Rewelacja Ekstraklasy się posypała. Porażka za porażką. Wraca czarna wizja

Wisła Płock przegrała cztery spotkania z rzędu i już na dobre wróciło przypominanie o spadku sprzed trzech lat. “Nafciarze” przed rozpoczętą w piątek kolejką mieli osiem punktów przewagi nad strefą spadkową i jeśli nie wrócą na dobre tory, mogą pojawić się nerwy. Powtórzy się scenariusz z sezonu 2022/23?
Wisła Płock ma w tej chwili na koncie cztery przegrane spotkania z rzędu. Do tego w obronie drużyna Mariusza Misiury nie wygląda już tak pewnie, a demony płockiej przeszłości zwracają uwagę na to, że obecny dorobek 33 “oczek” w tak zwariowanym sezonie niczego nie gwarantuje. Mówimy przy tym cały czas o zespole, który zimował przecież na pozycji lidera. Z czego wynika kryzys “Nafciarzy” i czy w ogóle tę sytuację możemy nazwać kryzysem?
Nie ilość, ale jakość też nie
Wiele osób słabe wyniki Wisły stara się tłumaczyć często w bardzo prosty sposób - brakiem Andriasa Edmundssona. I właściwie zwolennicy tej teorii mają naprawdę dużo racji. Farer był jedną z ostoi drużyny i jego brak jest odczuwalny. Choć o zastępującym go Nemanji Mijuskoviciu nie można powiedzieć wielu złych słów, to jednak Czarnogórzec stoi przynajmniej półkę niżej od byłego kolegi z drużyny. Takie detale na tym poziomie mogą decydować o punktach.
Jak jednak wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach. Nie jest w końcu winą Mijuskovicia, że musi wpasować się w buty Edmundssona. Problem jest inny. Zimą deklarowano, że klub ma wzmocnić kilku piłkarzy, w tym środkowy obrońca. I rzeczywiście, do Płocka trafiło nawet dwóch - zdecydowanie niegotowy na grę w Ekstraklasie Matsvei Bakhno z rezerw Lecha Poznań oraz Marin Karamarko, który w swoich pierwszych minutach po transferze pokazał się, delikatnie mówiąc, nie najlepiej. Oczywiście, nie skreślamy jeszcze Chorwata, ale prawda jest taka, że na ten moment bardzo ryzykowne jest wystawienie go od pierwszej minuty.
Z Łukasiewicza 34 odeszło aż trzech stoperów. Najboleśniejsze jest rzecz jasna pożegnanie Edmundssona, o którym już pisaliśmy, ale nowych pracodawców mają już także Bojan Nastić i Aleksandre Kalandadze. Ten pierwszy bardzo mocno przyczynił się do awansu “Nafciarzy”, jednak zimą oceniono jego przydatność nie niezadowalającą i Bośniak spakował walizki. Drugi okazał się natomiast flopem, więc za nim nikt płakać nie będzie.
Prawda jest więc taka, że Wisła dzisiaj ma trzech stoperów, którzy są gotowi do rywalizacji, do tego pożegnała się z najlepszym, jakiego miała. Oczywiście, nie wykluczamy, że wspomniany już Karamarko na treningach wymiata, jednak jeśli tak jest, to do tej pory udało mu się to skrzętnie ukryć. Bakhno wielu minut nie dostanie, tego jesteśmy akurat pewni. Jest jeszcze 20-letni Filip Zając, którego zdarzało się chwalić Mariuszowi Misiurze, jednak były piłkarz Unii Skierniewice nie ma na koncie nawet debiutu w barwach “Nafciarzy”, stąd na ten moment nie gwarantuje niczego. Podsumowując zatem sytuację w obronie Wisły jednym zdaniem: Jakość spadła, przy równoczesnym zmniejszeniu możliwości.
Nowe twarze
Sytuacja nie jest jednak jeszcze taka zła. Przy obecnej średniej punktowej Płocczanie na koniec sezonu mogą liczyć na niemal identyczny wynik, jak rok temu Motor Lublin i GKS Katowice, a więc beniaminkowie powszechnie chwaleni, którzy zachwycili naszą Ekstraklasę. “Nafciarze” w końcu nie są drużyną, która ma bić się o puchary, a choćby siódme miejsce powinna uważać za naprawdę dobry wynik. Pierwsza runda beniaminka z pewnością zachwiała oczekiwaniami wobec niego.
Do tego dochodzą zimowe wzmocnienia. O obronie już wspomnieliśmy, ale w innych formacjach jest zdecydowanie lepiej. Dyrektor sportowy Radosław Kucharski zadbał o to, by w środku pola zwiększyć rywalizację i sprowadził Dominika Sarapatę oraz Kyriakosa Savvidisa. Ten pierwszy na ten moment zapowiada się jako raczej uzupełnienie składu i poszerzenia możliwości, natomiast doświadczony Grek ma być zawodnikiem, który będzie bardzo blisko wyjściowej jedenastki w każdym meczu. Misiura postawił na niego od razu w przegranym starciu ligowym z Zagłębiem Lubin i jeśli kogoś mamy za ten mecz wyróżnić, to właśnie 30-latka.
Zimą “Nafciarzy” wzmocnili jeszcze Dion Gallapeni oraz Said Hamulić. O ile Kosowianin będzie zapewne odgrywał mniejszą rolę, bo niekwestionowaną jedynką na lewej stronie jest Quentin Lecoeuche, o tyle drugi z wymienionych ma szansę namieszać w ataku Płocczan. Bośniak udowodnił w Stali Mielec, że ma umiejętności, które trzeba potrafić z niego wydobyć. A Wisła akurat w ataku potrzebuje nowej krwi, bo miewa tam swoje kłopoty. Wystarczy wspomnieć, że naprawdę podatni na kontuzje są Deni Jurić i Giannis Narchios.
Inna Wisła?
Już od początku sezonu kibice i dziennikarze narzekają na defensywne usposobienie Wisły, niektórzy w bardzo mocnych słowach. I choć ostatnie spotkanie z Zagłębiem nie było udane, to cofnijmy się do starcia z Legią Warszawa. To również podopieczni Misiury przegrali, jednak grali bardzo dobrze. Drużyna gości przy Łazienkowskiej oddała dwa razy więcej strzałów od “Wojskowych”, miała znacznie wyższe posiadanie piłki oraz wyższy współczynnik goli oczekiwanych. Sam trener Wisły mówił o tym po rywalizacji.
- Uważam, że patrząc na przebieg meczu, był to z mojej perspektywy nasz najlepszy mecz z piłką. Przyjechać tutaj i w jakiś sposób prowadzić grę na połowie przeciwnika przez większą część meczu, myślę, że mieć wszystkiego więcej: strzałów, dośrodkowań, stworzonych sytuacji, to napawa mnie powodem do dumy. Jestem szczęśliwy i dumny, że jestem częścią drużyny przez duże „D” - Wisły Płock - powiedział trener “Nafciarzy”, Mariusz Misiura, na konferencji prasowej po spotkaniu z Legią Warszawa.
Być może to będzie nowy sposób Wisły na grę? Zauważmy, że w meczu z ekipą Marka Papszuna na boisku z nowych nabytków pojawił się jedynie Karamarko, do tego zdarzyło się to dopiero w 87. minucie. Niedługo do zdrowia wróci też Jorge Jimenez, za jakiś czas gotowy do gry powinien być Iban Salvador, a Matchoi Djalo ostatnimi czasy wygląda dobrze. Jest więc w tej drużynie potencjał, aby grać ofensywnie. Mecz z Zagłębiem wyciągnęlibyśmy poza nawias, bo dosyć szybko strzelony gol mocno Wiśle przeszkodził, a od zdobycia bramki zespół Leszka Ojrzyńskiego był skupiony na utrzymaniu prowadzenia. Oczywiście nie twierdzimy, że teraz ekipa z Płocka będzie chciała dominować w każdym meczu, bo tak nie będzie. Chcemy tylko zauważyć, że uczy się ona, jak to robić. A to może być naprawdę cenne.
Nie kryzys, a rzeczywistość
Takie postawienie sprawy jest najbardziej uczciwe. Jeśli spojrzymy na ostatnie porażki Wisły, to właściwie tylko po spotkaniu z Widzewem mogliśmy powiedzieć, że była ona jednoznacznie gorsza. Mecz z Zagłębiem to wybitna dyscyplina “Miedziowych” w obronie i skuteczność w ataku, a spotkania z Legią i Piastem były na ostrzu noża. Zwłaszcza to drugie, gdy przy stanie 0:0 Emmanuel Twumasi wybił piłkę z pustej bramki, a jedyny gol w spotkaniu padł po błędzie indywidualnym Daniego Pacheco.
Taki czas musiał przyjść i absolutnie nie świadczy on o pikowaniu Wisły, która za chwilę może się równie dobrze odbić. I w zasadzie terminarz dał “Nafciarzom” najlepszą szansę na przełamanie, bo zmierzą się oni z Arką Gdynia u siebie. Drużyna Dawida Szwargi na wyjazdach w tym sezonie jest katastrofalna i zdobyła zaledwie jeden punkt. Ostatnio Radomiak pokazał, że mając problemy, przyjazd Arki jest dobrą sposobnością do wyjścia na prostą. I na koniec, pamiętajmy - siódme miejsce, na którym Wisła jest obecnie, to coś, co każdy w Płocku przed sezonem wziąłby w ciemno.