Pożar w Manchesterze! Gwiazda uderza w trenera. "Wrzucił go pod koła"
W Manchesterze United zwolnienie trenera już dawno przestało być decyzją, a stało się rytuałem, który ma uspokoić sumienie ludzi na górze. Michael Carrick czeka na egzekucję. Po porażce w Como (1:4) i buncie kapitana znowu ruszyła karuzela następców, od Antonio Conte do Juliana Nagelsmanna. Kolejny trener odziedziczy ten sam bajzel. Zmieni się tylko nazwisko na drzwiach gabinetu.
Ostatnie tygodnie na Old Trafford są jak czerwona pigułka z „Matrixa”. Można zamknąć oczy i nadal śnić o dawnej wielkości. Ale można też ją połknąć i zobaczyć całą prawdę. A prawda jest taka, że United nie są już tylko wielkim klubem w kryzysie. Są przeciętną drużyną bez steru na górze. Świetna wiosna była zastrzykiem emocji, ale nie dowodem kompetencji Carricka. Klub zachwycił się serią wyników tak samo jak przy Solskjaerze i znów pomylił efekt nowej miotły z projektem.
Włoski dramat
Fakty są brutalne: Manchester czeka na zwycięstwo od siedmiu meczów. Zalicza najgorszy start ligowy od 1986 roku, a teraz jeszcze dołożył kompromitujący wieczór w Europie. Porażka 1:4 z Como przypomniała o koszmarze sprzed 32 lat, gdy Barcelona Cruyffa rozbiła United 4:0 na Camp Nou. Różnica jest taka, że wtedy naprzeciwko stał jeden z najlepszych zespołów świata, a nie włoskie Como. Z całym szacunkiem dla pracy Cesca Fabregasa, ten klub jeszcze cztery lata temu grał przy trzech tysiącach widzów. To pokazuje, jak Włosi ruszyli windą w górę w czasie, kiedy Manchester leciał tylko w dół.
Na trybunach wyglądało to tak samo jak w tabeli. Kwadrans przed końcem sektor gości był prawie pusty, bo kibice woleli schować się przed deszczem. Carrick po ostatnim gwizdku podszedł do garstki, która została i podniósł ręce. Ten sam gest prawie pięć lat temu wykonał na Vicarage Road Ole Gunnar Solskjaer. Chwilę potem stracił pracę. Wymowne były też słowa Fabregasa, który przy 4:0 kazał zawodnikom zwolnić i oszczędzać siły na Sassuolo w weekend. Brzmiało to jak gest litości. W ten sposób United strzelili honorowego gola.
Chałupa płonie
Gdyby wyjąć dwa mecze z tego sezonu (wygrane z Ipswich i azerskim Sabah), dostalibyśmy obraz drużyny, która nie istnieje w ataku. Najbardziej boli kontrast. Wiosną ta sama ekipa z tym samym trenerem zdobyła 39 punktów w 17 meczach i od 21. kolejki była najlepsza w lidze. Carrick dostał za to dwuletni kontrakt. Pięć miesięcy później brzmi to jak żart. Ale w sumie nie jest to nic nowego - Erik ten Hag niedawno w wywiadzie dla The Athletic przypomniał, że też przedłużał kontrakt z Manchesterem i dostawał zapewnienia wsparcia, a trzy miesiące później został zwolniony.
Porażka z Como byłaby tylko kolejnym złym wieczorem, gdyby nie to, co stało się po meczu. Bruno Fernandes stanął przed kamerą TNT Sports i spokojnie oznajmił, że to sztab zdecydował, by nie pressować jeden na jednego. Dopytywany, czy taktyka była zła, odpowiedział, że to ocena dla trenera, a nie dla niego. Tydzień wcześniej Lisandro Martínez publicznie zakwestionował letnią rekrutację dyrektora Jasona Wilcoxa i dostał karę. Bruno widział to z bliska, a mimo wszystko zrobił swoje. Na drugi dzień angielska prasa pisała, że kapitan wrzucił trenera pod koła.
Atak na trenera
Oczywiście Bruno miał rację, bo Manchester ma najmniej odbiorów w tercji ataku spośród wszystkich drużyn grających w Premier League. Como w środowy wieczór kreśliło podaniami schemat londyńskiego metra, bawiąc się piłką, jakby naprzeciwko stały pachołki treningowe. Druga strona medalu jest taka, że Bruno nie jest ekspertem w studiu i nie powinien takich rzeczy mówić publicznie. Prawda powiedziana przed kamerą, a nie w szatni, nie jest odwagą, tylko alibi.
Kiedy takie rzeczy dzieją się w piłce, zwykle kończy się tak samo. Widzieliśmy to, kiedy Paul Pogba podważał Jose Mourinho albo Eden Hazard wbijał szpilki w Antonio Conte w Chelsea. W Manchesterze takie słowa przychodzą łatwiej, bo już dawno nie ma tu szefa w stylu Fergusona, któremu nikt by nie podskoczył. Szatnia Manchesteru ma za dużo władzy i za mało odpowiedzialności. To problem każdego trenera, który przekracza progi Carrington.
Strach przed wygraną
Uczciwość wymaga jednak powiedzieć też drugą rzecz. Carrick dostał kadrę, z którą trudno grać co trzy dni. Latem nie kupiono lewego obrońcy, więc po lewej stronie biega prawonożny Noussair Mazraoui. Nie kupiono też napastnika, więc pod nieobecność Benjamina Seski „dziewiątką” jest skrzydłowy Bryan Mbeumo. Ostatnio na “dziewiątce” zagrał nawet Bruno Fernandes. Ośmiu piłkarzy leczy urazy, a w 11 meczach Carrick wystawił sześć różnych par stoperów. Trudno budować dom, kiedy co tydzień ktoś wyjmuje cegły z fundamentów.
Manchester stał się nijaki. Przede wszystkim nie umie zamykać meczów. Gdy prowadzi, oddaje średnio trzy strzały na 90 minut, co jest znacząco poniżej ligowych standardów. Cofa się i czeka na wyrównanie, jakby miał to zapisane w scenariuszu. Gdyby dowiózł prowadzenie z Evertonem, Tottenhamem i Leeds, byłby dziś piąty. Czasem wygląda to tak, jakby Carrick prowadził zespół, który boi się wygrywać. Na konferencjach coraz bardziej przypomina zbitego psa. Na pewno zobaczymy go w niedzielę przeciwko Bournemouth, ale potem może wydarzyć się wszystko.
Karuzela nazwisk
Wśród dyrektorów trwa już burza mózgów. Według Daily Mail dyrektor rekrutacji Christopher Vivell forsuje Juliana Nagelsmanna, którego podziwiał już w Chelsea. Ironią jest to, że jego szef, Jason Wilcox, woli kogoś sprawdzonego w Premier League: Eddiego Howe’a, Unaia Emery’ego, Antonio Conte albo Fabiana Hürzelera. Coraz więcej pojawia się poszlak, że obaj panowie ciągną w dwie różne strony. Kolejne zwolnienie byłoby trzecią zmianą w trakcie sezonu od wejścia grupy Ineos.
Prawda jest jednak taka, że następca Carricka musiałby trzy razy się zastanowić, czy na pewno chce wchodzić na to pole minowe. W klubie pełnym konfliktów przykładowy Conte działałby jak zapałka przy kanistrze z benzyną. Inny Fabian Hürzeler musiałby postradać zmysły, żeby zamienić swoje świetnie rozwijające się Brighton na klub, który nieustannie parzy. W takim miejscu trener jest tylko lokatorem. Może przestawić meble i przemalować ściany, ale fundamentów nie wymieni.
Oczywiście Carrick nie jest bez winy. Brak pressingu to jego odpowiedzialność, podobnie jak pozwolenie na to, by piłkarze mogli bezkarnie wychodzić przed szereg. Zapytany, czy zawodnicy jeszcze dla niego grają, odpowiedział, że nie powinni grać dla niego, tylko dla klubu. Ogólnie widać w nim jednak rezygnację. Po meczu z Bournemouth ma spotkania z Chelsea, Romą i Aston Villą. Wierzyć się nie chce, że ci sami zawodnicy, którzy byli tłem w Como, nagle wyczołgają się z bagna i będą robić wszystko, by zatrzymać trenera.