W osiem dni upokorzyli dwóch gigantów. Ten klub to fenomen. "Niesamowity futbol"
Przed dwiema ostatnimi kolejkami fazy ligowej Ligi Mistrzów Bodo/Glimt zajmowało 32. miejsce w tabeli i miało na koncie zaledwie trzy punkty. Po sensacyjnych zwycięstwach z Manchesterem City i Atletico Madryt wskoczyło na 23. pozycję, wślizgując się do 1/16 finału. Tam już czeka inny europejski kolos - Inter Mediolan. Pierwsza część dwumeczu już dzisiaj, ale Żółta Horda spod Arktyki zdążyła udowodnić, że niemożliwe dla niej nie istnieje.
Jest 10 grudnia 2025 roku. Bodo/Glimt właśnie urwało remis z Borussią Dortmund. To dopiero ich trzeci punkt w tym sezonie Ligi Mistrzów - w tabeli zbiorczej są na piątej pozycji od końca, a ich sytuacja w europejskich pucharach zdaje się być nie do uratowania. W końcu w ostatnich dwóch kolejkach czekają ich piekielnie trudne starcia z gigantami.
Wydaje się wówczas, że przy takich dwóch kobyłach w terminarzu, jakimi są Manchester City i Atletico Madryt, norweski klub z 42-tysięcznego miasta nie ma szans na jakiekolwiek większe zdobycze punktowe. Tymczasem nie dość, że obie te kobyły powala na ziemię w świetnym stylu, to zdobywa komplet punktów, rzutem na taśmę wydzierając awans do fazy pucharowej.
Kręcił głową Haaland, kręcił głową Sorloth
Mecz z “The Citizens” oglądało się wybornie. Podopieczni Kjetila Knutsena rzucili Haalanda i spółkę na kolana bardzo prostymi środkami. Każdą stratę przekuwali w kontratak, a rewelacyjny Kasper Hogh dwa razy zdołał zamienić strzał na bramkę. Do przerwy było więc 2:0. Ale na tym Norwegowie się nie zatrzymali - w 58. minucie cudownego gola z dystansu, w samo okienko, strzelił Jens Petter Hauge. Serio, czy dało się to zrobić lepiej?
Zapakować trójkę w plecy maszynie Guardioli potrafią nieliczni, więc sam fakt, że uczynił to zespół tak nieoczywisty, jak Bodo, już budzi kolosalne wrażenie. O honorowym golu Rodriego na 3:1 nikt nie pamiętał - szczególnie, że dosłownie kilkadziesiąt sekund później Hiszpan wyleciał z boiska z czerwoną kartką. Tak czy inaczej, połowę niemożliwej misji udało się spełnić ze wzorową efektownością.
- Nie mam odpowiedzi na to, co poszło nie tak. Biorę pełną odpowiedzialność za to, że nie zdobyłem bramek w sytuacjach, które powinienem był wykorzystać. Mogę tylko przeprosić wszystkich fanów Manchesteru City, bo koniec końców jest to upokorzenie. Bodo grało niesamowity futbol i zasłużyło, by wygrać. Będąc szczerym nie wiem, co więcej dodać - mówił świeżo po meczu Erling Haaland.
Dla gwiazdora City taka porażka w Lidze Mistrzów z klubem z rodzimego kraju bez wątpienia była bardzo gorzką pigułką do przełknięcia. Nie wiedział jeszcze, że nie będzie z tym doświadczeniem jedyny. Inny norweski goleador, Alexander Sorloth, poczuł smak porażki równie mocno, jak nie bardziej. To bowiem właśnie po jego trafieniu Atletico Madryt objęło w 15. minucie meczu z Bodo prowadzenie. Było to spotkanie ostatniej kolejki fazy ligowej, absolutnie kluczowe dla ekipy Diego Simeone, która miała na szali miejsce w czołowej ósemce tabeli. Przy małych różnicach punktowych każdy inny wynik niż zwycięstwo mógł pogrzebać sprawę, więc trzy punkty były dla ekipy z Madrytu planem minimum
Bodo nie zamierzało się poddawać. Na 1:1 po kolejnych 20 minutach niespodziewanie trafił Fredrik Sjovold i takim też wynikiem zakończyła się pierwsza połowa. Po przerwie Norwegowie poszli za ciosem, przejmując inicjatywę. Bohaterem znów został Kasper Hogh, który w 59. minucie dał swojej drużynie prowadzenie i, koniec końców, zwycięstwo, wyrzucając Atletico z TOP8.
Po trupach do chwały
Zatrzymajmy się na chwilę przy duńskim napastniku, bo stanowi on żywy przykład tego, jak przemyślana jest transferowa polityka klubu. Dwa lata temu został wypatrzony w drugoligowym Stabaek Fotball i kupiony za 700 tysięcy euro. Obecnie jest gwiazdą drużyny, a patrząc na liczbę strzelanych przez niego ważnych goli, niewykluczone, że do gabinetów zaczną wpływać nawet kilkunastomilionowe oferty.
Już dziś w 1/16 finału LM 25-latek będzie mógł swoją cenę podbić, mierząc się z defensywą Interu Mediolan. To będzie oponent nieco trudniejszy od poprzednich, rozjeżdżający ligę, w dobrej formie. Dla Bodo/Glimt nie ma jednak rzeczy strasznych, bo są drużyną stworzoną do przełamywania barier. I to dosłownie - wystarczy wspomnieć, że pięć lat temu z kwitkiem w pierwszej rundzie kwalifikacji do tych samych rozgrywek odprawiła ją Legia Warszawa.
O tym, jak przez ostatnie lata rozminęły się priorytety obu tych klubów, nie trzeba opowiadać. Wystarczy przypomnieć jedną zasadniczą różnicę - w czasie, gdy Legię przejmował Dariusz Mioduski, do Bodo/Glimt dołączył szkoleniowiec, który stał się architektem klubowego sukcesu. Kjetil Knutsen prowadzi ekipę z Bodo po dziś dzień, a w momencie obejmowania pierwszego zespołu miał przed sobą beniaminka norweskiej ekstraklasy, którego głównym celem była walka o utrzymanie. Po dwóch latach pracy poprowadził Żółtą Hordę do wicemistrzostwa kraju, a w kolejnych sezonach zrobił z niej ligowego dominatora. Zgarnął cztery tytuły mistrzowskie - w 2020, 2021, 2023 i 2024 roku. W niedawno zakończonym sezonie 2025 Bodo/Glimt przegrało tytuł zaledwie o punkt z Vikingiem, który sięgnął po swoje pierwsze mistrzostwo od… 34 lat. Rywalizacja była naprawdę zacięta - szerzej pisaliśmy o niej TUTAJ.
Kiedyś rozbili Mourinho i spółkę
Później przyszły pierwsze sukcesy w Europie. Już w październiku 2021 roku o Bodo/Glimt zrobiło się głośno za sprawą fazy grupowej Ligi Konferencji i pamiętnego zwycięstwa 6:1 z AS Romą prowadzoną przez Jose Mourinho.
Zespoły te spotkały się jeszcze w ćwierćfinale rozgrywek, i choć waleczni Norwegowie znów wygrali u siebie (tym razem 2:1), to w rewanżu “Giallorossi” nie pozostawili im żadnych złudzeń, rozbijając ich aż 4:0. Kampania 2022/23 to zaś pamiętny dwumecz z Lechem Poznań, który wyeliminował Bodo na drodze do ćwierćfinału LKE. Dwa sezony później podopiecznym Knutsena przyszło się jeszcze zmierzyć z Jagiellonią Białystok w kwalifikacjach Ligi Mistrzów. Tym razem to polski klub musiał uznać wyższość rywala z Północy - po 1:4 w Norwegii i 1:0 w Białymstoku Adrian Siemieniec i spółka pożegnali się z marzeniami o awansie.
Ostatecznie sezon 2024/25 był tym najlepszym dla Bodo/Glimt, jeśli chodzi o europejskie poczynania. A także dowodem na to, że drużyna ta potrafi sobie radzić nawet w najtrudniejszych sytuacjach. Rewanż z Twente w 1/16 finału przegrywała do przerwy 0:1 (1:3 w dwumeczu), ale ostatecznie rozegrała szalony mecz, wygrywając 5:2 po dogrywce. To było spotkanie przepełnione emocjami - Bodo mogło wygrać 3:1 już w drugiej połowie i awansować po strzeleniu dwóch goli w doliczonym czasie, jednak w ostatniej chwili Twente odrobiło stratę, zdobywając gola kontaktowego. Dopiero gole w 111. i 114. minucie spotkania rozstrzygnęły wynik.
W kolejnych rundach zespół Knutsena eliminował coraz trudniejszych rywali. Wyrzucił z rozgrywek broniący tytułu Olympiakos (3:0, 1:2), a w ćwierćfinale natrafił na Lazio, czyli klub, który wygrał fazę ligową z 19 punktami na 24 możliwe. W pierwszym meczu na stadionie w Bodo doszło do wielkiej niespodzianki - mistrzowie Norwegii wygrali 2:0 po dublecie Ulrika Saltnesa, a patrząc na przebieg meczu wynik mógł być znacznie wyższy. Tego samego nie można było jednak powiedzieć o rewanżu w Rzymie. Tam Lazio doprowadziło do dogrywki, a w 100. minucie zdobyło bramkę na 3:0.
Z tej trudnej sytuacji również Bodo się wykaraskało - pomógł Andreas Helmersen, który strzelił na 3:1, a także Nikita Haikin, dający popis w serii rzutów karnych w formie obronienia dwóch jedenastek piłkarzy Lazio. Konkurs ten wysłał Norwegów do półfinału, ale tam już rozbili się o Tottenham, który żadnych złudzeń nie pozostawił (1:3, 0:2).
Klub, do którego chce się wracać
Droga do krajowej potęgi, przygody w Lidze Europy i Lidze Konferencji, a teraz faza pucharowa Ligi Mistrzów. Tak szybki progres nie jest dziełem przypadku. Bodo/Glimt od lat przeprowadza bardzo trafione inwestycje na rynku lokalnym, sprowadzając utalentowanych zawodników po zaniżonych kwotach. Nawet najdroższego piłkarza w historii klubu, Alberta Gronbaeka (pięć milionów euro z duńskiego Aarhus) udało im się spieniężyć, sprzedając go za 15 milionów euro do Rennes. Graczem Bodo na bardzo wczesnym etapie kariery był też Victor Boniface, napastnik znany z występów dla Bayeru Leverkusen i Unionu Saint-Gilloise.
Obecnie klub ma już wypracowaną taką markę, że wielu zawodników, którzy opuścili go na rzecz transferu za granicę, po latach postanowiło wrócić. Fredrik Bjorkan miał robić karierę w Niemczech, wrócił do Bodo. Hakon Evjen jako nastolatek trafił do AZ Alkmaar, ale po latach również zdecydował się na powrót. Ciekawą karierę wróżono Jensowi Hauge, jednak po odbiciu od Milanu, Gent i Eintrachtu Frankfurt 26-latek z powrotem wylądował w Bodo/Glimt.
Mimo wszystko cała trójka “synów marnotrawnych” rozwinęła się piłkarsko i dziś stanowi o sile ekipy Knutsena. Najciekawszym przypadkiem jest jednak kapitan, Patrick Berg. 27-letni pomocnik pochodzi z bardzo sportowej rodziny - jego ojciec Orjan oraz dziadek Harald również bronili barw Bodo/Glimt podczas swoich karier piłkarskich. Patrick kontynuuje rodzinną tradycję, ale pod kątem potencjału sportowego ma zdecydowanie najwyżej położony sufit z całej trójki. W styczniu 2022 roku trafił do Lens, stając się kolegą z drużyny Przemysława Frankowskiego. Mimo że we Francji mu się podobało, to do rodzimego klubu wrócił po zaledwie po siedmiu miesiącach.
- Uważałem, że od początku prezentowałem się całkiem dobrze, zarówno na treningach, jak i w meczach, ale nigdy nie otrzymałem niezbędnego potwierdzenia, że jestem wystarczająco dobry. Chodziło o adaptację, ale osobiście czuję, że za dużo myślałem. Zamiast nie przejmować się i po prostu grać w piłkę, moje skupienie za bardzo powędrowało w tamtą stronę - mówił w rozmowie dla gazety Nettavisen po transferze powrotnym do Glimt.
Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej - dziś zarówno Berg, jak i inni byli gracze Bodo/Glimt nie muszą się o nic martwić po powrocie do klubu. Ani adaptacja, ani ambicje sportowe nie powinny stanowić dla nich problemu. Szczególnie, że ich rodzimy klub już za kilkanaście godzin rozpocznie najważniejszy mecz w dotychczasowej historii.