"Polski" mecz na szczycie zagranicznej ligi. Może zadecydować o tytule. Pachnie gigasensacją

"Polski" mecz na szczycie zagranicznej ligi. Może zadecydować o tytule. Pachnie gigasensacją
IPA / pressfocus
Adam - Kowalczyk
Adam KowalczykDzisiaj · 08:00
Rzadko się zdarza, by dwóch Polaków walczyło ze sobą o mistrzostwo kraju w lidze zagranicznej. A co dopiero w lidze tak egzotycznej, jak… azerska. Karabach Mateusza Kochalskiego i Sabah Tymoteusza Puchacza już w niedzielę zagrają w bezpośrednim meczu, który może okazać się kluczowy w kontekście dalszej walki o tytuł. Co więcej, nasi reprezentanci radzą sobie świetnie i powinniśmy się ich spodziewać w pierwszym składzie.
Szczególnie dużo w sezonie 2025/26 mówi się właśnie o Karabachu, który w trwającej edycji Ligi Mistrzów sprawił kilka niespodzianek. Potrafił urwać punkty Chelsea (2:2), a także pokonać Eintracht Frankfurt (3:2) czy Benfikę (3:2) prowadzoną przez Jose Mourinho. Sabah robi zaś furorę na podwórku ligowym i jest na dobrej drodze do wygrania swojego pierwszego mistrzostwa w historii.
Dalsza część tekstu pod wideo

Dużo wpuścił, ale jeszcze więcej wybronił

Mateusz Kochalski stał się po środowym wieczorze z Ligą Mistrzów bohaterem nagłówków. Niestety w niezbyt pozytywnym świetle. 25-latek zapisał się w historii rozgrywek jako bramkarz z największą liczbą straconych goli w jednej edycji. Dał się pokonać aż 30 razy, ale warto zaznaczyć, że wybronił ponad drugie tyle. Jest drugim najlepszym golkiperem rozgrywek, jeśli chodzi o udane interwencje - ma ich na koncie aż 45, czyli o jedną więcej niż Thibaut Courtois i 11 mniej niż liderujący Nikita Haikin z Bodo/Glimt.
Karabach odpadł z rozgrywek przegrywając z Newcastle United 2:3, ale w całym dwumeczu to Polak był jednym z bardziej wyróżniających się zawodników. Pierwsze starcie, zakończone wynikiem 6:1 dla “Srok”, wbrew pozorom było dla niego udane, bo o ile przy golach straconych nie zawsze mógł zrobić więcej, to udało mu się obronić jeszcze osiem strzałów, w tym dużą część z nich kapitalnie. W rewanżu również zrobił z grubsza tyle, ile zrobić mógł, więc nie można go w żaden sposób winić za obie porażki i brak awansu jego klubu do kolejnej rundy.
Wręcz przeciwnie, po ostatnim występie były bramkarz Stali Mielec mógł przeczytać na swój temat wiele pozytywnych opinii w mediach społecznościowych.
- Mieliśmy dwóch piłkarzy, jednym z nich był Kochalski - pisał jeden z kibiców. Kochalski został też nazwany “najlepszym bramkarzem w historii Karabachu”. Ile w tym prawdy nie wiadomo, ale na pewno mówimy o piłkarzu, który jest przez fanów swojej drużyny bardzo ceniony.
Ceniony zresztą nie bez powodu, bo to on azerską ekipę do fazy ligowej wprowadził. Niewiele brakowało, by w eliminacyjnym rewanżu z Ferencvarosem, Węgrzy doprowadzili do dogrywki. Kochalski kapitalnie wybronił jednak jeden z ostatnich strzałów w meczu, pomagając utrzymać do końca korzystny dla swojej drużyny wynik 2:3.

Nowa siła w kraju?

Choć to pierwszy aż tak znakomity sezon zespołu z Agdam w europejskich pucharach, to tego samego nie można powiedzieć o rozgrywkach ligowych. Tam oczekiwania są zdecydowanie wyższe, czemu trudno się dziwić - w końcu mówimy tu o klubie, który na 12 ostatnich sezonów aż 11 razy sięgnął po tytuł mistrzowski i absolutnie dominuje lokalne podwórko. W tym roku do rywalizacji o ligowe laury podpięła się natomiast inna drużyna, która na chwilę obecną prowadzi w tabeli. Chodzi o Sabah FK, czyli jeden z trzech klubów z siedzibą w Baku, grających obecnie w azerskiej ekstraklasie. Warto zaznaczyć, że spośród stołecznych zespołów z elity, jest zdecydowanie najmłodszy, bo powstał dopiero w 2017 roku. W gablocie ma tylko Puchar Azerbejdżanu zdobyty w sezonie 2024/25. To pierwsze i jedyne jak do tej pory trofeum. Historyczne mistrzostwo kraju jest więc w zasięgu.
Sabah jest klubem o tyle interesującym, że bardzo prężnie rozwija się sportowo, a zarządzają nim bardzo ciekawi ludzie. właścicielem jest Yagub Huseynov - azerski przedsiębiorca, który kształcił się na Harvardzie, a w 1998 roku założył Bridge Group of Companies, czyli prywatny konglomerat zrzeszający kilka spółek działających w różnych branżach (budownictwo, logistyka, hotelarstwo, deweloperka). Gdy jego zespół już po pierwszym roku istnienia awansował do azerskiej ekstraklasy, to powołał pięcioosobową Radę Nadzorczą, która do dziś sprawuje kontrolę nad klubem. W jej skład wchodzą m.in. zastępca ministra edukacji Azerbejdżanu Firuddin Gurbanow, a także były reprezentant ZSRR i mistrz olimpijski z 1988 roku, Igor Ponomariow.
Póki co cały system działa świetnie, a Sabah jest bardzo dobrze zarządzany. W ciągu ostatnich lat przewinęło się tam kilka naprawdę ciekawych jak na Azerbejdżan postaci - Ishak Belfodil (niegdyś gwiazda Hoffenheim za czasów Juliana Nagelsmanna), Vincent Thill (brat Sebastiena Thilla ze Stali Rzeszów, kiedyś wielki talent FC Metz) czy Namig Alasgarow (architekt mistrzostwa Neftczi, które w 2021 roku przerwało trwającą siedem lat hegemonię Karabachu). Obecnie możemy z kolei oglądać tam Polaka - Tymoteusza Puchacza. Nawet jeśli wychowanek Lecha Poznań cieszy się dziś głównie opinią piłkarskiego obieżyświata, to trzeba mu oddać, że ma ogromny wkład w obecne wyniki drużyny z Baku. Na ten moment ściga się o tytuł ligowego króla asyst. Zaliczył ich już sześć, co czyni go ex-aequo drugim w klasyfikacji, tuż za pierwszym Emirem Mahmudowem z Neftczi, który ma na koncie siedem ostatnich podań. Słowem - kluczowy zawodnik, podobnie jak Kochalski w Karabachu.
Jest to o tyle dobra wiadomość, że kariera 26-latka przez długi czas zdawała się nie iść w najlepszym kierunku. Od 2022 roku był już w siedmiu klubach i pięciu różnych ligach, nigdzie nie zagrzewając miejsca na dłużej nawet mimo dobrych momentów. Do Sabah jest co prawda tylko wypożyczony, lecz niewykluczone, że klub powalczy o zatrzymanie go na dłużej niż do końca sezonu.

Dwa kluby, dwóch Polaków, jeden tytuł

Już w tę niedzielę obie ekipy zmierzą się ze sobą i można tylko żałować, że bezpośrednią stawką starcia nie jest pozycja lidera. Przewaga Sabah nad Karabachem po 21 rozegranych meczach wynosi aż siedem punktów, więc jest na tyle wyraźna, że nawet porażka nie wpłynie znacząco na jego prowadzenie w tabeli. Gdyby przyjąć jednak, że obecni mistrzowie Azerbejdżanu poza nadchodzącym meczem wygraliby też jeden zaległy, to różnica zmalałaby do jednego oczka.
Tak czy inaczej w pierwszy dzień marca czeka nas bardzo elektryzujący nawet z perspektywy polskiego kibica mecz, którego stawką w dłuższej perspektywie będzie mistrzostwo kraju. Po jednej stronie dominujący ligę od ponad dekady Karabach z Kochalskim w bramce, po drugiej zaś ambitne Sabah, w którego składzie zagra Puchacz. Na korzyść tych drugich do niedawna przemawiała nieobecność w europejskich pucharach - przegrane eliminacje do Ligi Konferencji przełożyły się na zupełne skupienie na mistrzostwie kraju. Przygoda Karabachu z Europą trwała zaś znacznie dłużej i zakończyła się dopiero w tym tygodniu, więc od tej pory podopieczni Gurbana Gurbanowa nie są zmuszeni do gry na dwa fronty.
- Od czasu przybycia Dambrauskasa [obecnego trenera - przyp. red.] Sabah stał się jedną z najbardziej atrakcyjnych drużyn do oglądania. Litwin jest sprytnym strategiem, który potrafi zorganizować szczególnie silną defensywę. Do tego w składzie nie brakuje też wysokiej jakości w przodzie. Karabach, choć notuje imponujące wyniki w Lidze Mistrzów, na krajowych boiskach nie potrafi utrzymać tej samej siły rażenia, a jego napastnicy nie są w stanie regularnie zdobywać bramek zarówno w europejskich pucharach, jak i w lidze - mówił nam TUTAJ jeszcze w styczniu azerski dziennikarz, Fuad Alakbarow.
Względnie niedawno, bo 18 grudnia, obie drużyny mierzyły się już ze sobą w zaległym meczu ligowym. Wtedy to Sabah wygrał 2:1. Teraz rozkład sił będzie nieco bardziej wyrównany. Grając co trzy dni trener Karabachu często rotował zespołem, w tym także bramkarzami. W efekcie Mateusz Kochalski część ligowych meczów - nawet tych ważniejszych - spędzał na ławce rezerwowych. Tym razem jednak żadnych wątpliwości co do jego miejsca w jedenastce być nie powinno, szczególnie że w grudniowym spotkaniu, podobnie jak Puchacz, rozegrał pełne 90 minut.

Dyskusja

Przeczytaj również