Lech Poznań dostał cenną lekcję od Bayeru. "Inny świat"

Ponad ćwierć wieku doświadczenia w Bayerze Leverkusen. Takim stażem mało kto może się pochwalić, tymczasem Polak - Sławomir Czarniecki - od dekad buduje akademię jednego z najlepszych niemieckich klubów. W tym czasie przyjął na staż ponad 300 trenerów z Polski, gdzie regularnie gości wraz ze swoimi szkoleniami i wykładami. Jako pierwsi z otwartych drzwi skorzystali działacze Lecha Poznań. Jakie były tego owoce?
W czeluściach internetu z łatwością trafimy na notkę prasową z 2009 roku, która dotyczy stażu trenerów Lecha Poznań w Bayerze Leverkusen. Ilustruje ją zdjęcie Marcina Wróbla, któremu towarzyszą przedstawiciele niemieckiego klubu. Obecny dyrektor najlepszej akademii w Polsce uśmiecha się, że było to tak dawno, że… miał jeszcze włosy.
Z perspektywy czasu łatwo o tym zapomnieć, lecz wtedy taki wyjazd był sporym wydarzeniem. Zachód bardzo powoli otwierał się na Polskę, takie wizyty trzeba było sobie wychodzić, załatwić i wyczekać. Lech, który teraz sam przyjmuje gości głodnych wiedzy - ostatnio z Finlandii - w Zagłębiu Ruhry terminował aż tydzień, co robiło wrażenie na wszystkich.
- 20 lat temu staże zagraniczne nie były jeszcze tak popularne, trzeba było się troszkę postarać, zwłaszcza, żeby dostać się na tydzień. Nasz właściciel miał duże możliwości na niemieckim rynku, dzięki Sławkowi mogliśmy wejść praktycznie do każdego biura. Mieliśmy spotkania z trenerami, sztabami… - mówi Wróbel w rozmowie z Meczyki.pl.
Po latach, gdy akademia Lecha mocno podgoniła zachód, stwierdza, że lekcje z Leverkusen były w tym procesie całkiem istotne.
Pierwszy polski staż w Leverkusen
- To był pierwszy staż polskiego klubu w Bayerze Leverkusen, 2009 rok. Sławomir Czarniecki nam pomagał, organizował to. W tamtym czasie to był inny świat. Ośrodek… W polskich klubach byliśmy na innym etapie, zachwycaliśmy się infrastrukturą, potem dopiero zagłębialiśmy się w to, co takiego robią, co możemy robić i my w pracy z zawodnikami - stwierdza Marcin Wróbel.
Istotny byłby tu rys historyczny. Mówimy o okresie, w którym środowisko dzieliło się na tych, którzy spijali z ust Leo Beenhakkera, twardo rozliczającego „drewniane chatki” i braki naszego systemu szkolenia oraz tych, dla których Holender to przeceniany matuzalem - vide znana anegdota o Pawle Zarzecznym sugerującym mu emeryturę.
W Polsce rosły stadiony, więc profesjonalne ośrodki czekały grzecznie w kolejce. Niemiecki futbol cieszył się tu estymą: kto mógł, ten robił karierę za Odrą, wzbudzając podziw w ojczyźnie. Niemiecką piłkę ceniliśmy do tego stopnia, że trzy lata po opisywanej wizycie w kadrze Franciszka Smudy na mistrzostwa Europy znalazło się trzech absolwentów tamtejszych akademii, w tym dwóch byłych reprezentantów młodzieżowej kadry Niemiec.
- Niemcy były wtedy najbliższym, najbardziej dostępnym kierunkiem. Najłatwiej było jechać do Niemiec i zobaczyć Bundesligę, była ona wtedy w Polsce popularna. Oprócz Bayeru był Hannover 96, gdzie drzwi otworzył nam trener Edward Kowalczuk, współpracowaliśmy też chyba z HSV - wspomina Wróbel.
Lech uczył się od Niemców
Sławomir Czarniecki był wtedy postacią z innego świata. Pracę w piłce młodzieżowej zaczął jako nastolatek. Ukończony z wyróżnieniem kurs trenerski sprawił, że trafił do akademii Bayeru Leverkusen. Znów trzeba się cofnąć do lat minionych - gdy młody Czarniecki brał pod opiekę Kevina Kampla i spółkę, pierwszy zespół Aptekarzy rywalizował z Realem Madryt o wygraną w Lidze Mistrzów.
W podkaście „Jak uczyć futbolu” wspominał, że akademia Bayeru od samego początku była tworzona z koncepcją i wizją. We Wronkach, gdzie tworzono fabrykę wychowanków Lecha, chcieli iść podobną drogą. Marcin Wróbel zbiera się jednak na refleksję, że z perspektywy czasu wyjazd do Leverkusen nie był idealny.
- Mam poczucie, że nie patrzyłem na rzeczy, na które trzeba było patrzeć, ale takie wyjazdy pomagały zrozumieć, że nie chodzi o sam trening, tylko sposób funkcjonowania z zawodnikiem. To doświadczenie, które wyniosłem z tamtych lat. Byliśmy zachłyśnięci warunkami, patrzyliśmy, że oni mają boiska, zaplecze, wielu trenerów, metody treningowe, których do końca nie rozumieliśmy. Największym wrażeniem były ich komfortowe warunki, ale widziałem, że ich trening polegał na czymś innym niż nasz.
Dopytuję więc, co to była za różnica.
- Wielką rolę w treningu odgrywał zawodnik, rozumienie gry piłkarza, nie trenera. Bardzo dużo tłumaczyli zawodnikom, rozmawiali z nimi, oni brali na siebie odpowiedzialność za rozwiązania na boisku. Było czuć, że rozmawiali w troszeczkę innym języku, jeśli chodzi o indywidualizację pracy. Dziś myślę, że w tym nie ma między nami takiej różnicy. Wiemy, że spełnianie potrzeb każdego zawodnika jest czasami ważniejsze niż to, na czym oparty będzie trening. Wtedy to była odtwórcza praca na boisku, wykonywanie zadań - tłumaczy Marcin Wróbel.
- Śmialiśmy się wtedy, że jeździmy po Europie, widzimy, że pracujemy tak samo, a oni przyjeżdżają i wysoko nas ogrywają. Nie jesteśmy w stanie nawet rywalizować jak równy z równym. To wątki indywidualne, które nie były uchwytne od razu, ale robiły kolosalną różnicę procesie - konstatuje nasz rozmówca.
Lech podpatrzył to w akademii Bayeru
W Bayerze Leverkusen roiło i roi się od Polaków. Czarniecki, który obecnie jest koordynatorem akademii, to tylko przykład. Nawet klubowym sklepem kieruje nasz rodak. Z młodymi piłkarzami pracował Tomasz Zdebel. Rolę asystenta w młodzieżowym zespole do teraz pełni Andrzej Buncol, z którym Wróbel rozmawiał podczas opisywanej wizyty. I bezpośrednio się jego pracą zainspirował.
- Andrzej Buncol prowadził treningi indywidualne. To były takie projekty, które przenosiliśmy do nas, też szukaliśmy takich rozwiązań, żeby mieć trenerów od rozwoju indywidualnego. Zatrudnialiśmy byłych piłkarzy w sztabach, to było przełożone jeden do jednego. Pokazano nam też, że można zrobić trening indywidualny, formacyjny w treningu zespołowym, że to nie musi polegać na budowaniu zespołów. Dla mnie, wówczas młodego trenera w akademii, to było istotne - przyznaje.
Wróblowi towarzyszył wówczas Wojciech Tomaszewski, również trener. Młodzi, ambitni szkoleniowcy marzyli o sukcesach w prowadzonych przez siebie zespołach. Szybko zwrócili jednak uwagę, że za zachodnią granicą są one definiowane zupełnie inaczej.
- Tam w ogóle nie mówiono o wygrywaniu ligi, szczycili się za to zawodnikiem na treningu pierwszego zespołu - wspomina Marcin Wróbel.
Lech z ówczesnego Bayeru zaczerpnął coś jeszcze. Z pozoru drobnostkę, lecz o sporej wadze w procesie rozwoju młodych piłkarzy.
- Ciekawa była techniczna rzecz: pokazywali, że chłopiec idąc drogą rozwoju zmienia zespoły, rośnie kategoria wiekowa, ale wzrastają też przywileje. Zyskują większe szatnie, sztaby, opiekę. Stopniują profity z tego, gdzie jest. W Lechu robimy podobnie, nie podnosimy standardów tak wysoko, żeby od razu dać im wszystko - kontynuuje dyrektor akademii.
Czarniecki rozwija polski futbol
Marcina Wróbla pytam też o samego Sławomira Czarnieckiego. Koordynator akademii Bayeru przyleciał z pierwszym zespołem na mecz do Poznania. W Polsce bywa jednak znacznie częściej, żeby dzielić się wiedzą. Dyrektor akademii Lecha stwierdza wręcz, że trzeba docenić znaczenie tej postaci dla polskiego szkolenia, mimo że formalnie nigdy nie był częścią naszego środowiska.
- Sławek pewnie zrobił w Polsce ze 100 różnych prelekcji. Sam miałem okazję kilkukrotnie być na spotkaniach z nim. Myślę, że miał duży wkład w rozwój polskiej piłki. Pokazywał insiderską wiedzę z pracy bardzo profesjonalnego klubu. Dzieli się tym doświadczeniem na kursach, spotkaniach. Sam korzystałem z jego wiedzy w swojej pracy dyrektorskiej, bo widziałem jak budowali akademię, nadzorowali proces wprowadzania zawodników do pierwszego zespołu, jak pracowali z transition coachem - wylicza.
Rzeczywiście, z wiedzy Czarnieckiego można czerpać garściami. Jego wywiady w Przeglądzie Sportowym, Weszło czy wspomnianym już podkaście „Jak uczyć futbolu” pełne są inspirujących teorii i przykładów z pracy topowej akademii. Topowej w skali globalnej, bo według raportu CIES Football Observatory Bayer w dekadę zarobił na wychowankach 339 milionów euro, co jest dziesiątym wynikiem na świecie i dziewiątym w Europie.
Fakt, że mówimy o „zaledwie” 12 piłkarzach; że ogromną część tej kwoty stanowi sprzedaż dwójki z nich - Kaia Havertza i Floriana Wirtza - niczego nie zmienia. Czarniecki w „JUF” podkreśla, że z biegiem lat coraz trudniej szkoli się zawodników dla pierwszego zespołu, bo jakość drużyny rośnie tak szybko, że akademii trudno za tym nadążyć.
- Żeby przebić się do pierwszego zespołu, musisz mieć jedną cechę na wybitnym poziomie. Najlepsi łączą ich kilka - mówił Przemysławowi Mamczakowi.
Akademia Bayeru Leverkusen ma budżet na poziomie pięciu, sześciu milionów euro. Lech się do tego zbliżył, sprzedaje wychowanków najlepiej w Polsce, ale wciąż może tylko marzyć o tym, żeby zarabiać na nich tyle, ile jego rywal z Ligi Europy. W Poznaniu mogą jednak z dumą stwierdzić, że to u nich gra obecnie większa liczba wychowanków.
Bayer w okresie sportowej prosperity wciąż stawia na młodzież - 14,2% minut piłkarzy U21 to 10. wynik w Europie i 2. w Bundeslidze - ale często sprowadza ją z zewnątrz. To jednak nie oznacza, że nie warto już zerkać na szkolenie w Leverkusen.
Jak szkoli Bayer Leverkusen? Niecodzienne metody
Model pracy akademii Bayeru Leverkusen przedstawiany przez Sławomira Czarnieckiego w polskich mediach wygląda niezwykle ciekawie. Klubowi bardzo zależy na tym, żeby przeprowadzić skuteczną rekrutację już na poziomie zespołu U-8 i utrzymać zawodników w klubie przez cały proces szkolenia. Co dzieje się z nimi dalej? Bayer nie posiada drużyny rezerw i zespołu U-18. To celowe działanie.
Bayer nie chce, żeby młodzież żyła złudzeniem o karierze poprzez egzystowanie w rezerwach. Ich istnienie ma sens szkoleniowy, gdy mówimy o zespole na trzecim szczeblu rozgrywek. To jednak podwoiłoby nakłady na akademię, więc klub woli inwestować w szkolenie, trenerów, nie drugi zespół. W Leverkusen praktykują za to wypożyczenia lub nawet odsprzedaż zawodników z opcją wykupu - wszystko, byle przebili się do profesjonalnej piłki.
Efekty tej metody oglądamy w czasie rzeczywistym: Kerim Alajbegović, którego sprzedano i odkupiono z RB Salzburg, zarobił dla klubu ponad 30 mln euro, bo przyszedł po niego Juventus. Bayer czasem woli piłkarza sprzedać i nadpłacić, żeby wyciągnąć go z powrotem, bo wie, że niekiedy status wypożyczonego powoduje brak realnej szansy.
Nie jest to jednak normą. Francis Onyeka ogrywa się w Elversbergu, żeby wzmocnić Bayer w przyszłości, albo, śladem Bośniaka, pozwolić na profit za szkolenie. Jeśli nie uda się umieścić piłkarza w pierwszym zespole, celem jest właśnie to: zarobienie na talencie.
Czarniecki tłumaczył, że w akademii Bayeru trenerzy najmłodszych roczników są bardzo dobrze opłacani, bo chłopcy do 12. roku życia powinni pracować z najlepszymi szkoleniowcami. Wtedy uczą się przecież najwięcej. Uwagę przywiązuje się do tworzenia właściwego środowiska, pracy nad mentalnością i zachęcania dzieci do odważnej, kreatywnej gry, szybkiego odzyskiwania piłki, generowania zagrożenia.
Drużyny Bayeru operują w systemie z czwórką obrońców z tyłu, zależy im na utrzymywaniu się przy piłce - im więcej kontaktów z nią, tym więcej się uczysz. Nad taktyką i siłą pracują dopiero w ostatnich etapach. Ogromną rolę w szkoleniu i skautingu młodzieży odgrywa charakter.
- W jaki sposób podchodzi do treningu, czy jest zmotywowany, czy tej motywacji potrzebuje. Charakter jest podstawą transferu, ankieta obserwacyjna ze skautingu młodzieżowego ma znaczenie nawet na etapie przejścia do pierwszego zespołu - mówił Czarniecki w „Jak uczyć futbolu”.
Bayer, czyli Liga Mistrzów we wszystkim
W akademii Bayeru praktykuje się mentoring także dla rodziców. Powstał dział opieki i zarządzania nimi, bezpośrednich kontaktów. Panuje zasada, żeby nie ściągać do klubu piłkarzy z miejsc tak odległych, że więcej czasu zajmie im dojazd na trening niż same zajęcia. Wyjątki stanowią wybitne jednostki: skauting krajowy i międzynarodowy dotyczy tylko tych, którzy odegrają istotną rolę w zespole.
Bayer na tyle dba o komfort rodzin zawodników, że oferuje nawet transport na treningi. Tygodniowo „oszczędza” mamie i tacie kilkaset kilometrów. Klub regularnie zabiera też drużynę na międzynarodowe turnieje, bo tam mniej patrzy się na taktykę i oferuje się piłkarzom więcej minut niż w przypadku ligowego, lokalnego grania.
Klub ani akademia nie mają partnerów ani filii w regionie. Nawiązują relacje poprzez uczciwą współpracę. Ściągając młodego piłkarza oferują coś ponad ekwiwalent, żeby wpływać na rozwój środowiska, mniejszych drużyn. Bayer też czerpie z zewnątrz. Współpracuje z Uniwersytetem Sportowym w Kolonii, z którym przeprowadza badania wieku biologicznego talentów. Ważną rolę pełni tam człowiek, który postawił na nogi szkolenie w Danii - Keld Bordinggaard.
- Bayer to projekt, który w Bundeslidze obserwuję najbardziej. Widzę, jak się rozwijają - parę lat temu mocno poszli w szkołę hiszpańską, trenerów z tego kierunku. Nie bali się wprowadzić aspektów z piłki europejskiej - stwierdza Marcin Wróbel, gdy pytam go o to, co sądzi o akademii Bayeru dziś, prawie dwie dekady po pierwszej wizycie w Leverkusen.
Ostatni okres to skupienie na aktywnej grze. Zawodnik ma czuć się swobodnie w grze, żeby się rozwijać. Idealnie, jeśli praktykuje kilka sportów, jest wszechstronny. Młodzież bywa przesuwana w górę lub w dół drabinki, w zależności od wieku biologicznego. Z rozmów ze Sławomirem Czarnieckim można wywnioskować, że w Bayerze jak nigdzie ważny jest czas, cierpliwość.
- Talentów jest dużo, ale mało z nich przebija się do profesjonalnego futbolu. Wielu gubi się na ostatnim etapie. Po 10 latach w akademii myślą, że podbiegli pod metę. Talent jest najważniejszy, ale nawet w U-15 trudno określić, kto go ma. Jeden ma predyspozycje, lecz potrzebuje czasu, inny jest już gotowy - tłumaczył koordynator akademii Bayeru na Weszło.
Słuchając kolejnych lekcji Sławomira Czarnieckiego łatwo zrozumieć, dlaczego polskie środowisko łaknie tej wiedzy. Lech Poznań to zapoczątkował, ale kontynuatorów przybywa. I dobrze, bo hasło „Liga Mistrzów we wszystkim”, które przyświeca Bayerowi, jest niezwykle trafne.