli.
Ojciec Muriqiego też był piłkarzem, ale zmarł podczas wojny. Przyczyną jego śmierci był zawał serca, którego doznał na boisku. Vedat miał wtedy zaledwie siedem lat, jednak do tej pory bardzo dobrze ojca wspomina. W ekskluzywnym wywiadzie dla Telegrafi przyznał, że jego rodzicom bardzo zależało, by został profesjonalnym piłkarzem. Jako dziewięciolatek grał w akademii rodzimej Lirii Prizren, do czego bardzo zachęcała go mama. Na treningi musiał dojeżdżać, ale to nie przeszkadzało. Co więcej, już wtedy chodził do pracy - dorabiał w restauracji wujków, by pomóc finansowo matce i siostrze.
- Robiłem tam wszystko: byłem kelnerem, asystentem kuchennym, i tak dalej… aż do 16. roku życia, kiedy przyjechałem na stałe do Albanii. [...] Miałem też szkołę i piłkę nożną, więc zdecydowałem się rzucić szkołę, bo z futbolu nie mogłem zrezygnować. Wiem, że to nie był dobry wybór, z perspektywy czasu uważam, że miałem bardzo dużo szczęścia - tłumaczył na łamach dziennika Marca.
Olbrzym
W wieku 18 lat Muriqi przeszedł do albańskiej Teuty Durres. Już po roku został wypożyczony do znacznie słabszej Besy Kavaje, która zamiast o kwalifikacje do europejskich pucharów walczyła o utrzymanie. Nie udało jej się - sezon 2013/14 skończyła na dziewiątym miejscu w tabeli i spadła do drugiej ligi.
- Moje pierwsze wrażenie było takie: “Co za olbrzym!”. Miał rozmiar buta 48 i często żartowaliśmy z tego powodu. Poszedłem prosto do prezesa klubu i powiedziałem mu, że chcemy go w drużynie. Byłem pod wrażeniem tego zawodnika i tak właśnie się stało - zarejestrowaliśmy go bez zastanowienia. Potem odszedłem z Teuty, miejsca dla Muriqiego zaczęło brakować i został wypożyczony do Besy - wspominał ówczesny trener napastnika, Gentian Begeja.
W Teucie nie poznali się na Muriqim - na całe szczęście jednak zrobiły to tureckie kluby. W wieku 20 lat napastnik był na testach w Eskisehirsporze, i choć nie otrzymał propozycji kontraktu, to transfer wisiał w powietrzu ze względu na wygasającą umowę z Teutą. Ostatecznie pozyskał go drugoligowy Giresunspor. Turcja stała się dla Muriqiego drugim domem. Kolejne pięć sezonów spędził właśnie tam, w trzech różnych klubach.
- 2014-2016, Giresunspor: 57 meczów, 21 goli (2. liga),
- 2016-2017, Genclerbirligi: 46 meczów, 5 goli (1. liga),
- 2018-2019, Rizespor: 16 meczów, 8 goli (2. liga) i 34 mecze, 17 goli (1. liga).
W barwach Rizesporu Muriqi został wicekrólem strzelców tureckiej ekstraklasy. Później za pięć i pół miliona euro pozyskało go Fenerbahce. Jako 25-latek spełnił marzenie z dzieciństwa, zostając zawodnikiem drużyny, do której kibicowania w dzieciństwie zachęcił go dziadek. To właśnie od niego otrzymał koszulkę drużyny ze Stambułu.
Veni, vidi, Muriqi
Jeden sezon w “Fener” wystarczył, żeby Muriqiemu udało się postawić kolejny ważny krok w karierze. Transfer do Lazio nie wydawał się być jednak dobrym wyborem - głównie z tego względu, że Kosowianin z góry został przewidziany do roli zmiennika Ciro Immobile. Zdecydowanie lepszym partnerem dla Włocha był Joaquin Correa, co sprawiło, że pozycja Muriqiego w hierarchii ofensywnych zawodników rzymskiego klubu jeszcze bardziej się pogorszyła. Inna sprawa, że po prostu nie wykorzystywał otrzymywanych szans, a do klubu przyszedł w formie pozostawiającej wiele do życzenia.
- Byłem kontuzjowany, miałem COVID-a, a sam przeskok między ligą turecką a Serie A był bardzo duży. Nie byłem na to fizycznie gotowy, więc przez pierwszy rok miałem problemy, mimo że dostawałem mnóstwo minut i szans na pokazanie się. To był mój błąd, niczyj inny. Na drugi sezon przygotowałem się już lepiej, ale Sarri powiedział mi wprost, że nie jestem zawodnikiem odpowiednim do jego stylu gry - bił się w pierś napastnik podczas rozmowy dla The Laziali.
Ciekawostką jest, że szczytowe momenty kariery Muriqiego pokrywały się z sukcesami w reprezentacji narodowej. Gdy Kosowo po raz pierwszy po dołączeniu do UEFA i FIFA brało udział w międzynarodowych rozgrywkach, zajęło ostatnie miejsce w swojej grupie eliminacyjnej do MŚ 2018. Zdobyło zaledwie jeden punkt. Wówczas bohater tekstu bronił barw Genclerbirligi Ankara, gdzie nie szło mu najlepiej. Podczas kwalifikacji EURO 2020 był już gwiazdą Fenerbahce, a perspektywy bardzo się zmieniły - tamta kampania była do niedawna najlepszą w krótkiej historii kadry “Dardanët”, której zabrakło zaledwie punktu, by awansować bezpośrednio na debiutanckie ME.
Do niedawna, bo najlepsza trwa właśnie teraz. W eliminacjach do mundialu 2026 Kosowianie trafili do bardzo trudnej grupy ze Szwecją, Słowenią i Szwajcarią. Szwedów pokonali dwa razy (za każdym razem z Muriqim jako kapitanem - w Prisztinie gwiazdor Mallorki strzelił nawet gola), ze Słoweńcami zdobyli cztery punkty, a Szwajcarów zatrzymali w ostatniej kolejce, urywając remis.
Efekt? Drugie miejsce w grupie, 11 punktów i awans do baraży. Tam w półfinale czeka już Słowacja, a w ewentualnym finale zwycięzca meczu Turcja - Rumunia. Choć do samego mundialu wciąż jeszcze daleka droga, to nie da się ukryć, że występ na nim byłby dla Muriqiego idealną nagrodą za obecną formę, a nawet całokształt kariery. Być może wtedy jego inspirująca historia dotrze do większej ilości ludzi.